Rankiem budzi mnie płacz, donośne marudzenie… Mój Mąż zwleka się z łóżka, na wpół z zamkniętymi oczami przemierza kilometry jakie dzielą nas do pokoju dzieci, ja szczelnie okrywam się kołdrą udając, że nic nie słyszę… Nie ma tak łatwo… Już za chwilę w moich ramionach ląduje On – niespełna metrowy człowiek. Wciska mi się pod ramię, noskiem ociera, mammma woła mi radośnie do ucha, jakbyśmy się co najmniej kilka dni nie widzieli. Dzień jak co dzień budzi się do życia, nieśpiesznie, powoli, utkany z tęsknoty i radości. Nikt tak mocno nie przeżywa i nie okazuje emocji jak dwulatek. Nikt tak nie smakuje, nie testuje, nie cieszy się i nie rozpacza. Tak mocno czytelny, tak zmienny, tak szczery i piękny. Maleńki mój. Puszek okruszek. Szczęście w najczystszej formie.
To nie jest tak, że mi ten czas biegnie jakoś tak bardzo szybko. W końcu staram się być uważna, każdego dnia wpatrywać się mocno, celebrować. Przeżywać pierwszy oddech, uśmiech, krok i siniak na kolanie. Zapamiętywać chwile, kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowo mama. A z drugiej strony nim się obejrzę to Oni każdego dnia więksi, inni, samodzielniejsi. Czasami wyobrażam sobie, kiedy tak dłużej zapatrzę się w przestrzeń, kiedy myśli lecą mi niczym nie powstrzymywane, wyobraźnia wiruje, tworzę sobie jakieś sceny… Wyobrażam sobie jak to nakrywam na tym moim drewnianym stole, talerze przecieram, mój Mąż już posiwiały leciutko na skroniach, coś tam jeszcze w kuchni szykuje, a Oni wpadają jedno po drugim. Z zaróżowionymi policzkami od progu coś opowiadając. Może kogoś przyprowadzając pierwszy raz nieśmiało? A może skarżąc się, że tego głupiego egzaminu na studiach nie udało im się zaliczyć? Może On pierwsze co do lodówki będzie wygłodniały jak zwykle sięgał, a Ona uściśnie mnie mocno i spojrzy tymi swoimi najpiękniejszymi oczami, z których nadal będę umiała tak wiele wyczytać? I my wszyscy razem przy tym moim stole. Oni tacy duży, tacy zmienieni, z tyloma myślami, przeżyciami… A ja jak zwykle do wspomnień się uśmiechnę, kiedy to jedna nałogowo wręcz rysunki produkowała, a drugi autkami wiecznie po podłodze jeździł. Z przyzwyczajenia sprawdzę czy ciepło ubrani i czy czasem katar im z nosa nie cieknie. Po głowach pogłaszczę choćby się opędzali… I wtedy to miejmy nadzieję, że znów stwierdzę, iż czas choć dość szybki i nieubłagany, to jednak ja każdą naszą wspólną chwilę, tak w miarę na spokojnie, tak z nimi, tak głęboko w sobie pamiętam…
Póki co Majka tańczy, śmieje się perliście, do Antka krzyczy „no chodź, chodź malutki, siostra Ci pokaże, jak to zrobić”. On wpatrzony w Nią jak w obraz biegnie jak najszybciej, nogami przebiera, aż z tego rozpędu ląduje jak długi… Podbiegam, głaszczę, pocieszam. Dzień jak co dzień. Dwa lata minęły, odkąd go mam. Dwa lata z mojego trzydziestoletniego życia, a jakby te wcześniejsze dużo mniejsze znaczenie miały. Tak samo zresztą jak wtedy, gdy urodziła się Maja. Pamiętam, że już po tygodniu dziwiłam się i nie mogłam uwierzyć, jak to było wcześniej, jak my żyliśmy, kiedy Jej nie było? Bo Oni to idealne dopełnienie, to definicja najpiękniejszej miłości, to Ci bez których nie mogłabym nic. Najważniejsi, najczulsi, najbardziej uważni i potrzebujący. Mnie. Zawsze. O każdej porze dnia i nocy. Moi wyśnieni.
Bywają męczący, och jak mnie czasami ręce bolą, jak mi głowę od ich wiecznego wrzasku urywa, jak często własnych myśli nie słyszę! A kiedy w domu nastaje w końcu cisza upragniona, przez chwilę upajam się nią, cieszę, a po jakimś czasie w najzwyklejszy sposób zaczynam tęsknić. Bo ten chaos, ten harmider to mój świat, może i nieidealny, ale najlepszy z możliwych.
I jedno czego w życiu bym chciała to żeby byli naprawdę szczęśliwi. Tak mocno, tak w środku siebie. Żeby nic ich w tym życiu nie złamało, żeby ten uśmiech wiecznie im towarzyszył, żeby łzy dało radę obetrzeć, kurz z kolan otrzepać, rany zagoić. Żebym mogła być blisko, tuż na wyciągniecie ręki, kiedy tylko będą tego chcieli. Żeby wiedzieli, ile są warci, bo są przecież moim cudem największym. Żeby pamiętali, że są cali z miłości zbudowani i żeby zawsze tej miłości byli pewni. Tak bardzo bym chciała kartki z kalendarza przekładać i te ich uśmiechy zapisywać. Po każdym gorszym okresie, żeby tylko lepszy nadchodził. By byli pewni siebie, pogodzeni ze sobą w środku, uważni i dobrzy. Otwarci na świat i ludzi. Tak bardzo…
Mój mały chłopczyk skończył dwa lata. Tak jeszcze niewiele rozumie, tak jeszcze mało przeżył… Tak jeszcze wszystko przed nim otworem stoi. I tyle pewnie jeszcze jakiś burz nadejdzie, potknięć, boleści i radości zarazem… Dwa lata. Jedno co mogę zaręczyć to to, że chociaż one były całkowicie miłością i szczęściem wypełnione. Buduję, buduję mozolnie, z uporem, buduję podwaliny. W końcu z miłości tylko miłość się rodzi.
Sto lat Maleńki mój! Sto lat… Niech Ci się spełni, niech Cię otula co najlepsze, niech Ci żadna łza na dłużej nie zostanie, niech Ci się radość głęboko w sercu zapisze.
Niech Ci dobrze będzie Królewiczu maleńki.
27 komentarzy