Były takie dwie. Inne. Pamiętam dobrze, siedziały w środkowej ławce. Obie niskie, drobne, ciche, w nieciekawych ciuchach. Trzymały się zawsze razem, nie odzywały za wiele. Nikt nie zwracał na nie za wielkiej uwagi, a jeśli już to tylko po to, aby obrzucić nieprzychylnym spojrzeniem, głupim tekstem. Mijałyśmy się codziennie, na wielkim holu w przerwie i na kolejnej lekcji. Zawsze z pośpiechem wybiegały z sali, ktoś kiedyś stwierdził, że z nimi nie warto się trzymać, że są gorsze, bo wiadomo z jakich domów. Byłam małolatą, byłam obojętna. A One codziennie zamiast wracać do domu, gdzie pijane matki zasypiały na kanapach, a ojcowie jak przypomnieli sobie o wychowawczych obowiązkach to używali pięści, szły do placówki opiekuńczej, gdzie siadały ramię w ramię i odrabiały lekcje. Każdego dnia. Krok po kroku, walczyły o swoją przyszłość, choć wcale nie musiały. Nikt ich nie sprawdzał, nie pilnował, nie było płatnych korepetycji, dodatkowych lekcji angielskiego. Była za to przemoc i samotność. Gdy się o tym dowiedziałam strasznie im współczułam… Jakby to moje współczucie było im w jakikolwiek sposób potrzebne. Jakbym nim coś wnosiła, a nie robiłam nic więcej. Kompletnie.
Kilka dobrych lat później spotkałam jedną z nich, pracowała w kwiaciarni. Przywitała mnie z szerokim uśmiechem, w oczach błysk promienny. Ślicznie zapleciony warkocz, praca paliła Jej się w rękach. Porozmawiałyśmy chwilę co u nas, o dzieciach, mężach. Byłą taka sama jak ja, identyczna. A może dużo bogatsza, bo silniejsza? Bo to co dla mnie było z łatwością osiągalne ze wsparciem rodziny, dla Niej musiało być dużo większą walką o przetrwanie? Była tak cudownie zwyczajna i wyjątkowa zarazem. Może mogłyśmy w tych latach szkolnych zostać najlepszymi przyjaciółkami z możliwych? A może wcale nie byłoby nam po drodze? Nie wiem i nigdy już się nie przekonam. Wystarczyło, że ktoś wtedy powiedział, że są inne i nawet nie próbowałam się zbliżyć…
Był najmądrzejszym chłopakiem jakiego znałam. Matko jaką On miał wiedzę, pamięć! Wszystko w mig łapał, wygrane olimpiady, matura zdana najlepiej ze wszystkich. Był też niesamowitą gadułą i fantastycznym kompanem. Zawsze wysłuchał, doradził. Trzymaliśmy się w jednej paczce, przyjaźniliśmy przez długie lata. Skończył farmację, robi doktorat. Jest homoseksualistą. Dla wszystkich nas, którzy go znali, szczegół bez kompletnego znaczenia. Był taki jak my, tak samo kochał, tak samo cierpiał, śmiał się z tych samych rzeczy i przeżywał wszystko identycznie. Ale byli tacy, którzy nazywali go tak, że w życiu mi te słowa przez usta nie przejdą. Byli tacy, tysiące razy głupsi, mniej wartościowi, a jednak czujący, że są lepsi. Skreślali go tak po prostu. I nawet nie zdają sobie sprawy jak wiele przez to stracili…
Duszna, mała sala. Nasza Wykładowczyni od psychologii zabrała nas na pewne wyjątkowe spotkanie. Siedzieliśmy tam, trochę niepewni, bardziej ciekawi. Przyszła. Wysoka taka, w ślicznej sukience, do dziś ją pamiętam, intensywnie czerwona. Na nogach szpilki, na ręce drobne bransoletki. Usiadła. Wyprostowała się. I zaczęła opowiadać swoją historię. O tym, że miała kiedyś na imię Paweł… I że od zawsze nie potrafiła zrozumieć siebie, że kiedy wszyscy wokół bawili się autkami, Ona wolała lalki. Jako kilkulatka w tajemnicy wyjmowała mamy sukienki, wyobrażając sobie jakby w nich wyglądała. I nie potrafiła za nic w świecie zrozumieć czemu wszyscy wokół traktują Ją jak chłopca, skoro była dziewczynką. Dopiero kilka lat później dowiedziała się, że biologia czasem robi potwornego psikusa i Ci co mają pecha dostają mózg kobiety a ciało mężczyzny. Na całe szczęście istnieje coś takiego jak operacja zmiany płci. W tym wypadku proste, logiczne. Niestety nie dla każdego… A wręcz dla większości. Dziwadło. Potwór. Przebieraniec. Nikt. A przecież na przeciwko mnie siedziała zwyczajna dziewczyna w pięknej, czerwonej sukience. Z którą chwilę później rozmawiałam o kolorze szminki i o tym, że niedługo znów przyjdzie cudowna, kwitnąca wiosna…
– Nie będę mówić nazwiskami, bo to nie o to chodzi. Ale bardzo proszę zwrócić uwagę na to, co czasami mówimy przy dzieciach, bo One to bezwiednie powtarzają. Pani M. schyliła się by chłopczykowi pomóc zawiązać buty, a ten odepchnął ją ze złością i zaczął krzyczeć, żeby go zostawiła, bo jest stara i głupia i On nie będzie się Jej słuchać.
Przedszkole. Czterolatki. Słodkie maluchy śniące o kucykach pony. A przecież czym jest wychowanie? Niczym więcej jak tylko dawaniem przykładu.
Miałam w życiu wiele lekcji pokory i tolerancji. Popełniałam mnóstwo głupich błędów i oceniałam zbyt szybko. Bałam się, odsuwałam, bo nie rozumiałam. Nie chciałam, bo tak po prostu, bo wszyscy wokół tak samo. Inność jest piękna. I każdego z nas to dotyka, każdy z nas jest tak różny i taki sam zarazem. Czemu tak często próbujemy włożyć kogoś do schematu, ulepić na własny model? Skąd w nas to prawo do oceniania, odrzucania, generalizowania? Jakiż świat byłby nudny, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami… Nikt nie wybiera sobie rodzin, płci, skłonności, wieku. Nikt. A każdy ma tak wiele na ten temat do powiedzenia…
10 komentarzy