Jest taka reklama, gdzie para kupuje mieszkanie, wyobraża sobie swoje idealnie urządzone, czyste wnętrza, gdzie, co postawią, tu kwiatek, taki sprzęt itd. A potem nastaje rzeczywistość… Wpadają dzieciaki, wszystko wokół lata, na środku salonu tipi, na kanapie wylany sok, kwiaty na ziemi i chyba więcej pisać nie muszę, bo kto ma dzieci ten sobie jest w stanie to idealnie zwizualizować. Moje dzieci przechodzą ostatnio samych siebie. Antek postanowił zostać największym szesnastomiesięcznym himalaistą i wspina się dosłownie na wszystko. Łącznie z tym, że ostatnio łapałam go w locie wraz z…telewizorem, który prawie wylądował na ziemi… Jego autografy można odnaleźć na podłodze, stole, ścianie to normalność. Majka zaś po kieszeniach pół piaskownicy nosi, wiecznie z krzeseł swoje konstrukcje robi, codziennie wylewa wszystko, co się nadaje do wylania. No ogólnie wesoło mamy.
To zabawne jak dzieci wszystko odmieniają. I to nawet nie chodzi o dom, ale o nas samych. Jakbyśmy się rękami i nogami nie zapierali, macierzyństwo sprawia, że stajemy się zupełnie innymi ludźmi. Oczywiście, że nadal często szaleństwo w głowie, i że tysiące pragnień, marzeń, ale nie ma co ukrywać, ze dzieciaki sprawiają, iż zupełnie inaczej patrzymy na świat. To takie niesamowite dla mnie, kiedy spotykam się z ludźmi, których pamiętam zupełnie innych czasów, to takie piękne i zabawne, jacy zupełnie inni jesteśmy. Mam taką koleżankę jeszcze ze studiów. Dużo razem czasu spędzałyśmy, imprezowałyśmy. Ja wiecznie roztrzepana, Ona na ziemię mnie sprowadzała. Te równo zapisane Jej wszystkie notatki pamiętam, co w locie spisywałam, imprezy gdzie na stole tańczyłyśmy, papierosy wspólnie wypalone z tysiącem plotek w tle. Pamiętam jak na trawie z nią leżałam i się zastanawiałam, czy z moim obecnym mężem zgodzić się na randkę umówić. I jak ten mój mąż samochód od dziadka pożyczył i razem nad jezioro pojechaliśmy. Grat z tego samochodu był niesamowity, mój mąż kierowca wtedy niezbyt doświadczony, i jak my po tych polach, lasach jeździć zaczęliśmy, szarżować bez sensu.. Jak ten biedny samochód w dosłownym znaczeniu rozpadł się po prostu. Ileż wtedy stresu było, co też ten biedny dziadek na to powie, ileż też potem śmiechu z przygody. I jak w górach z tym mężem – jeszcze „niemężem” się zaręczyłam i dzwonię do niej, pierścionek opisuję, a ona, że wie przecież jaki to, bo sama doradzała. Brylancik dla mnie wywalczyła, bo mój biedny studenciak wahał się, czy piękny z cyrkoniami może być, czy lepiej jednak, żeby maleńki brylant. A że studiowaliśmy dziennie, to i pieniędzy za wiele nie było, szczeniaki takie byliśmy, nawet do banku poszedł, ale mu odmówili;) Matko, jakie to cudne czasy były, jak wtedy nikt niczym się nie przejmował!;))
A teraz wpada do mnie ta koleżanka z tą swoją dwójeczką, na stole już nie my, a te maluchy tańczą, i już tyle dojrzałości w nas więcej, już tak zupełnie inaczej to wszystko wygląda. I oczy dookoła głowy i te smoczki na stole wyparzone zamiast wina, te domy nasze zupełnie inne, te samochody, co spokojnie nad jezioro dowiozą. Rozmowy dużo spokojniejsze, wiecznie przez maluchy przerywane, kłopoty kompletnie innego kalibru i my same, niby niewiele zmienione, nadal ja roztrzepana, Ona poukładana, a jednak… Jednak już przecież tyle w nas innych przeżyć, z tymi dziećmi przy boku, zupełnie co innego w głowie.
I druga moja koleżanka wpadła z mężem, co z nią plany o tych przyszłych dzieciach snułam, co już obie tak mocno doczekać się nie mogłyśmy, kiedy w końcu zechcą w naszych brzuchach zamieszkać. I jak się stresowałyśmy, czy my będziemy potrafiły to niemowlę przewinąć, nakarmić, czy ogarniemy to wszystko. I żeby to już było, teraz, natychmiast! A dziś… Dziś aż śmiać mi się chce, bo jakbyśmy całe życie nic innego nie robiły. I jak wtedy o tych pieluchach marzyłyśmy, tak teraz o tym, żeby choć sekundę świętego spokoju mieć i żeby na weekend do rodziców te dzieci sprzedać, i jak dobrze ma, że już z tych pieluch wyszła, bo nasz Antek młodszy.
Cudnie jest tak ludzi z boku obserwować, to takie zabawne, że dzięki nim najmocniej widoczne jest, jak bardzo sami się zmieniliśmy. Te plany o tych dzieciach, co snuliśmy, a teraz biegają nam między nogami. Te rozmowy inne, te tysiąc doświadczeń, które zdarzyły się po drodze. Ale najważniejsze, że my wszyscy nadal na tym samym etapie.
Chaos, harmider w domu jak zwykle. Przez okno wpuszczam świeże, wiosenne powietrze. Antoś tańczy przy jakiejś reklamie. Rytmicznie te wszystkie słowa na klawiaturze wystukuję… Wspomnienia codziennie rysujące się na nowo. I my wszyscy tacy inni i tacy sami zarazem. Jakże fajnie się to życie toczy, i jakże pięknie mieć ludzi wokół. Każdy etap jest tak ważny i potrzebny. Leci ta codzienność niesamowicie, ciekawe jak za dziesięć lat na te obecne czasy będę zerkać, co wtedy będzie w głowie i wokół… I pewnie wszystko znów, jakby wczoraj dopiero co…
Na zdjęciach uwieczniona kolejna nasza wyprawa w poszukiwaniu wymarzonej działki. Ale im więcej jeździmy i szukamy, tym bardziej upewniam się, że tamta to ta idealna i żadna inna do pięt jej nie dorasta;)
13 komentarzy