Ostatnio przyczepiły się do nas wszelakie możliwe przeziębienia i za nic w świecie odpuścić nie chcą. To dla mnie oznacza prawie całkowite zamknięcie w domu, czego nie ukrywajmy, już mam serdecznie dosyć. No bo ileż można w tych czterech ścianach, choćby nie wiem jak ulubione były. Do tego mój maluch podczas choroby ma zdwojoną potrzebę mojej bliskości, co sprawia, że jest właściwie non stop na rękach, dodajmy MOICH rękach. W tych niesprzyjających warunkach radzę sobie jak umiem. I kiedy mój mąż wraca do domu, to choć na chwilę zamykam się w mojej samotni, ogarniam maile, bloga, ale przede wszystkim wszelkie myśli. Wyciszam się. Lubię mieć to swoje miejsce. To domowe biuro wydzielone w sypialni, to taka tylko i wyłącznie moja przestrzeń.
Masa ulubionych bibelotów, dodatków wiecznie wędrujących, ciepłe koce w zanadrzu. To uczciwie mówiąc jedyna strefa w naszym mieszkaniu, gdzie nie przewala się tysiące zabawek, gdzie w miarę bezpiecznie można postawić stopę w nadziei, że nie nadepnie się na porzucony klocek. Oj walczę o to moje miejsce, nie dopuszczam do niej dzieci, potrzebuję choćby czasem takiej mikro przestrzeni tylko dla siebie. Lubię mieć w domu symbolicznie wydzielone miejsce do pracy, gdzie jakoś łatwiej mi się skupić, ogarnąć myśli. Zamknąć na chwilę drzwi i udawać, że za nimi panuje cisza;) Z uwagi na to, że obecnie moja codzienność to głównie dzieci i dom, i kiedy są takie okresy jak teraz, że wszystkich nas zmogło przeziębienie, to wtedy dobrze jest móc choć wyjść do drugiego pokoju, usiąść przy biurku i w miarę możliwości zasiąść w spokoju do pracy.
Dzisiaj zaś z uwagi na moją niedyspozycyjność, nie mam dla Was za wiele słów, za to niosę Was garść kadrów z tej mojej ulubionej strefy, rozgośćcie się w niej wygodnie. Pozdrawiam Was zakatarzona, z niebywałym bólem pleców i nadzieją, że jeszcze chwila i jednak uda mi się z tego domu wybyć choć na minutę;) Uściski Kochani moi!
37 komentarzy