Ostatnio przez przypadek trafiłam na popularnej grupie na FB na wątek dotyczący bałaganu przy dzieciach. Dziewczyny zaczęły wrzucać zdjęcia, aby się pochwalić, która ma większy. A tam pokoje, z których po prostu się wysypywało, ale tak, że nogi nie byłoby gdzie postawić, na całej podłodze zabawki, ciuchy, siatki, śmieci. Ze wszystkich szaf powyrzucane rzeczy, salony na zasadzie placu zabaw, zamiast mebli praktycznie same zabawki porozrzucane dosłownie wszędzie, jakieś śmieci, itd. Myślę, że jakby pozliczać wszystkie razem zabawki moich dzieci i dzieciaków sąsiadów to w życiu nie udałoby się nam uzbierać takiego grajdołu jak na tych zdjęciach. Ale zabawki to pikuś, oprócz tego porysowane wszystkie ściany, meble, kanapy… I stwierdzenia typu, że ława to do piwnicy schowana, co by dzieci się nie uderzyły, kanapa starym kocem przykryta, bo inaczej zaraz brudna, no i oczywiście żadnych dekoracji, bo dzieci mogłyby zniszczyć, jak najmniejsza ilość mebli, co by sobie krzywdy nie zrobiły. Domy na tych zdjęciach to tak naprawdę jeden, wielki, brudny plac zabaw. I oczywiście teksty, że tylko tak dziecko może być szczęśliwe, że taki bałagan to wyznacznik beztroskiego dzieciństwa, że pozwalanie na niszczenie mebli i ścian to wyzwalanie w dziecku kreatywności, i że w ten sposób budują się wspomnienia. Pomiędzy żarty dotyczące ludzi, którzy mają porządek, którzy pokazują czyste wnętrza, że tak się nie da, że tam dzieci muszą być tresowane, że nieszczęśliwe itd. I powiem Wam szczerze, że dawno nic mnie tak nie zszokowało jak ta dyskusja tam i te zdjęcia.
Pewnie nawet nie poruszałabym tego tematu gdyby nie to, że jak zwykle blogerzy zostali wezwani pod tablicę, że to co na tych blogach wnętrzarskich jest pokazywane, to tam muszą wychowywać się smutne dzieci. Bo tak czysto na tych zdjęciach itd. Oczywiście, że mając dzieci nie jesteśmy w stanie zachować nigdy idealnego porządku. U nas też wędrują zabawki, na podłodze pozrzucane poduszki, czasem stół porysowany jest kredkami. I oczywiście, że zawsze za nim robię zdjęcia na bloga to sprzątam, to tak samo jak przed przyjściem gości, dla mnie to naturalne. To wynika z mojego szacunku do Was, przecież w pewien sposób Was również zapraszam z wizytą do nas, traktuję na równi z wyczekiwanymi gośćmi. Uwierzcie mi, żadna tam ze mnie pedantka, ba ja nieraz sobie myślę, że ja nawet tak porządnie sprzątać to do końca nie umiem. Ale to, co tam się działo przerosło moje największe wyobrażenia o bałaganie. I zdecydowanie nie zgadzam się z tym żeby to miało być wyznacznikiem dziecięcego szczęścia. My jesteśmy też od tego żeby dzieciom wyznaczać granice, wychowywać je. Nie wyobrażam sobie żeby moje nie miały żadnego szacunku do rzeczy, pozwalać im tak wszystko niszczyć, cieszyć się tym. Przecież matko boska, te wszystkie przedmioty, zabawki, meble kosztują, sami na nie ciężko pracowaliśmy jak można, więc nie uczyć dzieci tego, że powinny mieć w sobie jakąkolwiek dbałość o otoczenie? Oczywiście, że dzieciństwo rządzi się swoimi prawami, że po podłodze wędrują wiecznie okruszki, że te klocki gdzieniegdzie porozrzucane, buzia kredką pomalowana, ale wszystko z jakąś kontrolą, granicą. Nie wyobrażam sobie tak żyć, tak mieszkać, pozwalać dzieciom niszczyć meble, rysować mazakami po szafkach, salon traktować jak wielki plac zabaw, wynosić z domu stolik, bo mogą się uderzyć. Ja bardziej niż tym stolikiem to bym martwiła się tymi wszystkimi wiecznie wyrzuconymi na środek zabawkami, myślę, że o nie łatwiej się potknąć i nogę skręcić, niż się w ten biedny stolik uderzyć… Ale cóż każdy żyje jak chce, nic mi do tego. Ale kompletnie nie zgadzam się z takim szufladkowaniem, że tylko w takim domu dzieci mogą być szczęśliwe, że wszędzie tam gdzie posprzątane to dzieciaki muszą być jakiejś tresurze poddawane, że jak pokazuję na blogu nasz czysty salon, to znaczy, że moje dzieci nieszczęśliwe, cały dzień gdzieś pozamykane, i że pewnie w ogóle wstępu do własnego domu nie mają. No aż ramiona mi opadają.
