Mam wrażenie, że od kilkunastu dni skaczę ze skrajności w skrajność. Emocje buzują, opinie zmieniają się jak na kalejdoskopie. Gorszy dzień przeplata się z lepszym, śmiech z płaczem, tuman myśli zabija pragnienie ciszy. Jestem tu. Jestem w domu jak tysiące. Bawię się z dziećmi, pracuje przy komputerze, oglądam TVN24, czytam wiadomości z istną nadgorliwością, aby zaraz rzucić je w kąt z głębokim westchnieniem, że mam dosyć. Mam wrażenie, że żyjemy w jakimś zawieszeniu. Nie wiadomo co z tym zrobić, jak się w tym odnaleźć. Czy dać się ponieść strachowi, czy czerpać z tej pauzy pełnymi garściami? Dbać o rozwój, drobne przyjemności, nadrabiać seriale, wzmacniać relacje między domownikami machając ręką, że świat zaraz powróci do normy, a teraz skupmy się na tym, co tu i teraz? Mam w sobie wszystkie te dni, wszystkie te chwile. Od machania ręką, irytację, po zatykający strach. Podpełzający ostrożnie, kryjący się w cieniu, ściskający gardło, przyspieszający oddech, wybijający serce z rytmu. Potem znów jakieś kolejne doniesienia, logiczne wytłumaczenia, statystyki innych chorób, wypadków i myśl, że może nie będzie jakoś tak źle, że przetrwamy.
Nie jestem w żadnym obozie, ani tych, co skaczą do góry, codziennie inspirują, krzyczą o samorozwoju i wykorzystywaniu szansy. Nie jestem również wśród tych, którzy panikują, budują za domem ziemiankę, którzy nim epidemia wybuchła mieli już pół apteki w domu wykupione, a teraz mogą sowicie chwalić się ilością pochowanych po kątach maseczek. Trochę nuży mnie już przerzucanie się argumentami jednych i drugich, tych, co podkreślają na każdym kroku – nie chcę mówić a nie mówiłam, ale jednak… i tych, których energia rozpiera, których dzieci nigdy nie męczą, zabawa od rana do wieczora, kreatywność na najwyższym poziomie. Wojny o teksty, o memy, o to, że ta skopiowała mój wpis, że ja wymyśliłem to pierwszy. Jakby to właśnie teraz były największe problemy… A może to też jakiś sposób na odwrócenie uwagi, może to komuś pomaga, w ten sposób zajmuje swoje myśli?.. Tyle mądrości, tyle słów i porad. A ja w tej skrajności w skrajność. I boję się, i mam dosyć, czasem panikuję, innym razem tęsknię za wolnością, za tym, by iść na miasto, by spotkać się z przyjaciółkami na winie, spontanicznie wybrać się do kina, by otaczała mnie w tym domu cisza. Męczy mnie to bardzo, jak każdego zapewne. I wtedy nadchodzą myśli, że może to jednak przesadzone, niepotrzebne, Ci ludzie w maskach w sklepie, ta panika, to przyzywanie do tego, żeby się bać, i że każdy ma do tego prawo i w ogóle świat się kończy, wszyscy umrzemy. Męczy mnie to i drażni. A za chwilę włączam wiadomości, widzę doniesienia z Włoch, widzę nieubłagane statystyki, męczarnie i poświęcenie naszych lekarzy, doniesienia o coraz młodszych umierających ludziach, dopada strach o bliskich, o Babcie najukochańsze i już się boję razem z nimi, już tak samo panikuję, oddech przyspieszony, już dziękuję, że ktoś głośno i wyraźnie mówi, że ma tak samo.
I tak przeskakuję z tych emocji dzień po dniu. Z irytacji, zmęczenia, znudzenia, po panikę, strach, potrzebę nawoływania do zachowania bezpieczeństwa. Z drugiej strony tak niewiele od nas się wymaga – pozostać w domu… Ileż razy w życiu człowiek o niczym bardziej nie marzył. Dom, bezpieczeństwo, oaza. Spokój. Rodzina. Wszystko. I czemu to nagle takie wymagające i ciężkie się wydaje?
Bywają też u nas dni beztroskie. Wyciągamy twarz ku słońcu, chodzimy w samotności na długie spacery, (choć i to się teraz zmieni), bawimy się z dziećmi, sadzę kwiaty w donicy. Tworzymy swój mikrokosmos. W takich dniach nie włączam telewizora, nie słucham ani jednych, ani drugich, oddycham po prostu głęboko. Żyję. I tak bardzo cieszę się, że jest mi to dane. W tym domu, z bliskimi, z uśmiechniętymi dziećmi i kotem wiecznie miauczącym.
Kilka razy natknęłam się na porównania, że teraz jest jak podczas II wojny Światowej, tylko, że oni to nawet mieli lepiej, bo znali swojego wroga… No nie. Oburza mnie to bardzo, boli. Oczywiście nie mówię o kwestiach gospodarczych, konsekwencjach, ale o strachu, emocjach. Mamy jedzenie, mamy ciepłe domy, mamy walczących o nas lekarzy, nikt nie zamyka nas w obozie. Mam wrażenie, że ludzie czasami tak bardzo się nakręcają, że już nawet nie widzą, jakie głupoty gadają. Jak strach oczy przysłania, jak emocje dziwne myśli podsuwają. A z drugiej strony Ci, co bezmyślnie dalej w skupiskach spacerują, dzieciom wspólnie na ulicy pozwalają się bawić, nie szanują najprostszych zasad, jakby to aż tak skomplikowane było.
I tak mi to wszystko w tej głowie buzuje. Myśl za myślą goni, skrajności odrzuca. Patrzę na błękitne niebo, słucham śpiewu ptaków, piję ulubioną kawę, czytam książki, otulam się bliskimi. Gorszy dzień przeplata się z lepszym. Nie ma co udawać, że jest normalnie. Nie ma też, co panikować. Trzeba po prostu to przetrwać. Przetrwać po swojemu, bez narzuconych racji i argumentów. Zostać w domu i sobie samodzielnie tą rzeczywistość tworzyć, wyznaczając rytm potrzebami, rodzinnymi chwilami, przeplatającym się strachem i radościami. Oddech za oddechem. Tak po prostu. Wiosna przyszła. Nadejdzie i jutro. A jakie? Tego nikt nie wie…
Oby dające nadzieję. W końcu to ona umiera ostatnia.
13 komentarzy