Lubię mieć na półkach te kubki moje ulubione równo poukładane. A na blatach w kuchni żadnego okruszka… Lubię jak poduszki idealnie na kanapie leżą w tylko mi znanej konfiguracji. I tak lubię spać do jedenastej! I książkę przez pół dnia poczytać, ale tak żeby mnie pochłonęła całkowicie, że tylko ja i ona, że nic mnie nie odrywa, nie przerywa, cisza kompletna i czytana historia. Ale najbardziej na świecie to ja te moje dzieci lubię. Te, co ciągłą nadprodukcję tych okruszków robią, co wiecznie harmider przy nich taki, że własnych myśli nie słyszę, a jak już przypadkiem usłyszę to zdecydowanie nie nadają się do tego żeby je na głos wypowiedzieć…
Lubię ten dom. W każdym kącie Oni. Pod stopą klocek, w naszym łóżku śpią równo ułożone misie, pod kanapą wielkie auto. Jakże ja często krzyknę, a uwierzcie mi potrafię tak, że aż wstyd się przyznać, zniecierpliwiona o pomstę do nieba wołam, tak bardzo mi się nie chce kolejny dzień z rzędu myszkom i króliczkom domek urządzać. Ale… Wiem też, że bez tego wszystkiego zwariowałabym po prostu. Bez tego chaosu, łapek upaćkanych, stosu małych skarpetek do prania i wiem też, że ameryki tym nie odkryłam, że każda z nas mam myśli podobnie.
Macierzyństwo to balansowanie pomiędzy różnymi emocjami, pomiędzy zmęczeniem, czasem frustracją, ale przede wszystkim ogromną miłością, tkliwością, tym co wypełnia nas od środka, tak od dużego palca od stopy aż po sam czubek głowy. Co promieniuje z nas, co sprawia, że odkrywamy nowy świat, rzeczywistość. Wraz z przyjściem maleńkiego zawiniątka dostajemy ogromny bagaż uczuć, zmian. Nagle świat skupia się tylko na tym, co jesteśmy w stanie w swoich ramionach utulić. Ten maleńki, kilkudziesięciocentymetrowy człowiek jest ważniejszy od wszystkiego, co do tej pory przeżyliśmy. Nagle mamy wrażenie, że kartki swojego życiorysu jakbyśmy od nowa zaczynali tworzyć. Zdobywamy doświadczenie. Choćbyśmy nie wiem ile wcześniej dróg nie przebyli, z jednej strony tak nieporadni, czasem niepewni się czujemy, a z drugiej strony wiemy wszystko najlepiej na świecie.
Lubię o sobie myśleć mama. Lubię brzmienie tego słowa wypowiadane przez moje dzieci. Każde z nich tak inaczej, tak po swojemu. Maja z jakąś taką czułością, tkliwością zawsze to swoje „mami” wypowiada, Antek najczęściej z burzą emocji tak śmiesznie to MAMAAA przeciąga, bo u Niego mama to oznacza wszystko. Jak ma jakieś potrzeby, jak czegoś chce, jak się boi, to wystarczy przecież tylko to jedno słowo wypowiedzieć i ta magia w tym najprawdziwsza, bo ja, choć samo zachodzę w głowę jak to się dzieje, rzeczywiście zawsze wiem, o co Mu chodzi. Wiecznie za Jego tłumacza robię. Ale to już takie naturalne. Pamiętam jak mnie zawsze rozczulało, kiedy Maja miała jakieś dwa latka, coś tam mojemu mężowi opowiadała, a On do Niej; idź powiedz Mamie, niech przetłumaczy.