Można mieć w domu bałagan, nieład, mając dzieciaki musimy pogodzić się z rozrzuconymi zabawkami, wylanym soczkiem itd., Ale muszą być też jakieś zasady. Ja nie potrafiłabym funkcjonować w takim otoczeniu i jestem pewna, że moje dzieci również nie. Czy to oznacza, że poddaje je jakiejś tresurze? Co to w ogóle znaczy? My po prostu dbamy o nasz dom i uczymy tego samego dzieci. Nasz salon jest pomieszczeniem wspólnym, tu razem wypoczywamy, nie pozwalam na to, aby dzieci znosiły tu tysiące zabawek, są nauczone tak, że jak kończą czymś się bawić to odnoszą to później z powrotem do siebie itd. Nie pozwalam rysować po ścianach i meblach, od tego są kartki, kolorowanki, albo ich kredowa tablica w pokoju. Czy to naprawdę wpływa na to, że one przez to mają być nieszczęśliwe? Niejednokrotnie wchodząc do ich pokoju załamuję ręce, ale nigdy ich otoczenie nie wygląda tak jak na tych zdjęciach. Naprawdę nie rozumiem, po co dzieciakom tyle zabawek, śmieci? Gdzie jakakolwiek segregacja, kontrola nad tym? Daję dzieciom beztroskę, ale też uczę jakichkolwiek obowiązków Do Majki wiecznie przychodzą dzieciaki, bawią się, bałaganią, ale też później razem ten pokój ogarniają. Majka odkłada swoje zabawki na miejsce, wie o tym, że jeśli wszystko z półek powyrzuca to później będzie miała więcej sprzątania i jakoś to tak naturalnie wszystko idzie. Antek jest mały, nawet dwóch lat nie ma, potrafi wyrzucać wszystko na ziemię, otwierać szafki kuchenne, kocha garami się bawić. Ale ja mam nad tym jakąkolwiek kontrolę, staram się na bieżąco to sprzątać, albo go, choć trochę pilnować.
Tarzamy się po ogródku, malujemy razem farbami, wyrabiamy ciasto tak, że później pół kuchni jest w mące, wycinamy, robimy pompony z bibuły, malujemy sobie buźki na kolorowo, wysypujemy na środek klocki i razem budujemy, Jasiek robiąc jakieś meble pozwala dzieciakom, aby z nim coś tam skręcały, malowały. Nie żyjemy sterylnie, ale ja sobie nie wyobrażam, żeby jednak jakkolwiek nad tym wszystkim nie panować. Dom jest dla nas wszystkich, a nie tylko dla dzieci. Po to mają swój pokój, żeby tam głównie swoje rzeczy trzymać, po to urządzamy to wnętrze, aby mieszkać ładnie, a nie żyć w jednym wielkim syfie. I nie, nie uważam żeby te wszystkie zwyczajne zasady były tresowaniem, żeby moje dzieci były mniej szczęśliwe, bo nie pozwalam im na nieszanowanie rzeczy, domu, mojej pracy itd. Ba! Twierdzę, że w życiu by w takim chaosie się nie odnalazły. A już ręce mi opadają jak okazuje się, że dla ich bezpieczeństwa oprócz zabawek praktycznie z domu wszystko wynieść powinnam, o czym już zresztą kiedyś pisałam. Jasne, najlepiej dom pianką i materacami obijmy, wtedy to będzie całkowicie bezpiecznie.
Dla mnie szczęśliwe dzieciństwo to takie gdzie daję dzieciom swój czas, gdzie ich rozwijamy, gdzie tworzymy ciepły przytulny dom, pachnący ciastem, domowym rosołem, z kolorowymi rysunkami na lodówce i pokojem rozwijającym dziecięcą wyobraźnię. Z książkami na wyciągnięcie ręki i przyjaznymi ludźmi wokół. Z kreatywnymi zabawami i okruszkami na stole. Ale na pewno nie w jednym wielkim chaosie, z tumanem zabawek na każdym skrawku przestrzeni rozrzuconymi, poniszczonymi meblami, jako wyraz kreatywności i brakiem jakichkolwiek zasad.
Bałagan może to i synonim dzieciństwa, ale na pewno nie taki, który zastępuje cały dom.
41 komentarzy