Czasem mam wrażenie, ze ja na tym blogu tak z kwiatka na kwiatek, z tematu na temat. I niby tak dumnie ten blog lifestylowym nazwalam, ale co to właściwie znaczy? Piszę ciągle o tych wnętrzach, choć głównie o swoich, o tych podróżach i radościach, o tych wszystkich myślach moich, o dzieciach… Może lepiej byłoby tak bardziej tematycznie, tak tylko w jednym kierunku? Może wtedy byłoby jakoś tak bardziej czytelnie, byłoby wiadomo, czego właściwie się tu spodziewać? Ale we mnie tyle tych słów jest, tych takich, co aż huczą i o przelanie na wirtualny papier się proszą. I nie potrafię tak do końca w żadne ramy się powkładać…
Dostaję od Was mnóstwo wiadomości. Czasem ktoś napisze, że zainspirowałam go do jakiś zmian w domu, inny podsyła zdjęcie stołu, które wykonał z naszego DIY, niedawno Marta opowiadała mi o swoim pobycie na Zakynthos, gdzie wybrali się po przeczytaniu mojej relacji. Są też takie wiadomości, kiedy piszecie, że najbardziej to lubicie, kiedy ja tak piszę z serca, że wtedy parzycie dobrą herbatę i czytacie. To tak wiele znaczy dla mnie, to tak ogromnie uskrzydla. A z drugiej strony czuję czasem taką niepewność, zbyt bardzo analizują tą całą treść tutaj, tak często waham się czy to pasuje do całości. A że ze mnie to taki chaos jest, taki kłębek uczuć, emocji, to tak samo z tym blogiem, pisaniem. I stąd te ciągłe zmiany graficzne wpisów, te skakanie z tematu na temat, te ciągnięcie kilku sznurków naraz.
Tyle jest rzeczy, które tak mocno mnie inspirują, które sprawiają, że tak bardzo chce mi się usiąść i tych kilka słów naskrobać. I one często tak ani odrobinę tematyczne nie są, i tak w ogóle nie chcą mi się tu do całości skomponować. Tyle rzeczy mnie porusza, tyle myśli w tej moje głowie wiecznie przelatuje. Aż czasem chciałabym ją wyłączyć, ale kompletnie mi się to nie udaje. Nieraz chciałabym Wam więc tylko tak poopowiadać. O tym Starym Dobrym Małżeństwie co zawsze, kiedy słucham to mam ciarki na całym ciele i wzruszenie tak wielkie. I sięgam po nich z doskoku od tylu lat już… A pamiętam jak miałam jakieś czternaście lat i pierwszy raz Kuzynka mi ich puściła. A później te ogniska harcerskie i dźwięk gitar wygrywających „Czwarta nad ranem”. Jest też ta moja osobista Osiecka, która najpiękniej na świecie umie swoimi słowami wszystkie moje myśli nazwać. I taka szkoda wielka, że już tak długo Jej nie ma wśród nas… O choćby to, tak często mogłabym mężowi cytować „Nie gniewaj się – mówię z wysiłkiem. – Nie gniewaj się za to, co ci wtedy powiedziałam… To było we mnie, nie w tobie. To całe świństwo, wiesz… Ta złość, ta pycha, ta samotność… To było we mnie, ja byłam chora czy coś…”, albo to „…Piętnaście minut temu wyszedłeś do pracy. Jak to dawno… Ale cały dom jest jeszcze Ciebie pełen!”, a czasem i tak: „Często kocha się „z przerwami”. To znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, „że można wytrzymać” i w ogóle myśli się mocno, o czym innym.” I jeszcze mój ukochany „Szczęście to jest radość powtarzania. Jeśli ktoś stanął nad ranem w porcie, spojrzał w morze i zobaczył nagle jak niebo pęka i ze stalowej jamy wynurza się rdzawa kreska – jak w rozpalonym piecu – to znaczy… no właśnie, to nic nie znaczy. Bo ten, kto znalazł tam się jeden jedyny raz i się ucieszył raz szaleńczo, to nie jest jeszcze człowiek szczęśliwy. To jest człowiek, któremu się coś udało. (…) Ale człowiek, który chodzi na brzeg codziennie i za każdym razem jest olśniony, to jest człowiek szczęśliwy.” Tyle z tych Jej słów wyciągam dla siebie, tak często jednym prostym zdaniem, jednym wierszem potrafi więcej niż gdybym ja tysiąc słów wylała.
No i są te moje różne rzeczy i tyle we mnie samej zmian się dokonuje. I wtedy gdzieś tak po cichu przelewam to tutaj, tak czasem między słowami, a innym razem to te słowa aż krzyczą przeze mnie. I te wszystkie moje drobne przyjemności i te książki, od których jestem wręcz uzależniona. I choćby jednym zdaniem, ale tak po prostu muszę się nimi z Wami podzielić. I są te sprawy, o których pewnie piszę za mało, choć już i tak czasem ktoś się tu zaplącze, kto twierdzi, że tak zbyt lukrowo to wszystko tutaj wygląda. Ale kiedy jak tak lubię na różowo, tak lubię te drobiazgi wyłapywać, tak doceniać sobie po cichu, bo przecież jak dziś nie docenię, to może jutro nie będę miała co? A tak to wiem, że choć czasem udaje mi się zauważyć jak wiele mam. I są też te rzeczy, które tak ogromnie mnie bawią, jak książki Chmielewskiej albo filmy Woodego Allena. I po obejrzeniu takiego Jego „Wszyscy mówią kocham Cię” jak ja mam w negatywny sposób świat widzieć? No nie da się!
Ten blog to takie moje miejsce, pasja, urywki wszystkiego, co mnie cieszy, uskrzydla. Dużo mówi się o rozwoju, o zdobywaniu nowych czytelników, o jakiś wyznacznikach, którymi każdy Bloger powinien się kierować. O budowaniu grupy odbiorców, definiowaniu jej śmiało. A ze mnie marketingowiec żaden i nic na siłę nie potrafię. I gdybym miała tylko na te wnętrza się zamykać to udusiłabym się już po minucie.
I sama nie wiem, jaką to ja Wam tu puentę chciałam powiedzieć… Tak chyba tylko pogadać sobie chciałam, znów z tych tematów z kwiatka na kwiatek. Bo ten blog to takie moje miejsce po prostu i ja nie potrafię go w żadne porządne schematy powkładać. I tu jest wszystko to, co kocham, co lubię, co mnie inspiruje. Blog taki o życiu po prostu… O pasjach, radościach. A kto sobie z niego, co wyciągnie, to już tylko Wy możecie wiedzieć. I pewnie można byłoby tylko tematycznie i wyłącznie o jednym… I może bardziej poukładane by to było… Sensowniej by to wszystko wyglądało. Ale jak ja Wam mogę na przykład nie opowiedzieć o tym filmie, przez który przez trzy wieczory nie spałam, no jak? Więc coś czuję i lojalnie ostrzegam, że tego z kwiatka na kwiatek będzie jeszcze więcej….
38 komentarzy