Uwielbiam ten dreszcz emocji kiedy pakuję walizki. Ogromnie lubię podróżować, odkrywać nieznane, szwendać się po nowych miejscach, nasycać ich klimatem i krajobrazem. Choć nie ma co ukrywać, kiedy nie było dzieciaków wszystko odbywało się dużo spontanicznej, a przy tym zdecydowanie na spokojniej. Teraz właściwie już samo zapakowanie bagaży to najwyższy poziom logistyki. Pranie, składania, sprzątanie… Zabawne jest to, że przygotowanie nas do podróży zajmuje tyle samo czasu ile tak naprawdę będziemy na wakacjach. Ale wszystko nieważne, bo już jutro czeka nas nowe, piękne i przede wszystkim pełne słońca miejsce.
Z nosa nadal ciurkiem nam leci, walizki się nie domykają, jakbyśmy co najmniej na pół roku lecieli, a nie na tydzień. Planowałam jeszcze przygotować Wam post o tym co warto zabrać ze sobą jadąc w podróż z dziećmi. Ale nie mogę, bo uczciwie mówiąc jestem w tym beznadziejna i zabieram właściwie WSZYSTKO. Łącznie z opcją, że jedna z walizek zostanie zagubiona podczas lotu (odpukać w niemalowane!!), więc na wszelki zwyczaj popakowałam masę „zapasowych’ ubrań w bagaże podręczne. Mój mąż właściwie już nawet nie ma siły kręcić głową na to wszystko, obawiam się też, że na odprawie pomyślą, że jadę tam w celu rozkręcenia własnego bazarku odzieżowego, ale jakby nie było; jesteśmy gotowi! Gotowi, umęczeni, podirytowani, w sam raz by teraz trochę odpocząć;) No dobra, koniec marudzenia, tak naprawdę z radości przebieram nogami, już jutro przywita nas pełne słońce, szum fal i drinki z palemką.
Przywiozę Wam trochę czarnego piasku, milion zdjęć i nawet opalenizną szczodrze się podzielę. Choć w moim przypadku najczęściej oznacza to lekkie przyrumienienie po zastosowaniu tysięcy specyfików, przyśpieszaczy, brązujacych olejków itd. Ale ciii… Będzie pięknie! 🙂
Uściski Kochani, do usłyszenia!
9 komentarzy