Dwa pełne miesiące, a nawet już trochę ponad, mieszkamy w nowym miejscu. Zmieniliśmy metraż, lokalizację, obróciliśmy życie do góry nogami. Wprowadziliśmy się na istny plac budowy, który dzień po dniu staramy się okiełzać. Co nas zaskoczyło w mieszkaniu w domu i to w dodatku takim, którym znajduje się na wsi? O tym w dzisiejszym wpisie!
Dom to było moje wielkie marzenie od zawsze. Od tak dawna planowałam sobie jak będzie wyglądać, wymyślałam idealny widok za oknem, cieszyłam wizją większego metrażu, marzyłam o schodach, o skosach na górze i otwartej przestrzeni na dole. Niejednokrotnie podkreślałam, że trochę się z tym wszystkim porwaliśmy jak z motyką na słońce, ale mimo różnych przeciwności, wyzwań, ogromu pracy nadal poszłabym w to wszystko drugi raz jak w dym. Pisałam Wam o tej naszej wsi, o tym spokoju wokół, o remontowych zmaganiach, mogliście to wszystko śledzić praktycznie na bieżąco. Po tych dwóch miesiącach udało nam się już trochę oswoić z tym nowym miejscem, ale i niejednokrotnie zdziwić. Bo można mieć najlepsze wyobrażenia, a i tak rzeczywistość zaskakuje na każdym kroku.
To co jest najmilsze i chyba najlepszym ze wszystkiego prezentem, to ta cisza i sielskość wokół. Mając tyle przyrody na wyciągniecie ręki, człowiek nagle dostrzega każdą mikro zmianę, jakie na co dzień w mieście się pomija. Drzewa, łąki, pola zmieniały wygląd dosłownie co tydzień. Co chwilę gdzieś pojawiają się nowe barwy, rośliny, inne zapachy. Ba! Każda pora dnia, zmiana pogody przynosi co innego. Cudowna mgła rozciągająca się nad sadem, krople deszczu tnące niebo, chmury sunące niedbale, słońce padające pod różnym kątem, codzienny spektakl na nasz wyłączny użytek. Nie wiem czy kiedykolwiek się tym nasycę, póki co chłonę to całą sobą, wiecznie tylko jak wariatka przez te okna się gapię. Tyle tu ptaków, owadów, pięknych motyli, dla nas mieszczuchów to taka totalna nowość. Jakiś czas temu po moim ogrodzie przechadzał się z niedbałą nonszalancją bocian, który chyba polował na te żaby, co kilka dni wcześniej odkryliśmy, że je także gościmy u siebie. Piękne to wszystko jest! Zachwyca bez ustanku, powoduje wieczne okrzyki radości, to najlepszy relaks i szczęście móc, na co dzień z bliska oglądać te wszystkie spektakle, jakie funduje matka natura.
Ale żeby nie było za dobrze to wszystko ma też drugą stronę medalu. I o naiwności, jakoś o tym wszystkim wcześniej w ogóle nie myślałam. Tysiące much i komarów w domu, bzyczących tak głośno, że żaden szum uliczny nie byłby tego w stanie przebić. Siedzą na białych ścianach, oblepiają okno w kuchni, wpadają wiecznie i czują się jak u siebie. Obok nas jest ten cudowny sad, o którym wiecznie trąbię rozanielona, ale jak sad to i milion os i pszczół wokół nas. Niby to dobrze, wiadomo, tylko, że one jakoś bardzo chcą się z nami zaprzyjaźniać, a ja boję się ich panicznie.
Ledwo trawa zaczęła nam wyrastać, a tu nagle odkryłam w naszym ogrodzie tysiące mrówek. I to jeszcze,jakich! Wielkich, byczych, no najokropniejszych. Było ich tyle, że nie było u nas nawet jak koca rozłożyć. W panice pobiegłam do zaprzyjaźnionego sklepu ogrodniczego i z obłędem w oczach zaczęłam opowiadać, że mi ogród dewastują i mnożą się z minuty na minutę. Pani na to śmiać się zaczęła ogromnie, że no tak to już jest, zwłaszcza na wsi. Wrażenie musiałam robić jakbym co najmniej inwazję kosmitów odkryła na swojej posesji. Następnie poinstruowana przez Panią Ogrodniczkę przez cały dzień na kolanach śledziłam ich ścieżki, co by znaleźć mrowisko. Ileż ja się w tym dniu o ich życiu dowiedziałam, ileż rzeczy odkryłam! No, ale ostatecznie udało mi się ich wyprosić.
