Mam wrażenie, że coraz częściej podporządkowujemy się innym, żyjemy tak jak wypada, jak osoby z naszego otoczenia tego oczekują… Ba! Powinniśmy myśleć jak inni, czuć jak inni, wiecznie z przestrachem zerkając czy otrzymamy akceptację ogółu. Coraz trudniej wyłamywać się poza schemat. Zewsząd uderza mnie ocenianie. Tych, co wierzą i tych, co nie wierzą, Himalaistów, co do ich pasji i postępowania każdy koniecznie musi swoje trzy grosze dołożyć, tego, co jeść i jak jeść, gdzie pracować, mieszkać, żyć i przede wszystkim jak dzieci wychowywać. Tu znawców jest tysiące i tylko ich prawda jest najważniejsza i najbardziej odkrywcza.
Zauważyłam pewną zależność – odkąd przestałam patrzeć na innych, żyje mi się dużo lepiej i szczęśliwiej. Staram się nie porównywać, nie sprawdzać czy idę torem ogólnej akceptacji. Po prostu żyć. Tak jak najlepiej umiem, robić to, co przynosi szczęście mi i moim bliskim.
Różne sobie ścieżki wybieramy, jedni wielkie kariery robią, drudzy są najszczęśliwsi będąc z dziećmi w domu. Są Ci, co aktywnie sporty uprawiają i tacy, którym na tej kanapie najwygodniej. Ci, co stołują się w McDonaldzie oraz osoby, co z wielką rozwagą wszelkie spożywcze etykiety studiują. Są Ci, co mieszkają na wsi i Ci, którzy nie wyobrażają sobie nie mieć za oknem tętniącego miasta. I nic nikomu do tego. Do tego czy w marcu czyjeś dziecko w trampkach ściga, czy kobieta po macierzyńskim ma ochotę do pracy wracać, bo tak wypada(!), Czy na obiad odgrzewamy gotowe pierogi, czy robimy przez pół dnia domowy rosół. Nic nam do tego czy ktoś chce, bo może, ten ośmiotysięcznik zdobyć, a ktoś inny przez cały dzień seriale oglądać. Jeśli jesteśmy w tym życiu szczęśliwi i nie robimy krzywdy innym, to w czym problem?
Dużo ludzi ma potrzebę tłumaczyć się ze swoich wyborów. Znam osobę, która uwielbia być w domu, która codziennie obiady gotuje, sprząta, w ogródku pieli i wiecznie wokół z zawstydzeniem mówi, że no „siedzę” w domu, ale to pewnie kiedyś się zmieni. Tylko, po co ma się zmieniać, po co, skoro jej dobrze, bo ma takie możliwości i tak się spełnia najlepiej. Ostatnio mi wyznała, że koniecznie musi sobie jakąś firmę wymyślić, bo wtedy będzie mogła już tak „legalnie” być w tym domu i wszyscy się odczepią. A przecież, co komu do tego?! Przecież to tylko i wyłącznie jej wybór.
W naszym domu najczęściej mój Mąż gotuje. W większości polskich rodzin to kobieta dzierży ten przywilej. I nikt na to żadnej uwagi nie zwraca. Nawet nie wiecie, jakie wrażenie to robi, od tekstów, że jak to mam cudownie, po oburzenie, że jak to tak, że przecież więcej czasu jestem w domu, to On wraca i jeszcze gotuje? Ano gotuje. Bo lubi, bo chce, bo tak mamy i już. I do póki nam to odpowiada, to co innym do tego? To przecież nic nadzwyczajnego, a nawet nie wyobrażacie sobie jak często to zadziwia, jak często jest to komentowane. Bo przecież społecznie nie jest naturalne, że to facet w tych garach, a już zwłaszcza jak kobieta „wolny” zawód dzierży, a tak naprawdę to siedzi i nic nie robi.
Moja koleżanka bardzo często w weekendy „oddaje” dzieci do dziadków. I z jednej strony wszyscy zazdroszczą, że jak mają fajnie, i że Ci rodzice kochani, a z drugiej strony, że przecież w domu jest dopiero codziennie w okolicach osiemnastej i nawet w weekendy z dziećmi czasu nie spędza?! I jak to tak i przecież tak nie można, i niech ona lepiej to sobie PRZEMYŚLI.
Jedna najzwyklejsza rzecz, może wywołać tysiąc reakcji i opinii. Zresztą wystarczy przeczytać komentarze pod byle jakim artykułem w internecie. Pławimy się w tym osądzaniu, w tym wytyczaniu innym prawidłowej drogi.
Tak wiele osób próbuje wciskać innych w swoje ramy, to jak żyje najbardziej odkrywcze mu się wydaje i każdy musi tak samo. I logiczne jest, że powinno machnąć się na to ręką, ale najgorsze jest to, że wiele osób się tym przejmuje, że potem w to sobie trawi, że wątpliwości zaczynają łapać, czy na pewno ja mam prawo tak żyć jak chcę, czy może jednak powinnam posłuchać tych wszystkich złotych rad i się dostosować?
A życie mamy jedno. I nie warto go trwonić na cudze opinie.
Najważniejsze to wsłuchać się w siebie, w swoje potrzeby, w to jak my mamy ochotę żyć, a nie jak inni nam narzucają.
Tak często ostatnio uderza mnie sformułowanie, „że to zdjęcie jest takie nieinstagramowe, no, ale chciałam Wam pokazać”. Nawet w mediach społecznościowych wrzucamy się w jakiś ramy. A skoro chciałaś je zamieścić, pokazać, to jest dokładnie takie, jakie miało być i co z tego, że inne od tego, co pokazuje całe reszta? Tym lepiej dla Ciebie.
Albo w drugą stronę; no ta to już tylko „instagramowe” wrzuca, sama kawa na kocykach, wianki na tle drewna i tak dalej… Chce to wrzuca i co z tego? Są ładne, estetyczne, mogą inspirować, a prawdziwego życia na nich brakuje? To idź i poszukaj go u siebie.
Czasami się zastanawiam skąd ludzie biorą na to wszystko czas. Na krytykowanie, mądrzenie się, wytykanie, buciarami innym w życie wchodzenie.
I wydaje mi się, że tam musi po prostu czegoś brakować. Bo Ci, co są szczęśliwi, zadowoleni, spełnieni, skupiają się na swoim podwórku, bo im po ludzku energii szkoda na to, aby się innym przypatrywać. Bo co mi do tego? Ja mam tak jak chcę, jak mi jest najlepiej, jak mi to serce szczęście dyktuje, a inni niech mają na to swój sposób.
Niech sobie myślą, co chcą, niech se gadają.
A Ty wystaw twarz do słońca. Pooddychaj głęboko i ciesz się, bo mamy to szczęście, bo mamy takie czasy, że samodzielnie możemy codzienność we własne, indywidualne ramy ubierać.
17 komentarzy