Nałogowo sprawdzam prognozy pogody. Sprawdzam nasz Gdańsk, Kraków, Zabrze. Nawet nie wiem skąd mi się to Zabrze wzięło… W każdym razie nadziwić się nie mogę. W tym tygodniu znów będzie dwadzieścia jeden stopni. Słońce po salonie tańczy. Każdy ciepły dzień cieszy jak wygrana w totolotka. Jeszcze tej jesieni ani razu kurtki nie wyciągnęłam. Opatulam się wiecznie tylko ciepłym swetrem. Choć przyznam – zdarzyło mi się zmarznąć. Ale co tam! Po dorosłemu postanowiłam, że najwcześniej ubiorę ją w listopadzie. Tak na przekór, nie ma kurtki – jest lato. Mąż krzywo na mnie patrzy, weź się ubierz, przeziębisz się, zmarzniesz, kręci głową z politowaniem. A tu znów dwadzieścia jeden stopni! I kurtka jak nic niepotrzebna.
Dzieci listy do Mikołaja piszą. Dla nich pogodowe anomalie nie mają znaczenia, one są już w marzeniowym szale pod tytułem święta nadchodzą, Mikołaju wyczekujemy. Codziennie swoją listę zmieniają, urozmaicają, dopisują. Na nic tłumaczenia, że jeszcze trzy miesiące. Cykl musi koło zatoczyć. Czekamy na urodziny, na dzień dziecka, wakacje, a potem Mikołaja, a pomiędzy wpada wróżka zębuszka i czego chcieć więcej?
A ja chłonę to ciepło, te promienie, rozgrzewam się wewnętrznie. Świat opanowały kolory, jesień krzyczy z każdego drzewa. Biegam po lesie jak urzeczona, zjadamy maliny prosto z krzaka, najsłodsze, soczyste, ambrozja w najczystszej formie.
Padać zaczęło. Nie szkodzi. Ja dalej w tym swetrze. Mąż już chce kurtkę oddawać, ale twardo upieram się, że nie ma potrzeby.
Zdecydowanie mój nastrój jest uzależniony od pogody. Od słońca. Ciepła.
I póki co, ma się całkiem nieźle.
3 komentarze