Ale tam mrówki, osy, muchy to jeszcze nic. Piękny, słoneczny dzień, znów się tą przyrodą wokół zachwycam, promieniami tańczącymi po podłodze, kiedy Sąsiadka do mnie zapukała. Otwieram drzwi, a Ona tak dziwnie na mnie patrzy i niedbale wskazuje na moją wycieraczkę przed domem, a co tu masz?… Matko święta! No se kobieta na wieś przyjechała! I jak to dorosły, odpowiedzialny i zrównoważony człowiek spojrzałam, a potem szybko zamknęłam oczy licząc, że zniknie i całą siłą woli powstrzymując się przed tym żeby z piskiem na krzesło nie wskoczyć. Na mojej pięknej, nowiutkiej wycieraczce jak nic leżała martwa nornica. Do dziś się zastanawiamy czy to sprawka naszego kota, który poczuł zew natury?.. Chociaż do tej pory to na zwykłą muchę zapolować nie potrafił, a szczyt jego łowieckich umiejętności kończył się na zdobywaniu wszelkich wstążek w domu.
Zaskoczyło mnie jeszcze oczywiście tysiąc przyziemnych spraw. To, że nawet przy najlepszej organizacji nie da się ot tak całego domu wykończyć w miesiąc, robiąc wszystko właściwie samemu. Nie ma opcji w miesiąc, dwa, trzy, a coś czuję, że i za pół roku sporo jeszcze będzie przed nami. Te wszystkie rzeczy budowlane się ciągną, a człowiek szybko przyzwyczaja się do tych wszystkich niedoróbek. Nagle spanie na materacu, brak drzwi, cały czas niewykończone schody przestają się rzucać w oczy. Nawet i niepomalowany przedpokój na górze to najzwyklejszy obraz w świecie, właściwie przestało mnie to wszystko ruszać. Kiedyś się zrobi – macham ręką niedbale na widok zdziwionych min moich gości, gdy odkrywają wystające rury z sufitu w salonie, które kiedyś podłączymy do przyszłego naszego kominka. Z naciskiem na KIEDYŚ oczywiście. O budżecie to nawet nie będę się wypowiadać. Tu moja wyobraźnia zawiodła mnie najpodlej. Zawiodła i zamiast pomnożyć to wszystko podzieliła, tak że wizja chociażby tego kominka oddala się w czasie tak, że o kolejny rok już zahacza, nie mówiąc o tysiącach innych rzeczy, których odkładać nie ma za bardzo jak. Ale pomartwię się tym jutro jak to mówi jedna z moich ulubionych Bohaterek powieści.
Dom jest duży, przestronny, wygodny. Dom się brudzi na górze i na dole. Rzeczywiście jest więcej miejsca na przechowywanie rzeczy, rzeczywiście wizualnie rozdzielają się na kilka pomieszczeń, ale dajcie spokój! Nim skończę sprzątać górę to już dół od nowa brudny, wracam na „salony” i za chwilę piętro woła o pomstę do nieba. Nie ma zmiłuj, sto pięćdziesiąt metrów to nie jest siedemdziesiąt, sześć okien, to nie jest tyle samo co piętnaście, dom się nie sprząta jak mieszkanie, a jak co najmniej trzy! A jak kiedyś się dorobimy i wykończymy jeszcze to poddasze, to matko boska, aż mi się od razu na tę wizję odechciewa. Kolejne piętro do sprzątania! Ale fakt faktem, przestrzeń jest, oddech nieporównywalny. Ale na miłość boską niech mi ktoś kupi roombe!!
