Bardzo duże znaczenie mają dla mnie kolory. Kolory w naszym wnętrzu nadają mu charakteru. Mogą wpływać na nasz nastrój. Pobudzać bądź relaksować. Są takie palety barw, na które mogłabym patrzeć godzinami. Są też kolory intensywne, energetyczne, które akceptuję tylko i wyłącznie w bardzo drobnych dodatkach bo w zbyt dużej ilości drażnią mnie. Tak mam np. z żółcią i pomarańczą.
Czasami jednak bywa tak, że co do kolorów to wszystko odmienia mi się o 180 stopni. Pamiętam jak kilka lat temu, pewna znajoma kupiła mieszkanie i postanowiła w całości urządzić je w różnych odcieniach szarości. Wszystkie ściany miały być właśnie tym kolorem pomalowane. Pomyślałam sobie wtedy, że to jakiś koszmar. Mieć własne mieszkanie i tak je zmarnować! Przecież będzie tak ponuro, smutno, a jest tyle pięknych ciepłych barw i odcieni. A Ona tylko ten szary i szary. Minęło kilka lat… W końcu i ja doczekałam się tego mojego wymarzonego miejsca na ziemi… I co zrobiłam?… Większość ścian pomalowałam na…jasny szary:) Ba! Kupiłam sobie szarą kanapę, fotel i różne dodatki. Zakochałam się w tym kolorze. Odkryłam, że wcale nie jest smutny, nudny, ale stanowi idealne tło dla wnętrza, można go zestawiać z najróżniejszymi kolorami i za każdym razem wszystko nabiera zupełnie innego charakteru. Szary jest spokojny, więc mnie uspokaja, dodaje wnętrzu elegancji i przede wszystkim nie nudzi się tak szybko, to zdecydowanie mój kolor number one!
Podobnie miałam z miętą. Wszyscy wokół oszaleli na jej punkcie, a mnie jakoś nie urzekała. Taki ten kolor mdły i nie podobny do niczego. Zaczęłam urządzać pokój mojej córeczki. Miał stanowić paletę szarości w połączeniu z pudrowym różem. I tak się stało. Tylko jakoś tak dziwnie okazało się, że w trakcie kiedy zaczęłam zbierać dodatki do tego jej pokoiku, tak całkiem przypadkiem, wiele z nich miało kolor…miętowy. I znów się zakochałam. Okazało się, że ten kolor jak najbardziej przemawia do mnie, że idealnie uzupełnia się z innymi pastelami. Pięknie podkreśla zarówno szarość jak i cudnie komponuje się z różem. Wiem, wiem wielu przede mną już to odkryło… Ale ja muszę wszystko sama… Może trochę dłużej niż inni, za to jak pokocham to na zabój;)
Ostatnia taka rewolucja kolorystyczna odbyła się w moim życiu z kolorem niebieskim. Nie cierpiałam go w żadnym, ale to żadnym odcieniu. Żaden błękit ani granat nie przekonywał mnie. Niebieski to w końcu niebieski. Ble, fuj, nie lubię i już. Zimny, zwykły i chłopięcy. I znów przyszło do urządzania naszego mieszkania. Nagle, ni stąd ni zowąd doszłam do wniosku, że sypialnia co jak co, ale ma być wymalowana szarym błękitem. Takim jak niebo o poranku kiedy jeszcze słońce mało świeci. Ja i niebieski? Przecież nie lubię. Ale sypialnia ma być taka i koniec. Bo uświadomiłam sobie, że to właśnie przy tym kolorze będzie mi się najlepiej wypoczywać. Potem już tylko doszła niebieska narzuta, poduszki i okazało się, że właściwie to ja nie mam nic przeciwko temu kolorowi;)
Tak, tak wiem, kobieta zmienną jest;) Kolory to magia i warto czasem przekonać się do czegoś nowego, bo a nuż się zakochamy..;)
A jak to u Was jest z tymi kolorami?:)
24 komentarze
Ale Twoje kolory piękne, i wcale nie myślę, ze szary jest smutny ;)
Ba! Sądzę nawet że jest uniwersalny, praktyczny i z klasą - zupełnie jak czarny czy biały :)
Pozdrawiam :) Cieszę sie że do mnie zaglądasz :)
pozdrawiam i zapraszam do siebie:)
A kuchnię mam... Teraz tak modne są białe... A ja mam soczysty żółty! ;-)
Nie wyobrażam sobie domu w szarościach, o nie! :-)