Wracamy razem z przedszkola. Maja jakaś dziwna taka, cicha, zamyślona…
– Majeczko masz jakieś kłopoty? – pytam zaniepokojona.
– Nie mamusiu – odpowiada zdziwiona – A dlaczego miałabym mieć?
Uwielbiam dziecięcą logikę. Spytaj o to samo jakiegoś dorosłego… Zaraz zacznie wymieniać… Rachunki, brak możliwości wyjechania na wakacje w tym roku, kłótnia z mężem, szef wkurzający w pracy… Nawet jak żadnych problemów nie ma, to i tak wymyśli jakieś naprędce. No bo dorosły bez kłopotów? Nie do pomyślenia! A dzieci pozwalają sobie na radość, na beztroskę, na to by patrzeć na świat i z założenie widzieć go pięknym. By zatrzymywać się i spojrzeć na swoje odbicie w kałuży, by dostrzec niebo błękitne, by machnąć ręką kiedy coś nie wyjdzie i nawet łzy z oczu jak gęsto kapią to zaraz dziecko biegnie dalej i już nie pamięta, że coś złego chwilę temu się przydarzyło. Wszystko jest do zdobycia, każda rzecz do ogarnięcia, a jak coś niezrozumiałe, to nie warto nad tym się skupiać. Nie potrzeba wiele, byleby móc do późna w piaskownicy siedzieć, i z huśtawki odważnie zeskoczyć kiedy mama głowę odwróci. Na kolanko plaster z Elsą przyczepić, na każde nieszczęście w ciepłe ramiona się wtulić i biec dalej, to szczęście dostrzegać w każdej najdrobniejszej rzeczy na świecie.
Zaklęłam pod nosem siarczyście. Zaklęłam po raz czwarty, a zegar pokazywał dopiero 7:20… No świetnie, ciekawe co będzie dalej! Matko jak mi się nic nie chce, kolejny taki sam dzień mnie czeka. Tańczenie z odkurzaczem, bieganie za Antkiem, tysiące głupich spraw na głowie, a On od rana humor też ma taki, że aż strach w jego stronę spojrzeć. Oj czuję, że się dzisiaj pokłócimy, pokłócimy i to jeszcze jak! Nawet jeszcze niewiadomo o co… może o te złe humory? Albo o to kto ma tą cholerną zmywarkę załadować? I to, że On nic kompletnie nie rozumie?… A może o te dwa słowa za dużo, co zawsze padają? A potem cała litania uzbierana z dziewięciu wspólnych lat, co się była w stanie w stałą formułkę ułożyć?… Jeszcze niewiadomo, ale pokłócimy się jak nic!
Próbuję jedną stronę książki przeczytać, jedną cholerna stronę. Ale nie da się, no nie da! Jak ze stołu nie muszę go ściągać, to znów dobrał się do koszyka z drobiazgami i szafkę na narzędzia otworzył, no jasne, że otworzył jak się nie domyka!… Matko ileż razy ja mogę prosić żeby ON tam posprzątał! Telefon… Koleżanka dzwoni. „Tak wszystko dobrze… Tylko wiesz zabiegana jestem, Mała katar ma znowu i w tej pracy nie wyrabiam… Niby fajna ta praca, niby lubię ją bardzo, ale wiesz jak jest, no po dziurki mam wszystkiego. I ciągle sama jestem, bo ten nadgodziny bierze… Ech sama nie wiem… Tak wszystko dobrze… Tylko tak ogólnie to do d… jest!”. I ja na to ochoczo, że rozumiem, że współczuję, że u nas podobnie, że już od rana nie wyrabiam, że nawet nie ma gdzie się ruszyć, a ja tak tego ruszenia potrzebuję, i że byle do wiosny… Bo wiosną to może w końcu będziemy szczęśliwe?…
Uśmiecha się. Uśmiecha codziennie. Do słońca, do mnie i pani z warzywniaka. Mijam ją czasem gdzieś w przelocie, tym Jej uśmiechem się częstuje. Przychodzi na plac zabaw energiczna taka, gania za tym swoim chłopcem, razem po piasku się turlają, piratów udają. Zawsze jest do dwunastej, bo o dwunastej trzydzieści to już w pracy musi być. A później biegiem po Małego i wieczorem jeszcze korepetycji udziela, co by trochę dorobić. Siadamy na ławce, tuż obok siebie… Tak, że łokciami się stykamy. Gniecie w dłoniach końcówkę spódnicy, gniecie i cichutko opowiada, że jest dobrze. Że co z tego, że w pędzie, ale szczęśliwie. I że sama. Bo sama i już. Bo raz uderzył i drugi… I zabawa w tatę dla niego tylko zabawą była… I że walizkę spakował jedną, a w nią wszystko co mieli. I tylko żalu po sobie nie pozostawił, bo już nie było niczego do żałowania. I czasu na żal nie było, bo Mały chorował. Mocno chorował, więc wiele przedpołudni zamiast na placu zabaw to w szpitalu. Ale teraz jest dobrze, teraz jest nawet czas żeby po pracy te korki poudzielać i o dwudziestej drugiej obiad na jutro przygotować. A rano… Rano twarz do słońca wystawić, na piasku marzenia cicho nakreślić i w piratów się pobawić. Więc czemu się nie uśmiechać?
Majka tańczy od rana, wzory z czekoladowych kulek układa. Jak ja zazdroszczę temu mojemu dziecku tej beztroski. Jak ja zazdroszczę, że nie widzi problemów tam gdzie ich nie ma. Że zawsze wstaje prawą nogą i po upadku tylko kurz ze spodni strzepuje. Biegnie dalej, nie roztkliwia się, nie analizuje. Tyleż marudzenia w tej codzienności, tyleż ciężarów wymyślanych naprędce. Tyle złości i przekleństw. A przecież nieraz Ci, co noszą naprawdę wielki na plecach ciężar, potrafią ot tak beztrosko twarz do słońca i jeszcze uśmiechem innych zarażać.
Uczę się tego uśmiechu, uczę codziennie. I braku kłopotów się uczę i wystawiania twarzy do słońca. Może się jednak z Nim dziś nie pokłócę?… Może dziś tak wyjątkowo, skupię się na tym na czym naprawdę człowiek skupiać się powinien?… I docenię tak po prostu i z głębi siebie powiem, że jest naprawdę dobrze?… Może tak raz spróbować na pytanie o kłopoty ze zdziwieniem odpowiedzieć, a dlaczego jakieś miałabym mieć?…
Choć raz tak… Szczęście w odbiciu kałuży dostrzec.
20 komentarzy