Maja czyta Antkowi książkę na dobranoc. Więcej dopowiada, bo jak zwykle wyobraźnia ją ponosi i już własne historie tworzy. On udaje dialogi, mówi różnymi głosami, te ich czytanie w istne przedstawienie się zamienia. Patrzę na zegarek — ewidentnie czas już pogonić ich do łóżka. Ale matko, tak mi się nie chce… Tak ładnie się sobą zajmują, a gdy tylko padnie komenda do spania, to zaraz jedno będzie chciało jeszcze przyjść i wody się napić, druga zacznie wysuwać tysiąc argumentów, czemu to jeszcze jest na spanie za wcześnie, potem każdego będzie trzeba utulić z piętnaście razy, kołdrą okryć, na hasło mamooo z trzy razy do pokoju zajrzeć… Ech, niech się jeszcze pobawią chwilę, a co tam. Świat się nie zawali. Za pięć minut będą mogli te wszystkie wieczorne rytuały (czytaj marudzenia), w życie wprowadzić. A tymczasem pięć minut spokoju, bezcenne…
Dni jak szalone biegną, obracam je w dłoniach z niepokojem. I nawet nie, że mi się w całość zlewają, bo ciągle dzieje się coś ciekawego, ważnego, ale po prostu za szybko. Ja wiem, że właściwie co chwilę o tym piszę, ale naprawdę nie wiem, jak sprawić, żeby ten czas zwolnił, choć odrobinę. Choć prawda jest taka, że gdy wkroczy rutyna, to zaraz będę marudzić, że w jakimś marazmie jestem, że nudno, że wrażeń brakuje, i weź tu se dogódź. Wiem, wiem, sama z politowaniem kręcę głową.
Na płocie wiszą takie specjalne kulki z pokarmem dla ptaków. Dzięki nim ich świat odkrywam. Mam codziennie prywatny spektakl. Przylatują gromadnie, przekrzywiają główki, czarują kolorowym pierzem, czasem coś zanucą i odlatują jakby nigdy nic. Przybywają tłumnie, rzadko bywa, żeby odwiedzały nas pojedynczo i ileż niosą ze sobą radości. Tymi kulkami mamy już całą szufladę kuchenna zapchaną, tak na zaś, na zapas. Bo jak już tych naszych latających przyjaciół nauczyliśmy, że tu stołówka pełna, to niech się na nas nie zawiodą. Tłumaczę Mai – to jest odpowiedzialność. A Ona odpowiada – przecież wiem Mamusiu, pięć razy im obiecałam, a jak dałam słowo, to już nie zawiedziemy, bo przecież słowo jest najważniejsze, prawda?
Słowo potrafi też czasem boleć. Strzepuję gdzieś ze świadomości resztki takich, o których niedawno się dowiedziałam. Strzepuję, udaję, że nic a nic mnie to nie obchodzi. A jednak… Jednak gdzieś tam uwiera. No, bo jak to tak? Tak perfidnie, wrednie? Tak po prostu udawać? I jeszcze bardziej tych moich maluchów szczerości uczę, lojalności, jeszcze więcej pogadanek urządzam. A wokół tyle cudownych osób, też tych nowych, co już tak blisko zamieszkali w sercu. I dzięki nim wszystkim wiem, że choćbym nie wiem ile razy w życiu nie sparzyła się drugim człowiekiem, nie zawiodła, to nigdy nie przestanę w niego wierzyć. Ufnie na nowe znajomości zerkać. Bo Ci, którzy na przyjaźń nie zasługują, nie sprawią, że odbiorę tę szansę innym. Trudno. Strzepuję więc ze świadomości, pewnie jeszcze trochę mi to zajmie. Ale w końcu się uda. I to ja będę wolna, żadna gorycz nie będzie mnie musiała zjadać… A przecież o tyle łatwiej się żyje, jeśli trzymamy się prostych zasad, jeśli patrzymy w lustro, i widzimy tam człowieka, który popełnia masę błędów, ale nie krzywdzi innych. A na pewno nie świadomie.
Tańczę sobie radośnie w tej codzienności, gwiazdy z papierowych torebek tworzę, a potem, chwilę później dosłownie klnę ile wlezie. Bo ten mnie wkurzył, bo w kuchni bałagan, bo dzieci kłócą się jak najęte. I już mi ciśnienie rośnie, już słowa niecenzuralne wychodzą z prędkością światła, już drę się tak, że cud, że gardła nie zdarłam. Ot życie. Potem oczywiście wyrzuty sumienia mnie łapią i to się tak w kółko kręci. Ale pracuję nad sobą. A w głównej mierze to analizuję, o matko! Z tych analiz to już potężna księga mogłaby powstać, a ja właściwie potrzebuję tylko streszczenia. Takiego kompendium w pigułce, co i jak. Jak tych błędów unikać, jak się lepszą stać. No może kiedyś się uda… W końcu podobno młoda jeszcze jestem.
Drzewa wszystkie liście zgubiły, codziennie rano szron zdobi trawę, a mi nadal róże kwitną, no zwariowały! I jak ja mam tu świąteczne lampki porozwieszać, jak mi się to w ogóle z tymi kwiatami nie komponuje?! Ale tak poza tym, to czuć już chłód w powietrzu, noce zimne, jak dobrze otulić się ciepłą kołdrą. I to wstawanie przed świtem, największa kara, a potem, gdy powoli, powolutku zaczyna wszystko wokół różowieć, to kara w nagrodę się zmienia. Choć teraz to przecież głównie szarość, ileż ona ma odcieni! Świat jakże inaczej już wygląda, te nasze pola wokół zrobiły się takie nostalgiczne, mgły otulają sad, niebo poszarzało i snuje swoje opowieści. Tyle tych widoków na wyciągniecie ręki, otulam się nimi codziennie. Popijam gorącą herbatę, patrzę przez okno i myślę sobie, że ja to jestem całkiem szczęśliwym człowiekiem.
W grudniu trochę zwolnię, obiecuję sobie. Od piętnastego koniec i basta. Tylko pierniczki, kolędy i gorąca czekolada. Po raz setny obejrzymy wszystkie świąteczne filmy i pojedziemy do gdańska na jarmark. Pomaluję paznokcie na czerwono i z którąś z Przyjaciółek pójdę po sklepach pobiegać. Może jakąś sukienkę sobie kupię..? Po piętnastym już tak na spokojniej, zdecydowanie. A teraz… Teraz lecę. Jak zwykle świat zdobywać.
9 komentarzy