Kiedy Maja była niemowlęciem pierwsze co zawiesiłam jej wokół pełno czarno-białych obrazków, bo się naczytałam, że to świetnie stymuluje. Co prawda na żaden właściwie nie zerknęła, ale może to dla tego, że za mało czasu w tym łóżeczku spędzała, a większość przy mnie na rękach, albo wtulona do piersi, no ale rozwieszone miała… Nim siedzieć potrafiła już w rączkę kredki jej wciskałam co by kreatywność rozwijać, oczywiście takie odpowiednie, bezpieczne, naturalne, co producent zapewniał, że może do buzi nawet włożyć. Czytałam miliony mądrych poradników, sprawdzałam co tydzień na jakim powinna być etapie rozwoju. Często na krok nie odstępowałam, tysiące wymyślanych zabaw, kupowanych pięknych sukienek, dbanie o każdy najmniejszy szczegół, z czego ona i tak za wiele sobie nie robiła.
A przy drugim dziecku… Wszystko jest zupełnie inaczej.
Już na spokojniej, a z drugiej strony w ciągłym biegu. i ten czas dzielony pomiędzy Nią a Nim. I to kompletne odpuszczenie perfekcyjności. Na półce żadnych podręczników, na stópkach dwie różne skarpetki, bo żadnej za cholerę do pary nie mogłam znaleźć. I niby całe dnie razem spędzamy, ale mnie dużo mniej przy Nim niż przy Niej było. I czasem łapią mnie wyrzuty sumienia. Że to niesprawiedliwe takie, że może za mało się staram, dbam, że kiedy Ona miała dwa latka to ja już z Nią to czy tamto i Ona już tak pięknie mówić umiała, a On to tyle co nic. I że może za mało rozwijam, że może zaniedbuję…
A On chodzi uśmiechnięty od ucha do ucha i nic sobie z tych myśli moich nie robi. Biega za całą ekipą i tylko przylatują i skarżą na niego, że to im zabrał, to zepsuł, a zaraz wołają ” no chodź Antoś, chodź już, możesz się z nami bawić”. Mazakami bazgrze łokieć w łokieć z siostrą. Ciastoliną wszystko wokół obkleja, bo On też chce robić takie cuda jak Maja. Gra z nami w chińczyka i nic, że od pięciu lat, no przecież On też chce, no to za każdego kostką rzuca i taka z nim zabawa. Książeczki bierze, kładzie się na ziemi i czyta, tylko te z „miękkimi” stronami, przecież Maja tych z twardymi nie dotyka to co On będzie. Lego friends się bawi, tymi najmniejszymi elementami z możliwych i skubany daje radę coś tam z nich budować. Przy Majce nie do pomyślenia! Przecież w życiu bym Jej w tym wieku nie dała, zaraz by na pewno połknęła. A On nie połyka, On się naprawdę bawi. Filmy familijne z nami ogląda, no bo jak całą rodziną zasiadamy to On obowiązkowo koniecznie między nami. I nawet wysiedzieć potrafi! I jakże On tańczy! Maja z koleżankami go nauczyła. I naklejki starannie przykleja tak jak Ona, i pięknie z dużo starszymi dziećmi się bawi. Samodzielny niesamowicie, sam sobie po bułeczkę sięga i ulubione przekąski z szafki wyjmuje. Banana przynosi co by mu obrać i jabłko ze skórką wcina. Majce zawsze obierałam, w drobne kawałeczki kroiłam, a ten wespół z siostrą zjada, gryz po gryzie. Sam sobie zabawy wymyśla i mimo tego Jego prawie nic niemówienia, zadziwia mnie jakie On ma pomysły, wyobraźnię! Konstrukcje ze wszystkiego co możliwe tworzy i w szkołę z dziećmi się bawi, grzecznie w wyimaginowanej ławce siedzi, choć w rzeczywistości pewnie nawet nie ma dokładnego pojęcia co to przedszkole. Skacze przez gumę, kopie piłkę, cześć do połowy osiedla woła.
I jakoś tak zupełnie to wszystko inaczej wygląda. I jakoś mniej chyba zadbane to moje drugie dziecko niż pierwsze. Mniej się nad zadrapanym kolankiem roztkliwiam niż wtedy, gdy po raz pierwszy w życiu Majce plasterek zakładałam, mniej się przejmuję co powinien potrafić, a co nie i na ten smoczek nieszczęsny macham tylko ręką. A przecież Maja równo rok skończyła i tysiąc sztuczek i sposobów co by ani dnia dłużej. A ten już drugi rok i z namiętnością go pitrasi, ciumcia. Jakoś tak dużo bardziej odpuściłam, oswoiłam się, wyluzowałam. I nie wiem czy to dobrze czy źle, ale tak już po prostu jest.
