Zawsze stała w kącie taka duża, zielona. Na niej wesoło migotały światełka, wisiały kolorowe bombki, słodycze, suszone pomarańcze. Pachniała lasem, co roku szukaliśmy takiej, co miała na sobie małe szyszki. Jak myśmy się z tych szyszek cieszyli! Nasza choinka, tak mocno wyczekiwana, upragniona, zwieńczenie dziecięcej magii. W końcu nieodłącznie kojarzy się ze spełnionym pragnieniem… Pewnie każdy pamięta jakiś swój jeden, wymarzony prezent. Najczęściej sięgamy wtedy do wspomnień z dzieciństwa, kiedy to z tą dziecięcą niecierpliwością rozwiązywało się wstążka po wstążce, nie przejmując się za wiele, rozrywało kolorowy papier pośpiesznie, zaglądało do torebeczek. Jeśli miałabym wymienić jaki był mój ten jedyny, najlepszy, to chyba musiałabym sięgnąć pamięcią do początku lat dziewięćdziesiątych…
Jechaliśmy długo naszym czerwonym polonezem, obładowani po dach. Z przodu Mama z Tatą, z tyłu ja z Siostrą, a pomiędzy nami Babcia trzymająca na kolanach makowca. Między nogami wielki gar z kutią i ryba w „bigosie”. Tak naprawdę to po grecku, ale odkąd pamiętam ochrzciłam ja w bigosie i tak zostało do dziś. U nas w ogóle każde danie ma swoją nazwę. Na przykład mamy takie ukochane ciasto, które nazywa się „Psia łapa”, a wszystko przez to, że nasz pies, kiedy był małym szczeniakiem, wskoczył na nie i pozostawiał ślady swoich łapek. Pies już niestety nie żyje, ale nazwa pozostała do dziś… I tak jechaliśmy tym samochodem, w oczekiwaniu wielkim, w ekscytacji, po drodze licząc wszystkie mijane latarnie i wyśpiewując kolędy. Zawsze dojeżdżaliśmy, kiedy już na dworze się ściemniało, wypatrując czy czasem na niebie nie ma tej pierwszej gwiazdki, obiecującej początek kolejnej cudnej historii. Wpadaliśmy do ciepłego domu, już w oknach nas wyczekiwali. Moja najukochańsza Kuzynka na świecie już mnie za rękę łapała i z ekscytacją pokazywała mi tegoroczną choinkę. Tańczyłyśmy wokół niej, moja Siostra raczkowała wesoło, Kuzyn niezdarnie recytował pierwsze wierszyki. Zawsze w którymś momencie wołali nas do kuchni, że mamy coś tam pomóc. Sprawnie dekorowałyśmy wtedy pierniczki albo wycierałyśmy talerze, aż nagle ktoś krzyczał, „Ojejku, słyszeliście? Chyba jakieś dzwonki, chyba na balkonie coś czerwonego mignęło!!”, my w te pędy z powrotem do dużego pokoju. Po czym stawałyśmy z buzią rozdziawioną, w zachwycie wielkim, bo nie wiadomo jak i skąd nagle pod choinką znajdowało się mnóstwo błyszczących, jawiących się tajemnicą, kolorowych paczuszek. I jak to tak? Przecież my tylko chwilę w tej kuchni? I nic nie słyszałyśmy?! I kiedy On tak? Toż to jakieś czary! Później siadaliśmy do stołu, w końcu prezenty można było obejrzeć dopiero po wieczerzy. Niecierpliwie przełykałyśmy wszystkie smakołyki, wciąż tęsknie zerkając na te wszystkie pakunki, a mój Tato jak na złość na talerz co rusz kolejną dokładkę nakładał…
W końcu, tak, już czas! Można było dać nura pod choinkę. Każdemu najpierw sprawiedliwie trzeba było prezent wręczyć, zanieść, dopiero wtedy można było własny rozpakować. Pamiętam, że dostałam jakąś książkę, górę słodyczy, brokatowe puzzle i ten jeden prezent, ten tak bardzo oczekiwany, wymarzony, przez noce wymodlony… Barbie na różowym rowerze! Ach, co to była za radość! Ania dostała to samo, rowery miały silniczki i same w kółko jeździły, przez trzy dni później ciągle się tym bawiłyśmy, zachwycałyśmy, wewnętrzna radość aż roznosiła. Do dziś ten różowy rowerek pamiętam, tę lalkę i to najbardziej autentyczne szczęście z możliwych. Najpiękniejszą atmosferę, to serce lekkie jak piórko. Tę choinkę i wszystkich tych moich najbliższych, a niektórych z nich niestety nie ma już wśród nas…
Prezenty cieszą zawsze najbardziej dzieci. To One tak mocno czekają, marzą, wypatrują. Ale jeśli chodzi o dorosłych mam też swój sposób na najpiękniejszy i najbardziej niezapomniany prezent dla nich. Bo cóż dorośli najbardziej kochają? W czym się pławią, na czynniki pierwsze rozbierają? Wspomnienia oczywiście. Wspomnienia piękne, kolorowe, co stają przed oczami jak żywe. Dla tego dla wszystkich Babć, Dziadków, Cioć, co roku przygotowujemy magiczne książki całe ze wspomnień utkane. Ze zdjęciami dzieciaków, magicznych chwil, radosnych momentów. Fotografie mają w sobie moc, bo mogą przenosić w czasie… To taki prezent wyjątkowy, dla każdego, z uśmiechem w gratisie i łzą wzruszenia w oku. Taki sprawdzony, z serca płynący, z własną inwencją, bo przecież warto trochę coś od siebie dołożyć.
Te nasze zdjęcia zamknęliśmy w CEWE FOTOKSIĄŻKA, to takie proste i jaka to świetna zabawa. Nie zajmuje to wiele czasu, ich program jest niezwykle przyjazny i przejrzysty, a samo projektowanie daje wiele radości. I jest naprawdę genialna jakość, uwierzcie mi, bo z niejedną fotoksiążką mieliśmy do czynienia… W tym roku postanowiliśmy też wkleić tam różne śmieszne dialogi z Majką, takie co te Babcie tak najbardziej rozczulają, tak na pamiątkę. Do tego własnoręcznie narysowane rysunki przez dzieci i już mamy definicję najlepszego prezentu z możliwych. Muszę przyznać, że jak ta nasza fotoksiążka przyszła to od razu zapragnęłam i jedną dla siebie. W końcu może być tylko jeden taki prezent… Cały z pięknych chwil zbudowany.
Święta to okres magii, radości. To chwile bliskości, uśmiechu, rodzinnych rozmów i prezentów, bo jakże inaczej. Myślę, że każdy z nas jakby dobrze się zastanowił, to od razu chętnie mógłby cofnąć się w czasie i opowiedzieć o tym jednym, wymarzonym, który najlepiej zapamiętał, który do dziś uśmiech na jego twarzy wywołuje. Warto w tym magicznym okresie podarować garść wspomnień, na kartkach cały rok podsumować, dać coś najcenniejszego na świecie, bo czas tak szybko przemija, a fotografia ma tę moc, że potrafi daną chwilę na zawsze niezmienioną zatrzymać… A jaki był Wasz najlepszy prezent ze wszystkich, taki który głęboko zapisał się w Waszej pamięci? Piszcie koniecznie, tak chętnie posłucham Waszych opowieści! Wszystkiego dobrego:)
*wpis powstał przy współpracy z firmą CEWE
31 komentarzy