Uwielbiam te wszystkie drobiazgi. To, że podjeżdżam autem i już jestem w domu. Nie muszę latać z siatkami przez pół parkingu, szukać wolnych miejsc dla gości, klnąć pod nosem, że zostawiłam komórkę w samochodzie i znów trzeba się ubierać i po nią lecieć. Przed domem i za domem mam taki widok, jaki sama sobie zadecyduję mieć, mogę zasadzić wszystko, mogą pod oknami piąć się róże, a nie coś, o czym zdecydował deweloper na poprzednim osiedlu. Jest tu cicho, kameralnie i są ludzie, cudowni! Taka jakaś między nami swoboda, latamy w tych dresach, czasem kaloszach, nikt tu się nigdy nie zapowiada, żyjemy wszyscy razem, wspierając się w drobnych rzeczach.
Dzieciaki mają raj. Zaaklimatyzowały się w sekundę, pokochały to miejsce całymi sobą, wrosły w nie jakby żyły tu od zawsze. Mają masę nowych przyjaciół, całymi dniami ganiają na świeżym powietrzu, są w swoim żywiole. A ja się w ogóle o nich nie boję, są tu bezpieczni, biegają głównie od ogrodu do ogrodu, samochodów mało, żadnej ruchliwej ulicy wokół, a przez okna mam cały czas ich na oku. O ile to jest wygodniejsze! Zaczynam się zgadzać z opinią, że dom to głównie dla osób z małymi dziećmi, to one z tego wszystkiego korzystają najwięcej. Z tej zieleni, prywatnego placu zabaw, zgrai przyjaciół równie umorusanej i wolnej jak oni. Pięknie jest obserwować to ich szczęście.
Dom to masa obowiązków. Nawet jeszcze nie mamy tego ogrodu tak naprawdę, ledwo trawa wyrosła, kilka drzewek zasadzonych i pnączy, a już roboty bez liku. A jeszcze cały przód i bok przed nami! Nawet, jeśli wszystko będzie skończone, remont dobiegnie finiszu, ogród zagospodarujemy, to roboty i tak zawsze będzie masa, nie mam co do tego najmniejszych złudzeń. Dom to plany długofalowe – na początku przyszłego roku kominek, na wiosnę budowa tarasu, na następny rok poddasze, po drodze małe zabudowy w ogrodzie, nasadzenia, potem następne, następne, następne…i tak dalej. Ostatnio najczęściej zaczynamy zdanie od kiedyś to… Kiedyś to wybijemy dodatkowe okno, kiedyś to zbudujemy wiatę na śmietnik i białą altankę, kiedyś to zagospodarujemy przedpokój na górze, kiedyś to wykończymy garderobę, kiedyś to pozbędziemy się chwastów, kiedyś to zrobimy z przodu ogrodzenie, kiedyś to nauczymy się jak tu spływają rachunki, bo na razie to dla nas jedna niewiadoma. Wiecznie się tylko głowimy czy my coś jeszcze mamy, czy już wszystko przyszło i kiedy nadejdą następne. Kiedyś rozgryziemy, na jaką temperaturę ustawiać podłogówkę i jak się zapala lampkę na zewnątrz oraz po co są te wystające kable. Jeżeli lubicie sobie gdybać, dom jest jak nic dla Was!:)
A tak na poważnie to mimo tych wszystkich zaskoczeń, tej pracy, nowych obowiązków za nic w świecie nie wróciłabym do bloku. Życie zweryfikowało też niektóre nasze obawy. Korków wcale nie ma tak dużo jak się wie o której wyjechać, wszędzie jest naprawdę blisko, a wyprawa do sklepu nie jest żadną wyprawą. Nasze życie towarzyskie nie umarło a wręcz buchnęło z nową siłą i każdy chętnie tu do nas przyjeżdża, a jak już dotrze to i zostaje na dłużej. Są przyjęcia w ogrodzie, są cudowni nowi sąsiedzi, nikt do nikogo się nie czepia i każdy może żyć po swojemu. No dobrze nam tu. I już z ciekawością wyglądam, co też następnego nas zaskoczy;)
11 komentarzy