Najpierw zdążyliśmy pokłócić się z pięć razy. No dobra, trochę ściemniam, z co najmniej piętnaście. Te nowe ściany kilka niecenzuralnych słów wysłuchało, kiedy znów potknęłam się o wystający worek kleju, tynku, czy kto wie czego. Z włosów wygrzebywałam farbę, paznokcie zdarłam szorując czarne fugi, obraziłam się po raz setny, że tak mocno na robocie się skupia, że w ogóle mnie nie słucha! No bez przesady! Ja rozumiem piła, wyliczanie jakiś centymetrów, cięcie desek, blatów, kładzenie kafli i te sprawy, ale żeby tak ostentacyjnie w ogóle na moje żale nie reagować? Żeby nie wysłuchać, że ja już bez tej pralki nie dam rady? Więc się obraziłam, potem zapomniałam, a potem znów się obraziłam tak dla zasady. Ale On wcale nie był lepszy! Furkał wiecznie pod nosem, co najmniej z dziesięć siwych włosów mu przybyło, ręce poranione, obłęd w oczach i irytacja na okrągło. Wiele rzeczy poszło wcale nie tak jak powinno. A to ścianę trzeba było burzyć, bo za cholerę biblioteczka na wymiar się nie wciśnie, a to kable z prądem przebiegały równo na wysokości naszych kuchennych szafek, które trzeba było do ściany przytwierdzić, a to znów coś kuć, poprawiać i tak w koło macieju. No więc w tych kłótniach, przekleństwach i radościach zarazem – przeżyliśmy. Przeżyliśmy bez kuchni, pralki, z dwójką dzieci u boku. Przeżyliśmy ze śmiechem na ustach i obłędem w oczach. Z otwartą butelką wina, której w końcu nikt nie miał siły wypić, z niewyspaniem, z pęcherzami na dłoniach, z piaskiem, pyłem i brudem wokół. A potem…a potem to już tylko, czysta radość.
To nie jest tak, że ten dom jest skończony, że teraz to proszę Państwa siadamy na kanapie i ewentualnie wycieczki zwiedzających przyjmujemy. Są ściany bez farby, z gołym tynkiem, czekające na wykończenie, są szafki, które błagają o wyregulowanie, listwy wykończeniowe równo ułożone w kartonach, drewno do obicia nie wiadomo czego, toaleta, która póki co robi za przechowalnię styropianu i pustych kartonów, a także pięknie wypełniona garderoba kolorowymi walizkami, w których za cholerę nic nie mogę znaleźć.
Ale jest też kanapa. Są kwiaty na stole, kubki w szafkach równo ułożone. Są kocyki, pledy, dopieszczone pokoje dzieci, wymyta podłoga na górze i trochę brudniejsza na dole, z toną piachu przyniesionego z ogródka. Na zewnątrz stoją kolorowe leżaki, w kranie leci ciepła woda, w końcu pralka pracuje na pełnej parze, a w kuchni powstają pierwsze obiady. Jest dom wypełniony masą osób, dzieci boso biegające, są popołudniowe kawy, brudne okna, przez które zieleń wchodzi do środka i tylko drzwiami tu nikt nie trzaska, nawet jakby bardzo o tym marzył, bo te drzwi przez jeszcze jakieś pięć tygodni, można sobie co najwyżej powyobrażać. A nawet sobie nimi w tych wizjach trzasnąć solidnie, a co!
Jest więc dom. Nasz. Ulubiony do granic. Pachnie tu ciepłem, miłością. Przylatują ptaki, kwitną kwiaty, a całą resztę jakoś się zrobi. Najtrudniejsze już za nami.
Teraz jest w końcu czas na takie spokojne oswajanie się z nim. Na rozpakowanie wszystkich zalegających kartonów, na wyrywanie chwastów i szybki odpoczynek na leżaku. Jest czas, aby chłonąć te wszystkie niewykończone kąty, aby bosymi stopami biegać góra dół. Jest czas postanowień i obietnic. Że tu to już zawsze będzie panował porządek, a w zlewie nigdy nie zalegną się żadne naczynia. W szafach wszystko równo posegregowane, każda rzecz obowiązkowo na swoim miejscu. Tu oczywiscie będzie mi się wszystko chciało jeszcze bardziej niż gdziekolwiek indziej. A potem…potem codzienne życie przyjdzie i za jakiś czas wszystko wróci do normy. Ale czy może obyć się przeprowadzka bez obietnic? Lubię ten stan nowości, to tu i teraz. Ale wiem, że z każdą ryską, z każdym mniej idealnym dniem, wtłoczonym życiem w środek, będę jeszcze bardziej kochać to miejsce i już się nie mogę doczekać, tych wszystkich historii, które tu nadejdą.
Nowy rozdział czas więc zacząć.
Kuchnia to pomieszczenie, które powstawało chyba najdłużej w tym domu. Ale w końcu wszystkie sprzęty zamontowane, szafki zawieszone i już się nie mogę doczekać, kiedy pokażę Wam ją w pełnej krasie. Na zdjęciach stan sprzed kilku dobrych dni, nawet nie wiecie jak świetnie smakowały pierwsze obiady w końcu ugotowane tu u siebie. Testuję te wszystkie moje nowe sprzęty od Amica, zachwycam się dodatkowymi funkcjami, zresztą przy odsłonie kuchni o wszystkim Wam dokładnie opowiem.
A w ogrodzie prawdziwe szaleństwo, dzieciaki biegają po tej niewyrośniętej trawie, są już pierwsze pikniki, zabawy na kocu, jest śmiech i radość. Naprawdę lubię to nasze lato w tym roku. Ta zieleń, te widoki, każdą najcięższą pracę wynagradzają.
I tak to tu teraz u nas jest. W końcu ta codzienność znów w swoim tempie zaczyna płynąć. Dużo uśmiechu dla Was i do napisania!
31 komentarzy