Czasami marzę sobie o tym, żeby mieć jakąś Panią do sprzątania, co to jawi mi się jako taka dobra wróżka, która to ogarnie cały ten chaos… Ale z drugiej strony doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że półgodziny po jej wyjściu, dom wyglądałby tak samo jak przedtem. Znów bym się o jakieś auto potknęła, na stole znalazła liście i resztki plasteliny, miś nadal smacznie spałby na kanapie. Już się przyzwyczaiłam do tego, że wszystkie te dziecięce gadżety stanowią stały krajobraz naszego domu. I nawet sobie myślę, że jakoś by mi smutno bez tego wszystkiego wokół było. Lubię te różne detale, szczegóły. Te rysunki na lodówce i kredki pochowane po wszystkich szufladach. Dziecięce książki na naszym sypialnianym parapecie, kolorowe hulajnogi w ogródku. Lubię jak te wszystkie szczegóły się przeplatają, jak te nasze osobiste detale tworzą całość. Ich świat połączony z naszym pasuje do siebie doskonale.
Kocham otaczać się pięknymi rzeczami, dostrzegać drobiazgi. Każda rysa na stole cieszy, bo jakąś nową historię niesie. Każda kolejna książka odłożona na półkę zawiera w sobie opowieść, którą już na zawsze zatrzymam. Mam tu te moje kwiaty wszystkie, mam te ich memory rozsypane na stole i ich samych pod oknem biegających. I jakby się tak rozejrzeć wokół to bez tego wszystkiego ten dom by w ogóle domu nie przypominał. Bez tych hortensji na stole, bez kolorowych poduszek na ich łóżeczkach, bez tego króliczka, co zawisł w naszej sypialni, bo Maja czasem tam zasypia i żeby Jej raźniej było.
U mojej Mamy w ramce wsi obrazek narysowany przez Majkę. Drzwi od szafki się urwały, bo dzieci kłóciły się tak mocno o zabawki w środku tam pochowane, że aż nie wytrzymały. Na białym biurku czarna rysa, nawet nie pytajcie kto ją zrobił. I moja Mama z Tatą to wszystko śmiechem kwitują, bo Oni chyba też kochają jak ten ich dom żyje. Jak te moje dwa urwisy tam u Nich urzędują.
Czasami pytacie mnie o to jak te swoje cztery kąty urządzić. Podsyłam Wam jakieś propozycje kolorów, mebli, dodatków. Ale najważniejsze to żeby ta przestrzeń żyła, była przepełniona Wami, śmiechem, ukochaną muzyką. Żeby było tam to co Was określa, co sprawia, że kiedy przebywacie wśród tego wszystkiego to na Waszej twarzy maluje się uśmiech.
Bywam w różnych domach u rożnych ludzi. Niektóre są bardzo eleganckie, pięknie urządzone. Są też takie, gdzie starą kanapę przykrywa ciepły koc, a ramka na zdjęcia jest taśmą sklejona, bo się rozpadła. Bywają takie, gdzie drogę do przedpokoju trzeba sobie torować pod stertą zabawek i też te, gdzie nie znajdziesz żadnego okruszka, a kurz to chyba omija ten adres z daleka. I jak tak sobie teraz wyobrażam je w głowie, to wszystkie je lubię, każde bez wyjątku. Bo tam wszędzie mieszkają fajni, ciepli, uśmiechnięci ludzie. Tacy u których można zawsze wspólnie kawę wypić i rozmawiać do rana. To wszystko są miejsca, do których się wchodzi i chce się tam zostać.
Ale znałam kiedyś jeden taki dom piękny, z wielkim kominkiem w środku, oryginalnymi meblami i dużym kuchennym stołem, taki dom, że do niczego nie można byłoby się przyczepić. A jedyne co mi się z nim kojarzy to zimno. Była rodzina, która zawsze punktualnie o dziewiętnastej spotykała się razem przy tym stole. Miałam okazję i ja nieraz tam bywać. A przy tym stole najczęściej… cisza. Cisza wypełniająca każdy kąt, podkreślająca każdy kęs kolacji. W tym domu zawsze było idealnie czysto, a dziecięce rysunki lądowały w śmieciach. Był pies, który nigdy progu nie przekroczył, był On, który znikał na całe popołudnia i Ona, samotna w tej kuchni, z surowością w oczach. Bywałam tam, bo mieszkał tam ktoś na tym etapie życia bardzo ważny dla mnie. I choć tyle lat minęło do dziś pamiętam tę atmosferę. Te ściany, które nic nie opowiadały, a może aż nadto?.. Ten jakiś taki dystans, smutek… A przecież i meble piękne, i ściany pomalowane w modnym kolorze i okna wielkie i kwiaty na parapecie. A mimo to… To było jedno z najsmutniejszych miejsc jakie kiedykolwiek widziałam.
Antek zarwał półkę na przedpokoju, bo wspinał się, żeby coś tam sięgnąć. Stłukłam ostatnio ulubiony kubek, bo tak ekspresyjnie gestykulowałam opowiadając mężowi jakąś kolejną historię. Przez piętnaście minut czyściłam dziś ze stołu plamy po flamastrach, pralka znów się nie domyka, w szafie dzieci armagedon. Pod stołem jakieś kable, na tarasie kolorowe liście i piasek. To wszystko nic, bo tak mi dobrze tu. Tak ciepło. Wiem, że za chwilę drzwi się do domu otworzą i z uśmiechem On w progu stanie. Rano ciasto będę piec, bo Przyjaciółka ma wpaść. Pewnie zaraz ktoś zapuka, żeby mąkę pożyczyć, albo koleżanka Mai wpadnie się pobawić. Za oknem cisza i spokój. Na placu zabaw buja się małe dziecko, jakiś pies w oddali szczeka.
Lubię te wszystkie domowe detale, lubię tak bardzo się nimi ogrzewać.
Na zdjęciach cuda ze sklepu Mysi Ogonek (Kartki, plakaty, alfabet, Memory). Odkryłam ich jakoś tak przypadkiem… Przeglądałam profile na Instagramie i przewijając jakoś tak bezwiednie zauważyłam, że za każdym razem zatrzymuję się dłużej na ich zdjęciach. Zaczęłam przeglądać ich asortyment i przepadłam. Niezwykle zdolna Kasia maluje te cuda wszystkie. Matko jak ja bym chciała mieć taki talent! Jak to by wtedy ten nasz dom mógł wyglądać! I te wszystkie rzeczy z takim właśnie domowym ogniskiem mi się kojarzą z takim ciepłem i pięknem. Ten alfabet co zawisł na niebieskiej szafie dzieci, ten króliczek, co ma oczy do zakochania, te detale w obrazy ubrane. Uwielbiam. To zdecydowanie coś, czym chcę otaczać siebie i moje dzieci.
16 komentarzy