Ale kiedy patrzę na niego umorusanego takiego, co buzi nie daje sobie wytrzeć, bo za dzieciakami pędzi, kiedy widzę go z jaką pasją farbkami rysuje, gdy naśladując Majkę plastikowymi nożyczkami serduszko wyciąć próbuje, gdy w berka się na osiedlu bawi, choć nigdy nie ogarnia do końca czy teraz On ma gonić, czy go gonią, ale za Siostrą razem ramie w ramie biega, gdy każdy przedmiot wie do czego służy i z wprawą stylisty lalki czesze to myślę sobie, że to jest to. Że z jednej strony dobrze być tym pierwszym dzieckiem z tymi przejętymi z emocji, rozdygotanymi rodzicami, tymi dla których wszystko jest nowe, pierwsze, gdzie dziecko cały świat zmienia i tylko, i wyłącznie na nim jest skupienie, ale z drugiej strony, gdy jest się tym drugim to to oznacza, że ma się już starsze rodzeństwo, które tyle ścieżek przed Nim otwiera. Które dopuszcza do rzeczy, które temu pierwszakowi w życiu by się nie zdarzyły, gdzie w pakiecie na start całe grono przyjaciół się dostaje, gdzie doświadcza się rzeczy, może i nie dostosowanych do etapu, ale z drugiej strony ileż z tego frajdy. Gdy nie ma wokół zabawek tylko i wyłącznie tych w odpowiednim przedziale wieku, to nagle się okazuje, że dwulatek idealnie potrafi się bawić i tymi pięć plus. I mądry jest taki, pocieszny. I może nie jestem całym Jego światem, ale z drugiej strony jak piękny i kolorowy jest ten, który ma.
I biorą mnie te wyrzuty sumienia, no biorą. Ale jest inaczej i nie da się tego ukryć. Z jednej strony tyle więcej we mnie doświadczenia i nie przeżywam już wszystkiego jak za pierwszym razem, spokojniej do tylu kwestii podchodzę, a z drugiej strony nie ma już tej takiej ekscytacji niesamowitej, już nie czekam na każdy kolejny etap, przebierając nogami ze zniecierpliwienia, już mi nie jest tak śpiesznie, żeby zrobił już to czy tamto. Bo już to przeszłam i wiem, że wszystko to z czasem przyjdzie. Nie ma we mnie aż takiej motywacji by matką roku zostać, nie przejmuję się błahostkami, nie wydziwiam, nie kombinuję. Kiedy pierwsze dziecko pojawia się na świecie wszystko jest tak nowe, świeże, tak inne. I człowiek tak mocno chce wszystko, tak bardzo, tak na dwieście procent. I żeby żadnego tylko błędu nie popełnić! A kiedy zjawia się ten drugi mały człowiek to już jest świadomość, że choćby się na głowie stanęło to i tak te błędy będą się zdarzać i nie ma też tego stresu, strachu, jest tylko czysta radość i… większe odpuszczanie.
Kocham go nad życie, uwielbiam. Mój malutki, wyczekany, ulubiony. Ale moje podejście różni się diametralnie od tego, które miałam na samym początku, gdy zjawiła się Maja. I czasem martwię się tak bardzo, że może ofiarowałam Jej coś więcej? Że może to niesprawiedliwe takie? Ale z drugiej strony dostał też coś najlepszego z możliwych; starszą Siostrę. I tak naprawdę to Ona jest głównie Jego całym światem. To Ją naśladuje, dużo więcej od niej czerpie niż ja mogłam w tym wieku nauczyć Maję. Bo to jest ich wspólny, dziecięcy świat. Bo tylko On mówi w sobie znajomym języku, a Ona bez mrugnięciem oka w tym samym języku mu odpowiada. Wciąga w zabawy nie zakładając, że jeszcze jest na to za mały, że nie zrozumie. Ona po prostu się z Nim bawi jak równy z równym. I mają tą swoją wspólną krainę zrozumienia, do której tylko Oni są w stanie przynależeć.
Inaczej jest. I jakbym tam z siebie nie była zadowolona, to jedno jest pewne, cudownie jest to wszystko móc obserwować. Macierzyństwo ma różne wymiary i etapy. I jest najlepszym czymś, co mogło mi się w życiu przytrafić…
28 komentarzy