Niebo ciemne, zasnute ciężkimi chmurami. Nie lubię deszczu, ale uwielbiam zapach, jaki ze sobą niesie. Czasami jednak nie chce mi się tego zapachu dostrzec, liczy się tylko to, że leje, jakby specjalnie mi na złość. I w ogóle wszystko tak na przekór. Rozsypana kawa na stole, rzucona piżama na kanapie, niepokojący sen, który nie chce odejść, zmechacony sweter i sterta prania. Wszystko na nie, wszystko na opak. ‚Weź się w garść!’ Mówię sobie stanowczo, ależ gdzież tam.. Roztkliwiam się ile wlezie. Roztkliwiam tak po prostu, bo tak mi lepiej, bo tak i już, bo ta przeklęta pogoda i ten telefon wiecznie dzwoniący i… Cisza. Za dużo tej cieszy! Później latają w kółko jak nakręceni, krzyczą przez siebie, matko wiecznie ten hałas, własnych myśli nie da się usłyszeć!.. Dobrze, niedobrze, przysłówkami swój świat określam.
W Łodzi poszukują wolontariuszy do przytulania porzuconych noworodków. Nie ma nic cenniejszego niż dotyk i bliskość. Biegnę przytulać te moje, biegnę ze łzami w oczach. Podobno na szczęście chętnych nie brakuje. Mówią, że to wzajemna terapia zarówno dla tych maluchów, jaki osób ich przytulających. Czyjaś obecność, uścisk najlepsze na wszystko. Dlatego wieczorem wtulam się w ramiona męża, wtulam najmocniej jak potrafię. I nagle cały świat wraca na prawidłowe tory. Cały wszechświat sprawia, że wszystko układa się najpiękniej. Do dziś nie wiem jak On to robi, jednym dotykiem, jednym słowem, sprawia, że nabieram dystansu, napełniam się uśmiechem. Uskrzydla. Jakże ja mogłam żyć kiedyś bez tych ramion? Niepojęte.
Jedziemy obejrzeć dom. Niedaleko nas. Bliźniak na ładnej działce, wokół rosną jabłonie, niedaleko staw i las. Idealny taki, z dużymi oknami i spokojem wokół. Zapatrzyliśmy się oboje, już wręcz walizki tam w marzeniach wprowadzaliśmy, już kartony wypchane rzeczami, już sprawdzamy, z której strony słońce świeci i czy salon jest dobrze doświetlony. Dom nie na naszą kieszeń, nie na ten etap. Nie na teraz choćbyśmy na głowie stanęli. Wracam trochę smutna, no bo ja bym właściwie to już chciała, teraz, natychmiast! Po drodze kupujemy kwiaty do naszego niewielkiego ogródka, cudne ostróżki. Sadzimy je, a później patrzymy na siebie z uśmiechem.
– Jaś, ale kiedyś wybudujemy ten dom, obiecujesz?
– Jasne! Czemu nie. Będziemy dążyć krok po kroku i się uda. A jak wtedy to będzie cieszyć!
Bo najważniejsze są marzenia. Już się nie mogę doczekać tej drogi, która do nich prowadzi…
Niebo ciemne, zasnute ciężkimi chmurami. Nie lubię deszczu, ale uwielbiam zapach, jaki ze sobą niesie. Otworzyłam okna na szerokość, wyciągnęłam rękę, wsłuchałam się w ten miarowy rytm. Matko jak pięknie! Posprzątałam kuchnię z rozsypanej kawy, ułożyłam piżamkę, odebrałam z pięć telefonów od bliskich ludzi i tych, którzy chcą ze mną współpracować. Wsłuchałam się w ciszę, nie mogąc się już doczekać tego chaosu, kiedy to Antek się obudzi, a Majka wróci z przedszkola. Tego ich gwaru, śmiechu.
Jakże to wszystko zależy od obranej perspektywy. Jakże my sami sobie tą codzienność kreujemy.
Raz pod górę, raz w dół. Czasem z uśmiechem, czasem bez. Nasze myśli budują to wszystko. Ludzie wokół i bliskość. Marzenia na wyciągnięcie ręki i te odległe. Wszystko tak mocno zależy od naszego nastawienia, od docenienia. Od wzięcia się w garść.
– Rzucę to wszystko w cholerę!! – Wydarłam się z rykiem do telefonu.
– Kochanie idź na spacer, idź natychmiast. Weź Antosia i już nie ma Was w domu.
Wyszliśmy. Wokół pachniało obłędnie polnymi kwiatami. Antek w ręku dumnie dzierżył maki. W stawie pływało kilka kaczek. Wiatr szumiał, ludzie spacerowali trzymając się za ręce. Tak niewiele i tak dużo zarazem. W głowie od razu wolność i radość. Pięć spokojnych oddechów.
I co ja właściwie za problemy miałam?…
Matko, żeby jeden zwykły spacer mógł im zaradzić!
Codzienne za to dziękuję. Za kłopoty tak łatwe do zaradzenia. Za te kwiaty wokół, za oddech. Jeden drugi, kolejny. Za nich. Najdoskonalszych na świecie, w życiu bym sobie tego wszystkiego lepiej nie wymyśliła.
Tak wiele. Tak co dzień ogromnie wiele…. A niech nawet i sobie pada! Jest najpiękniej.
7 komentarzy