Powiem Wam, że na tej wsi to się jednak inaczej mieszka. Wiecznie się ludziom humor poprawia, a to znajomi pytają czy gumiaki mają zabrać, a to lamentują chichocząc, że dopiero co auto umyli i mają w te nasze polne drogi wjeżdżać. I nawet nieważne, że od swojego miejsca zamieszkania mają do nas jakieś dziesięć minut, no bo to jednak wyprawa NA WIEŚ. A to agroturystykę chcą u nas zakładać i wiecznie dopytują czy jeszcze drogę do gdańska pamiętamy, mimo, że do granicy mamy jakieś pięć minut. No wesoło jest. Sąsiadka na tych moich mieszczuchów z politowaniem patrzy i śmieje się, że prawdziwa wieś to u Jej mamy na Kaszubach jest, a tu kilka pól wokół, drzew, bardziej dróg dzikich i już ludzie czuję się jak w innym świecie. Ale ja tam wcale im się nie dziwię, bo też jeszcze do niedawna do tej grupy należałam, która na widok większej ilości zieleni piała z zachwytu, mimo, że przecież nasze poprzednie miejsce zamieszkania to raptem niecałe siedem kilometrów od obecnego. Ale tam pętle tramwajowe pod nosem, betonowe ulice, centra handlowe, tysiące bloków, a tu tylko te pola, las i drzewa wokół, więc Ci wszyscy nasi dowcipni znajomi wiecznie do nas jak na wakacje przybywają. I tak sobie patrząc po radości tych naszych bliskich myślę, że nam chyba wszystkim w tym mieście bardzo brakowało takiego miejsca, gdzie wokół cisza, spokój, gdzie można spotkać się na większej przestrzeni i odpocząć.
Mimo, co niektórych złowróżbnych wizji, praktycznie codziennie w tym „mieście” przebywamy i nie są to żadne utrudnione wyprawy, ale jakże uwielbiam te powroty tu do nas. Co sekundę coś mnie zaskakuje. W tygodniu byliśmy z dziećmi w kinie, wróciliśmy wieczorem, Antoś zasnął w aucie, a Maja wysiadła już taka zmęczona, rozgląda się i wykrzykuje „mamusiu ile gwiazd!”. I rzeczywiście dopiero tu w domu czekał na nas najpiękniejszy seans, niebo było całe usiane migoczącymi światełkami, usiadłyśmy z Mają w Jej domku na placu zabaw i podziwiałyśmy to przytulone. Nie ma u nas za dużo latarni, w nocy naprawdę jest ciemno i dzięki temu, kiedy tylko niebo bezchmurne, możemy takie cuda na wielką skalę oglądać.
Mamy tu też wiecznie jakiś mikroklimat. A to od dawna nigdzie wokół śniegu nie ma, a u nas zalegają całe hałdy tak, że dzieci bałwana lepią, a to innego dnia w całym gdańsku głowę urywa, zimno strasznie, a ja sobie w ogrodzie na słońcu kawę piję, bo u nas ciepło niewiarygodnie. Te wszystkie drzewa i pagórki wokół chronią nas od wiatru i dzięki temu dużo przyjemniej jest.
Dalej co chwilę mnie coś zaskakuje, od pół roku byłam przekonana, że co jakiś czas słyszę pianie koguta, który uaktywniał się o dziwnych porach, a to się okazało, ze to żaden kogut tylko dzikie bażanty, które zamieszkują sad. No, kto by pomyślał, że one takie dźwięki są w stanie z siebie wydobywać! W ogóle czuję się tu jak w jakimś rezerwacie ptaków, matko nawet sobie nie wyobrażacie ile my tu mamy różnych gatunków. Codziennie ptasi koncert mnie wita, jest to też droga przelotowa gęsi, bocianów, mamy żurawie, miliony wróbli, sikorki i setki innych, których nie znam. I ta moja niewiedza niestety na dzieci się przekłada… Ostatnio podsłuchałam rozmowę Mai z koleżanką:
– O patrz! Łabędź frunie -Wskazuje Maja na niebo.
– Co Ty głupia! – odpowiada Jej koleżanka – przecież to gołąb albo mewa!
Patrzę na to niebo zaciekawiona, co też One tam takiego widzą, i cóż się okazało?.. Był to nasz polski, piękny wróbel;)
Tak więc nad wiedzą przyrodniczą zdecydowanie jeszcze musimy popracować;) Oczywiście mieszkanie w takich malowniczych warunkach przyrody, ma też swoje minusy. Ostatnio kuna zrobiła przegląd samochodu naszemu najbliższemu sąsiadowi. Panicznie boję się też myszy, choć na szczęście w tym roku ominęły nasz dom. No i te wiejskie drogi… Ech, o tym to osobny post mógłby być. Po śniegach dziura na dziurze, tak, że przejechanie graniczy z cudem, do tego kurz, pył, więc samochód szlauchem powinno się czyścić praktycznie po każdym powrocie do domu.
Ale mimo wszystko, każdego dnia cieszę się, że tu jestem. Dużo więcej przebywamy na świeżym powietrzu, spacerujemy po polach, lesie, wiecznie wychodzimy na kawę do ogrodu, nawet teraz zimą, no pięknie jest.
Pewnie nie nadawałabym się do życia na takiej prawdziwej, głębokiej wsi, daleko od miasta, ale tu mam wszystko, co kocham. Nie ma problemu z tym żeby podjechać na spacer na starówkę i obiad do Sopotu do mojej Mamy, a z drugiej strony jesteśmy otoczeni przyrodą, ptakami, zielenią, mamy swój ogród i wiecznych gości. Pięknie jest! Fajnie mieć to swoje małe, ulubione miejsce na ziemi.
Ps. Wszystkie zdjęcia to widok z moich okien i balkonu:)
10 komentarzy