Z dziećmi dostajemy w pakiecie szósty zmysł, tą matczyną intuicję. Dostajemy radość i dumę nie do opisania, jak wtedy, gdy Majka tak pięknie na jasełkach przebrana za aniołka śpiewała i tańczyła… matko jak ja wyłam! Choć sobie obiecywałam, że taka nie będę, ale gdzież tam… No nie da rady inaczej. I ta duma, kiedy Antoś tak mądrze spojrzał na mnie, podniósł papierek z podłogi i do śmietnika wyrzucił. Albo, kiedy wie, co, do czego służy, ot tak, z obserwacji. No geniusz! Ja potem jak taka wariatka jeszcze rozmyślam o tym, że On taki mały, a tak wszystko zauważyć umie, podpatrzeć, że taki sprytny, mądry. Majka tańczy. Ale jak Ona tańczy! I tak pięknie oczka dziewczynkom rysuje, takie z długimi rzęsami. I jak w przedszkolu nas narysowała to wiedziała, jakim kolorem kredki moje oczy, jaką męża i włosy nasze idealnie odwzorowała i… No mogłabym tak godzinami.
W pakiecie dostajemy też strach. Czasami wręcz irracjonalny. O choćby przykład z wczoraj…. Antka coś pogryzło, to znaczy ja uważam, że pogryzło, bo lekarz twierdzi, że to jakaś alergia na coś się przyplątała. Ale te wypryski tylko na odsłoniętych częściach ciała! Więc wiem oczywiście swoje. A, że to po nocy się stało, no to na pewno coś u nich w pokoju. Może coś przez okno wleciało? Może gdzieś w kołderce się zaplątało? Może jakieś gryzące potwory w listwie przypodłogowej się schowały? Naczytałam się więc o wszystkich plagach solidnie, wypryski Jego odpowiednio sobie dopasowałam. Matko może my coś z podróży przywieźliśmy i to dopiero teraz się uaktywnia?! Jakieś szarańcze, mrówki, pluskwy, no jakieś na pewno coś! I nieważne, że lekarz z tą alergią wyskakuje, że po lekach wszystko ładnie schodzić zaczyna, ja tam czuję, że coś czyha w tym pokoju na tego mojego synka. Przetrzepałam więc wszystko, wyprałam, najmniejszy skrawek pokoju gorącą wodą wymyłam, nic nie znalazłam… Leżymy w łóżku, późno już. No właściwie to noc, grubo po dwunastej. Mąż śpi, ja…ja nie mogę… Bo w którymś z artykułów napisali, że te robactwo to czasem dopiero w środku nocy wyłazi. Więc leżę jak głupia i wyobrażam sobie, że coś tam teraz po tym Antku łazi. Oczy już się tak kleją…. Mąż śpi głęboko i żadnego zainteresowania moim niepokojem nie wyraża… A we mnie myśli się kotłują… Wstać, czy nie wstać? Sprawdzić?… No, ale przecież na pewno go obudzę! On ma taki sen, że byle szmer go budzi, a tu bym musiała górne światło zapalać, żeby sprawdzić czy na pewno nigdzie nic, łóżeczko przetrzepywać… Nie bezsensu. No przecież przeszukałam dzisiaj wszystko, po co go budzić? Rano nieprzytomna będę… Szarpałam się tak jeszcze z półgodziny. Oczywiście nie wytrzymałam. Jak akrobatka na paluszkach się skradam… O pierwszej w nocy ja matka – wariatka pod łózko w poszukiwaniu zaglądam, na białym prześcieradełku jakiekolwiek oznaki obcego wyszukuję, Antka centymetr po centymetrze oglądam. Nic nie znalazłam. Myślicie, że zasnęłam spokojnie? A gdzież tam, jeszcze dwa razy wstawałam! Za drugim razem zresztą się obudził…
Lubię te kubki równo ułożone, lubię jak żadnych okruszków na blacie nie ma. Lubię w spokoju poczytać i pospać dłużej. Ale najbardziej lubię dwa uśmiechy. Najpiękniejsze na świecie. I choć tyle czasami zmęczenia, tyle strachu w tym macierzyństwie, odpowiedzialności ponad miarę, to wiem, że naprawdę mam w życiu, za co dziękować. Bo ta dwójka to cały mój świat. Tak często patrzymy na siebie z mężem, na przykład, kiedy Oni już śpią, a my wieczorny film oglądamy… I wtedy ni z tego nagle, któreś z nas mówi, a wyobrażasz sobie jakbyśmy ich nie mieli? Jakież to życie puste by było… A chwilę wcześniej oboje przecież twierdziliśmy, że zaraz zwariujemy…
27 komentarzy