Zaczynam się oswajać z tym naszym miejscem, tak powoli, po swojemu. Uczę się nowych kątów na pamięć. Próbuję sobie wyobrażać jak tu za chwilę będzie wszystko wyglądać. Pomieszkując na budowie człowiek nagle odkrywa jak niewiele do szczęścia potrzeba. A każdy dodatkowy luksus typu podłączona lodówka, czy podłoga na dole zamiast gołego betonu, cieszy podwójnie. Kiełkująca trawa, osobista jabłoń własnoręcznie zasadzona, dziecięcy basenik na czarnoziemiu to takie nasze codzienne uśmiechy. Dobrze tu nam, mimo tej całej pracy jaka jeszcze przed nami, już wiem, że pokocham to miejsce całą sobą, że to taki dom, do którego zawsze będzie chciało się wracać.
Tak naprawdę kupując tego naszego bliźniaka, chyba nie do końca uświadamiałam sobie, że to przeprowadzka na wieś. Zachwycały mnie te pola, widoki, ale ta obwodnica niedaleko i miasto za zakrętem sprawiało, że dla mnie osobiście były to takie typowe przedmieścia. Okazuje się, że nic bardziej mylnego. Pewnie zimą nieraz na to przeklnę, kiedy śnieg nas zasypie, bądź będzie przerwa w dostępie prądu, co okazuje się tu dość częstym zjawiskiem, ale póki co, chłonę to wszystko. Te ptaki, które rano mnie budzą, tuż po tym, gdy zapieje kogut, te szumiące pola, wiśnie, czereśnie, jabłonie tuż na wyciągnięcie ręki. Ta swoboda i zwyczajność wokół. Nikt się tu nie napina, wszyscy jacyś tacy swojscy, otwarci, biegamy w tych kolorowych kaloszach, poznajemy się wzajemnie. Moje dzieci odkrywają nowy świat. Moje małe mieszczuchy nagle godzinami taplają się w błocie, obserwują mrowisko, liczą ptaki, które przyfrunęły do ogrodu wyskubać nam, co do jednego ziarnka kiełkującej trawy. Towarzystwa mają masę. I wszyscy jak oni – równie brudni i uśmiechnięci. Z koszykiem chodzą do sadu zbierać owoce, ganiają się po polach, obserwują motyle, po czarnym piasku biegają ciągle rozchlapując wodę z basenika. Skaczą u sąsiadów na trampolinie do utraty tchu, nagle mucha ich nie przeraża, za to z wielką fascynacją obserwują ul.
A właściwie mieszkamy tu od tygodnia. Dopiero wsiąkamy w okolicę, w to życie. Bałam się samotności, a okazało się, że tych wszystkich nowo poznanych ludzi i dzieciaków to nie wiem czy w całym domu bym zmieściła. W sklepiku wiejskim dostaję już drożdżówki z zaplecza, jako „ta swoja” i najpyszniejszy chleb. Z zakupów w drodze powrotnej cały czas towarzyszył mi bocian latając nad głową wysoko, rozpościerając skrzydła do nieba.
Przestaję przejmować się zakurzonymi autami, brudnymi butami, kolejnymi skarpetkami dzieci zostawionymi u sąsiadów. Oddycham za to pełną piersią, sadzę w ogrodzie pierwsze drzewa, powojniki zaczynają plątać się po płocie, trawa pewnie kiedyś w końcu wyrośnie. Pięknie jest tu u nas. Niby tak blisko miasta, a jednak to zupełnie inny świat.
I choć są rzeczy, do których trzeba się przyzwyczaić, jak choćby dziurawe drogi, milion piasku wszędzie, dziesiątki much i owadów przesiadujące na moich białych ścianach, wstawianie prania najlepiej codziennie, pomijając to, że jeszcze nie mam podłączonej pralki, to mimo wszystko, za nic bym nie wróciła w poprzednie miejsce.
Chodzę po tych niewykończonych, betonowych schodach, patrzę na rozgardiasz na dole, wyglądam przez kuchenne okno i cieszę się jak głupia. Do ludzi, świata, drzew. Do wszystkiego, na co można patrzeć przez różowe okulary.
Taka moja wieś. Moja przestrzeń, nowy życiowy kosmos. Ależ mi tu dobrze!
Ps. A kiedy właśnie kończyłam pisać te słowa, ktoś zapukał do drzwi. Okazuje się, że moja Czytelniczka mieszka tu niedaleko i postanowiła obdarować mnie obłędnie pachnącymi wypiekami ze swojej piekarni. Chleby na zakwasie, rumiane bułeczki, a wszystko to tak piękne, że aż ślinka cieknie. Nawet nie wiem czym sobie na taką uprzejmość zasłużyłam! W każdym razie jeszcze raz ogromnie dziękuję, a gdyby ktoś z Was miał ochotę na lokalny, świeżutki chlebek to koniecznie zajrzyjcie do Dobrze Wypieczone.
13 komentarzy