Bo w życiu o tą granicę chodzi… Cienką taką, nie zawsze widoczną. O to coś gdzieś pomiędzy…. Gdzieś między radością a rozpaczą, między marzeniami a życiem na jawie. Granicą między tym, co na zewnątrz a w środku. Między dostosowywaniem się a byciem sobą. Tym, co czujemy naprawdę a co tylko wydaje nam się, że czujemy, bo inni w nas to dostrzegają. Spisuję swoje myśli, spisuję wiecznie, uparcie. I chowam w sobie głęboko wszystko, co mnie poruszy i rozczaruje aż nad to. Chowam to, co ważne i trochę mniej, to, co nie zawsze mam ochotę pokazać, a czasem może nie wypada? I w każdym z nas tych granic tyle i warstw, z których się przepoczwarzamy.
Poznaję ludzi. Tak wielu ich się przewinęło.. Kiedyś przeprowadzałam szkolenia, jeździłam po Polsce, potrafiłam dziennie mnóstwo osób poznawać. I w tych ludziach chciałam dostrzegać różne historie. Och, nie zawsze oczywiście. Były takie osoby bez twarzy, takie, które mijałam gdzieś później na ulicy, nie rozpoznawałam wcale. A czasem rozpoznawałam aż nadto. I dziwiłam się tak bardzo, że jak to tak, że to ta sama osoba? Że niemożliwe, że przecież Ona inna zupełnie powinna być! W jakieś własne schematy ją powsadzałam, bo przecież całą godzinę z nią porozmawiałam. I teraz to przecież ja już wszystko wiem! A Ona taka? No jak to możliwe! I ileż to razy mnie ktoś odbierał zupełnie inaczej, ileż to razy pokazujemy po sobie coś zupełnie innego niż mamy w głowie.
Stanęłam na środku, stanęłam wyprostowana, dumnie pierś wypięłam, stanęłam cała w stu procentową pewność siebie ubrana. Stanęłam i dałam czadu. Ależ jakiego! I wszyscy wokół zachwyceni tacy, i przecież można było się spodziewać, bo Ona zawsze taka do przodu, i to gadane takie i gdzie tam mogłoby być inaczej. A w środku aż się trzęsłam i każdy drobiazg na czynniki pierwsze rozkładałam. I czy mówię wystarczająco głośno? Czy na pewno nie widać jak mi te dłonie drżą? I czy prosto stoję, bo u mnie to tak, że jak się zapomnę to jak całkowity paragraf wyglądam, jak to czule określa mój Tato. I ręce blisko siebie cały czas, co by na koszuli nikt tego mojego zdenerwowania nie dostrzegł. Ale dałam czadu! Takiego, że przecież Ona już zawsze i przecież wiadomo, bo ona z pewności siebie zbudowana. A u mnie tak naprawdę ta pewność siebie? Matko boska! Rozdmuchiwana jak balon, co by zawsze pęknąć w najmniej spodziewanym momencie i wtedy tylko iść się schować. Aż z czasem to, co na początku jakimś pozorem było, jakąś rolą konieczną, stało się codziennością. I już nie musiałam tej piersi tak wypinać i o ręce się martwić, bo już to wszystko wrosło we mnie. Wrosło wyraźnie i na stałe. I gdzie tu ta granica? Gdzie ta prawda, czy wtedy sobą nie byłam, aby stać się nią na zawsze? Czy to dostosowanie się, czy to było tak naprawdę we mnie? I tylko pobudzić to musiałam, pogłaskać? Nauczyć się nie tylko tak na zewnątrz, ale i w środku? A kiedy to się stało harmonijne, to matko boska… O ile łatwiej!
