Pięćdziesiąty raz zaczynam w głowie ten wpis i tylko mi te myśli chaotycznie wirują i jakoś nie chcą się w sensowne zdania złożyć. W okolicy środy już myślałam, że się uda, ale jak zaczęłam dom szorować to później jedyne, na co to miałam ochotę, to tylko na położenie się na huśtawce i poczytanie książki. Myślałam, że może wieczorem się za to wezmę, ale z uwagi na to, że dzieci były na wakacjach z dziadkami, spontanicznie wybraliśmy się do kina. W czwartek znów to słońce świeciło ukazując mi wyraźnie wszystkie chwasty w ogrodzie, które sobie powyrywałam jak miło. A potem przyszedł piątek, gdzie spędziłam pół dnia z Kuzynką i znów mi się do tego pisania nie zebrało. A ja tak właściwie to chciałam tylko o przypadku i szczęściu… ale najbardziej, to o pracy nad tym, aby mogły się one zadziać.
No bo umówmy się, jednak to życie się jakimiś tam przypadkami rządzi. Nie wybieramy sobie ani rodziny, ani kraju, w którym się urodzimy, nie wybieramy sobie tego, że właśnie o ten wystający kamień na drodze się potkniemy, albo, że jako jedni z nielicznych na świecie dostaniemy uczulenia na arbuza. Ktoś nazwie to los, kto inny z góry wyznaczoną drogą, ale do końca to do mnie jednak nie przemawia, kiedy patrzę jak straszne rzeczy na tym świecie się dzieją. Są więc te przypadki, jak choćby to, że nagle zamiast na wybraną Polonistykę poszłam na Socjologię i poznałam tam swojego przyszłego Męża. Albo, że dużo lat później on natknął się na ogłoszenie mojego wymarzonego domu i oto tu siedzę. Równym przypadkiem jest nasza ściana w salonie, co ją dechami obiliśmy, zamocowaliśmy na 350 wkrętów, mając zamiar je wszystkie poukrywać pod białą farbą, aż tu nagle jak sobie na nie popatrzyłam i na te dechy tak nierówne, surowe, to pomyślałam, że jednak bez tej białej farby się obejdzie, A przecież wcześniej projektów miałam tysiące! A tu akurat jeden z nielicznych tego lata deszczowy dzień się pojawił i przy tej mgle, przy tym deszczu, przy okrzykach zachwytu Kuzynki, stwierdziłam, że na zimowe wieczory to jednak lepiej żeby ta ściana surowa była. A nic by się takiego nie mogło przydarzyć, gdyby nie to, że my wcześniej do tego kina i mój Mąż nie zdążył tych desek maznąć. Więc jest ta ściana taka nieidealna, z setkami wkrętów na wierzchu, jak z domku w górach, moja wcale niewymarzona, a najcudowniejsza.
Przypadkiem pewnie jest też to, jak kiedyś pojechałam w góry i łaziłam jak głupia po tych szlakach wszystkich, a potem wysiadając z auta zaplątałam się w pas pasażera i nogę zwichnęłam. Na żadnym tam szczycie, szlaku trudnym, a na parkingu koło Krupówek. Przypadkiem są pewnie też Ci Rodzice moi najlepsi, bo przecież, czym sobie zasłużyłam, że akurat ja na nich trafiłam, co najpierw Tata mi całymi dniami dom remontował, Mama obiady gotowała i dzieciakami się zajmowała, cały czas pomagając przygotować ślub mojej Siostry, a teraz zamiast sobie w końcu odpocząć to mi dzieciaki na wakacje do Krynicy zabierają.
I w tych wszystkich przypadkach tyle szczęścia jest. Choć właśnie może oto chodzi, żeby potrafić w nich to szczęście dostrzegać, wyciskać, brać, kiedy jest na wyciągnięcie ręki. Jak wtedy, gdy na tych przypadkowych studiach poznałam Jego i gdy każdego dnia ze zdziwieniem odkrywałam, że ma w sobie wszystko to, co zawsze wymieniałam, że ten mój przyszły Mąż mieć musi. A przecież taki zbiór wymyślonych, idealnych cech ubranych w jednego człowieka ciężko żeby się wydarzył. A jednak tak było. I choć byłam tak młodziutka, tak mało jeszcze o życiu wiedziałam, to nie bałam się, nie czekałam, bo przecież skoro ot tak mam tę drugą połówkę tuż na wyciągnięcie ręki, to jakże bym mogła nie iść dalej z nią przez świat i te doświadczenia zdobywać? I ponad dziesięć lat minęło, a ja zmieniałam się, nabierałam na życie nowe spojrzenie, a nigdy nawet przez sekundę tego wyboru nie żałowałam.
Tak samo z tym domem, i co z tego, że ogłoszenie, masa ludzi mogła je zobaczyć tak samo jak my i skoro wcale nie na teraz, nierealne i tak dalej? To ten impuls, to przeświadczenie, że wszystko będzie dobrze, i że jakimś cudem się uda – sprawiło, że spełniło się. I znów suma kolejnych sprzyjających przypadków, które nas tu doprowadziły, a tylko dzięki temu, że daliśmy im szansę się wydarzyć.
A z tej skręconej kostki, w tych górach, do dziś śmiejemy się wszyscy i opowiadamy, jako anegdotę dobrą, bo przecież o moim niezdarstwie legendy można by pisać. I nawet ze skręconej kostki, z tego głupiego przypadku, ze ja wtedy w ten pas się zaplątałam można tyle śmiechu wycisnąć, jeśli tylko będziemy chcieli spojrzeć na to z odpowiedniej perspektywy.
Bo tego już żaden los, żadna szansa stojąca na drodze nam nie da, jeśli my nie będziemy potrafili pod odpowiednim kątem jej się przypatrzeć, docenić i to szczęście z otwartymi ramionami przyjąć, pracując nad nim dzień po dniu. Potykając się, klnąc pod nosem i mimo wszystko codziennie tym uśmiechniętym przypadkom naprzeciw wychodzić.
4 komentarze