Wydawało mi się, że już nie można bardziej… Że przecież już doskonale wiem jak to macierzyństwo wygląda, że znam wszelkie odcienie rodzicielskiej miłości. Czuję wyraźnie, kiedy nadchodzi ta jakże dobrze znana fala zalewającej mnie czułości, to ciepło gdzieś tam głęboko we mnie. Znam te wszystkie myśli, co zawsze bezwiednie w stronę dziecka płyną, znam wszelkie odcienie niepokoju i niestety zbyt często nadopiekuńczości.
Wydawało mi się, że przecież już wszystko takie oczywiste. Że ciągle ma się ochotę przytulać, całować, że nawet jak człowiek zniechęcony, zmęczony to za chwilę i tak zaczyna za tym swoim dzieckiem tęsknić. Tak dobrze przecież wiem jak to jest wpatrywać się w śpiące maleństwo, tak świetnie znam brzmienie dziecięcego głosu wypowiadającego słowo MAMA.
Dziś zaś, kiedy otworzyłam oczy, kiedy pierwsze co, usłyszałam Jego cichutkie kwilenie, to uświadomiłam sobie, że jeszcze tak wiele tej miłości przede mną. Uśmiecha się. Uśmiecha się na dźwięk mojego głosu, na widok mojej twarzy. W Jego oczkach ciągły blask, iskierki wesołe. Codziennie pokonuje krok milowy w rozwoju, codziennie rozczula do granic. I tak samo jak za pierwszym razem czekam na to słowa Mama, na pierwszy krok, na to, kiedy usiądzie. Przeżywam pierwszą łyżeczkę jabłuszka, obcałowuję stópki, roztapiam się, po porostu roztapiam cała, kiedy czuje jak całym ciałkiem się we mnie wtula, taki ciepły, słodki, pięknie pachnący… Taki mój…
Macierzyństwo to historia bez granic, to uczucia, które tylko wciąż rosną i rosną, przybierają na sile, co rusz nabierają nowych kolorów.
Była taka maleńka, kiedy się urodziła. Położna stwierdziła, że śliczne, naprawdę duże dziecko. Jakie duże! Dla mnie była najmniejsza, najdelikatniejsza na świecie. Ważyła tyle, co trzy i pół kilograma mąki, nikt mi nie powie, że można być dużym ważąc tyle ile mieści się w mojej kuchennej szufladzie. Pachniała obłędnie. Bałam się zasnąć, tak jakby w tym czasie ktoś mógł mi ją zabrać, bałam się, że jak tylko zamknę oczy to Ona zniknie. A przecież już od pierwszej chwili, kiedy zechciała zamieszkać w moim brzuchu wiedziałam, że jest całym światem.
A potem zjawił się On. I przecież wydawało mi się, że już wszystko wiem. Że znam tę miłość na pamięć. I przy Nim jakoś łatwiej mi się zasypiało i mniej tego całego strachu było. I choć ważył niewiele więcej niż Maja, to w przeciwieństwie do Niej taki duży i silny mi się od początku wydawał. I tylko ta zalewająca czułość, ta bezgraniczna duma, tylko to identyczne było.
Zerkam w Jego stronę, uśmiecham się na samą myśl nawet teraz, gdy śpi w drugim pokoju, a ja to piszę. Tak dobrze, że nic nie wiem, że przeżywam po raz drugi, a jakby na nowo. Każdego dnia budzę się z nową dawką miłości, z jeszcze większa jej siłą choćbym przysięgała wczoraj, że bardziej się już nie da.
Ta moja miłość się mnoży i mnoży. Podwójne macierzyństwo wcale łatwe nie jest. Bo przecież jeszcze więcej strachu, jeszcze więcej dziwnych myśli, jakiś wyrzutów sumienia. Ciągłe upewnianie się, że jedno i drugie dostaje wszystko po równo, a z drugiej strony proporcjonalnie do ich potrzeb. Wciąż układanie w głowie, że Ona nie czuje się odrzucana, kiedy On bardziej marudny i pół dnia muszę tylko Go na rękach nosić. Albo, że On nie będzie czuć się gorszy, kiedy wiecznie Go tylko próbuję odłożyć, aby z Nią się, choć chwilę pobawić.
Ale w tym podwójnym macierzyństwie nie to jest najważniejsze. Liczą się tylko te wszystkie barwy, te wszystkie nieprawdopodobnie wielkie odczucia, ta tkliwość, miłość, czułość odkrywana wciąż na nowo, tak samo mocna, a zupełnie inna. Ona mnie tak rozśmiesza, On tak rozczula. Uwielbiam Ją głaskać, Go po główce całować.
Kocham się w tych moich dzieciach tak bardzo. Tak całą sobą. Jak dobrze, że tylko mi się wydawało, że już wiem wszystko.
A przecież miłość jest dużo potężniejsze niż to, co jesteśmy w stanie pojąć.
I tyle jeszcze tego odkrywania przede mną… Tyle blasku, słów, bezmiaru uczucia.
Tyle wersji miłości, tyle siły w ramionach. Tyle pocałunków, przytuleń, zerknięć rozczulających.
Tyle słów Mama, co choćby padało tysiąc razy dziennie, to zawsze takim ciepłem po całej mojej duszy się rozlewa.
On i Ona. Dwa cuda wyśnione. Dwa największe, najpiękniejsze. I ta moja miłość do nich taka inna i taka sama zarazem.
Jakże jest pięknie…
Na zdjęciach kilka moich ulubionych dziecięcych gadżetów, które zresztą już raz Wam pokazywałam. Jestem zwłaszcza zakochana w tym cudownym muślinowym kocyku, teraz na te upały jest idealny! W dodatku jest tak duży, że świetnie służy również Majce za kołderkę. Nieraz pytacie mnie o rożne rzeczy, które mogłabym Wam polecić dla dzieci, zdecydowanie to ostatnio mój hit. Genialna jest też ta lisica, zajmuje Antka przez długie chwile, a to bardzo cenne;) I ta kaczuszka, no rozczula każdego kto do nas przychodzi;)
Oprócz tego na zdjęciach:
Pojemnik z misiem – Planeta dziecka
komplet kolorowych pudełek – Planeta dziecka
książka „Jak Tata pokazał mi wszechświat” – Planeta dziecka
19 komentarzy
Cudowne masz dzieci Olu. Niech rosną zdrowo. Pozdrawiam!
Codzienny zwyczajny trud, codzienny zwyczajny cud...Ucałowania dla całego Domu na Wzgórzu!
Zdjecia piekne.. tzn mali modele slicznusi :-D
Pozdrawiam cieplo :-)
Fantastycznie napisane :)
Pozdrawiam, Marta
Ja tylko dodam, że to truizm, że dzieci się kocha tak samo. Każde kocha się inaczej, z innym odcieniem tego samego uczucia i to jest piękne, że mimo to żadnego z nich mniej.