Włosy miała w kucyk związane, na twarzy tylko krem bez śladu makijażu. Za luźna koszula, najzwyklejsze spodnie w kant. Uważnie notatki robiła, zapisywała wręcz każde moje słowo. Aż mnie się to trochę niepotrzebne zdawało, ale co będę protestować. Nieśmiała taka, a z drugiej strony przesympatyczna. Trochę taki typ kujonki, ułożona do granic możliwości. Pedantyczna, może lekko przeciętna, normalna taka. Minęło kilka lat… Nie poznałam Jej, nie poznałam. Nie zapamiętałam. Jak skojarzyłam to mnie wmurowało… Włosy ścięte na krótko, wyzywający kolor, wyzywający makijaż, wyzywające wszystko. Wyzywające życie z wieloma, wyzywające przekraczanie granic i nagle to ja aż pruderyjna nadto, zszokowana. I dłuższe rozmowy i poznawanie siebie, bo czy chciałam, czy nie chciałam z zawodowych względów dużo czasu razem spędzałyśmy. Wysłuchiwanie historii, które nie wiem czy warto, aby były na zewnątrz. Nadmuchany balon emocji, pewności siebie w skrajnym nadmiarze. I kim Ona tak naprawdę była? Tą dziewczyną w kucyku i idealnie wyprasowanej bluzce, czy tą, która robiła to, co do destrukcji prowadziło? A może tylko mi się tak zdaje? Może to znów jakieś moje schematy, w które chcę kogoś ubrać? I ileż warstw jest w nas samych? Ileż, na co dzień bez twarzy, w środku tych twarzy aż pod dostatkiem? I może to żadna gra, a tyle przemian?..
I była Ona. Pulchna taka, z pięknym szerokim uśmiechem. Trochę niezdarna, wesoła. Za każdym razem, kiedy wpadałam na nią byłam zachwycona. Szczera, przesympatyczna, myślałam sobie, że z nią to chętnie na co dzień chciałabym pracować. I popracowałam… Popracowałam tak, że aż mi w pięty poszło. I ten uśmiech, ta szczerość i nieporadność w nadmiarze… Ach wierzcie mi, żadnej tej cechy w codziennym obcowaniu w niej nie dostrzegłam. Za to tylu ilu ludzi obgadała, do których wcześniej miło się uśmiechała, tylu ilu pod tak zwaną górkę zrobiła…. Oj ciężko byłoby zliczyć.
Przyszła, rozejrzała się srogo wokół, głowę zadarła do góry, że już wyżej to by nie mogła. Na szpilkach postukała, w każdą szufladę zajrzała, teatralnie westchnęła i obróciła się napięcie. Z miejsca wszyscy jej znielubili. Zimna taka, panoszy się, przyszła dopiero, a już swoje rządy wprowadza. Ci, co w korporacjach pracują pewnie znają te wszystkie rozgrywki… Rozmawiałyśmy gdzieś w przelocie, naprędce, a potem coraz częściej i częściej. I kiedy zdarzyło się coś, o czym wolałabym już nie pamiętać Ona pierwsza pocieszyła. Była. Była do tego stopnia, że nie mogłabym sobie tego lepiej wymarzyć. Ta zimna taka, paniusia jedna, co to mniemanie wyższe niż Cię mogę, ta jedna taka… Była najcudowniejszym człowiekiem na świecie.
Tyle razy Ci ludzie mnie zaskakiwali, tyle razy okazywali się zupełnie inni niż mi się zdawało. I ja sama nieraz waham się, czy wszystko, co robię na pewno wypływa ze mnie, czy nie ma czasem takich dni, kiedy staję się tylko odbiciem w czyichś oczach? Tak łatwo nie raz się dostosować, zapomnieć o tym, kim jesteśmy, być tak rożnym w zależności od sytuacji i osób z którymi przebywamy. Pokazywać tylko jakiś fragment, choć przecież o tą całość chodzi. Wybiorczo przebierać w swoich emocjach i słowach…
Ileż warstw jest w nas samych? Czy my do końca wiemy o sobie wszystko? Czy zawsze wiemy jak zareagujemy, jacy jesteśmy dziś, a jacy za pięć lat będziemy? A jakże często innych oceniamy, szufladkujemy… Po chwili znajomości zdajemy nam się, że wiemy już wszystko. Jakże często przez to błędy popełniamy. A w każdym z nas tyle tych różnych granic, historii przeróżnych. Tych jaśniejszych i ciemniejszych stron. I tylko jedno co najbardziej jest dla mnie zawsze smutne to to, kiedy odkrywam, że w tym człowieku czasem więcej pozorów niż jego samego…
18 komentarzy