Ostatnie pół roku było chyba jednym z najbardziej intensywnych okresów w moim życiu. Przebrnęliśmy przez remont, przeprowadzkę i dopieszczanie naszych czterech kątów. Bywało ciężko, a z drugiej strony to wszystko sprawiło mi wiele radości. Jesteście ciekawi jak krok po kroku powstawały nasze wnętrza? Dziś takie małe podsumowanie, zobaczcie ostatnie sześć miesięcy z wnętrzarskiego życia naszego domu.
Dalej jeszcze wiele pracy przed nami. Ale teraz głównie zostało to, co najprzyjemniejsze, czyli wykańczanie, dokładanie detali, tworzenie atmosfery. Musimy jeszcze wykończyć przedsionek, skończyć finalnie schody, zadbać o przedpokój na górze, ale to już same przyjemności w porównaniu z tym, przez co przebrnęliśmy.
Z samym początkiem remontu głównie kojarzy mi się beton… Beton wszędzie. Na ścianach, podłodze, zimny i czekający na wykończenie. Ale żeby nie było zbyt prosto, to oczywiście jeszcze w dodatku tynki były mokre, osuszacze chodziły całą dobę w dzień w dzień, a nas czas gonił niemiłosiernie.
Zaczęliśmy od góry. Plan zakładał błyskawiczną przeprowadzkę, skupiliśmy się więc na piętrze, bo nie było mowy o tym żeby w miesiąc wykończyć cały dom. Najszybciej doprowadziliśmy do stanu używalności łazienkę, choć na jej finalny efekt musiałam jeszcze trochę poczekać. Położyliśmy podłogi, urządziłam pokoje dzieci, tak żeby przeprowadzka dla nich była jak najmniej bolesna, a w naszej sypialni oprócz materaca, zorganizowaliśmy tymczasową kuchnię, składającą się z mikrofalówki, czajnika i suchego prowiantu:)) Dół nadal przypominał jeden, wielki plac boju, ale cóż, nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy się już tu przeprowadzić.
Nie jest łatwo robić generalny remont przy dwójce małych dzieci zamieszkując piętro bez kuchni, pralki, w tym całym pyle i kurzu, ale na szczęście nie trwało to długo. Wcześniej mieliśmy przygotowaną już solidną bazę, więc remont dołu na szczęście poszedł naprawdę sprawnie. Moją największą radością była ukończona kuchnia, matko jak cudownie było w końcu móc przygotować posiłki samodzielnie jak człowiek, a nie cały czas liczyć na pyszności przywożone przez Mamę, zresztą tylko dzięki Niej nie umarliśmy z głodu:))
Pod koniec sierpnia dom zaczął przypominać prawdziwe wnętrze, a nie jeden wielki armagedon. Co prawda nadal garaż był od góry do dołu zapełniony kartonami, w każdym kącie krzyczało coś, co trzeba było jeszcze zrobić, ale mieliśmy podłogi, kanapę, ciepłą wodę w łazience i kiełkującą trawę za oknem, czego chcieć więcej?;) Zaczęłam dopieszczać salon, stanęły tu prawie wszystkie docelowe meble, korzystaliśmy też z uroków ogrodu. Kuchnia została finalnie wykończona. I jakaż to była radość!
W październiku doczekaliśmy się drzwi. W pewnym momencie człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do każdej niedogodności, ale kiedy w końcu odzyskuje się podstawowe aspekty, takie jak intymności w łazience, to dopiero wtedy odkrywa jak mu tego brakowało. Ależ dobrze było w końcu zerwać tę folię malarską, która robiła nam za tymczasową przysłonę! No radość w pełni. Nagle za sprawą tych drzwi wnętrza w końcu naprawdę zaczęły wyglądać na wykończone, dom zyskał zupełnie inny charakter, a my poczuliśmy, że jesteśmy na finiszu tych remontowych wyzwań. W tym czasie dopieszczałam też te moje cztery kąty, co chwilę dochodziły jakieś kolejne elementy, salon robił się co raz bardziej przytulny, udało nam się postawiać moją wymarzoną bibliotekę robioną na wymiar, gdzie przez błąd dewelopera musieliśmy burzyć ścianę, aby ją wcisnąć… Oj tak, komplikacji ze wszystkim było co chwilę masa.
Na początku listopada skończyliśmy też naszą oazę relaksu, czyli sypialnię. Dotarło nasze wymarzone łózko, ścianom dodaliśmy koloru, powstała własnoręcznie zbudowana biblioteczka, a wokół zawisły ulubione grafiki. Pomieszczenie, które do tej pory tworzyło zbitek przypadkowych rzeczy z materacem na środku, przemieniło się w mój ulubiony pokój w domu, z którego najchętniej bym nie wychodziła. W salonie zaś zawisła mała galeria z ramek, doszły kolejne dodatki, tekstylia, dopieszczanie ruszyło pełną parą!:)
Grudzień to już było typowe stylistyczne szaleństwo, mogłam w końcu na spokojnie cieszyć się tym naszym domem, dekorować go zarówno w środku jak i na zewnątrz, wyciągnąć wszystkie ulubione świąteczne bibeloty i kontemplować pierwsze Boże Narodzenie w nowym domu. W tym miesiącu mój Maż również skończył toaletę na dole, co sprawiło, że już każde pomieszczenie w naszym domu jest praktycznie całkowicie wykończone.
Co jeszcze przed nami? Głównie detale – dokończenie schodów, jeszcze raz pomalowanie klatki schodowej, budowa kilku mebli. Tak jak wcześniej pisałam, urządzenie przedsionka, wykorzystanie jakoś przestrzeni na górze, bo mamy tam naprawdę spory przedpokój i fajnie byłoby go jakoś mądrze zagospodarować, dokończenie szafy gospodarczej, urządzanie spiżarki. Ale to już są szczegóły patrząc na to wszystko, co za nami. Teraz więc głównie laba i cieszenie się tym wszystkim, co udało nam się zrobić:)
Cały dom mój Mąż wykańczał sam z pomocą Taty. Jestem z Niego ogromnie dumna i sama nawet nie przypuszczałam, że ma aż takie umiejętności. Na budowie spędzał całe dnie od rana do nocy, a potem, kiedy musiał wrócić do pracy, to każdą, dosłownie każdą, wolną chwilę. To właśnie dzięki Niemu możemy cieszyć się tym domem, tymi wnętrzami, to On dokonał niemożliwego w tak krótkim czasie. I co sądzicie o zmianach w naszym domu? Jak Wam się podoba nasz tymczasowy efekt?:) A może też jesteście właśnie w trakcie remontu? Jeśli dopada Was właśnie zmęczenie i zniechęcenie to nie przejmujcie się, to normalne. Ale jeszcze chwila, jeszcze moment i zapomnicie o tym, a radość pozostanie na długo. Ściskam Was ciepło i do napisania!
PS. TUTAJ znajdziecie wszystkie wpisy z działu nowy dom, zobaczcie jak to po kolei przebiegało.
18 komentarzy