Zaczęło się niewinnie… Jak to zwykle w życiu bywa. Najpierw miałam urwanie głowy, bo bez tego urwania to by się chyba wszechświat zawalił. No nie wiem, ale ile razy bym się nie starała go nie mieć, to nigdy mi to nie wychodzi. I nawet nie, że aż tyle mam tych obowiązków, tej pracy, ale moja organizacja jest na tak nikłym poziomie, że każdy by się uśmiał, a ja to już na pewno. Chęci mam zawsze wielkie, postanowienia tysiąc, a potem tu mnie coś wciągnie, tam się rozkojarzę i jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę. W tym roku byłam z siebie cholernie dumna. I to jeszcze jak! Matko, jaka ja zapobiegawcza, no klękajcie narody – na początku września zamówiłam dzieciom kalosze, przed pierwszymi przymrozkami zakupiłam buty zimowe, sprawdziłam czy z zeszłorocznych kurtek nie wyrośli, a nawet miałam przygotowane grube rękawiczki. Już nie będę musiała na początku grudnia latać w panice podczas pierwszego śniegu, ominę dezaprobatę ekspedientek, że o tej porze roku to już powoli wchodzi kolekcja wiosenna. No dajcie spokój, serio?! Kiedy to ledwo tego śniegu przez pięć minut popadało?.. Naprawdę wszyscy kupują kurtki zimowe w sierpniu?! Ale spokojnie, w tym roku wszystko pod kontrolą, w czapki mikołajkowe zaopatrzyłam ich jeszcze w listopadzie i ilość szalików mi się w szafie zgadzało i w ogóle matka roku, a co! A potem, po tej wielkiej euforii to niestety, no ciężko tak się przyznawać publicznie, ale, no wyszło jak zwykle… Kompletnie nie z mojej winy oczywiście! Jak przyszedł ten pierwszy, cudny śnieg to się okazało, że w Antka śniegowce, co najwyżej zmieściłoby się dwuletnie dziecko, a kiedy sąsiedzi urządzili spontaniczne ognisko, to oczywiście jak zwykle połowę tych zimowych ciuchów zostawiłam w przedszkolu i tak po moim panicznym telefonie mąż leciał do pierwszego lepszego marketu na gwałt zakupić jakiekolwiek rękawiczki, żeby sobie placów nie odmrozili. Ale co tam! I tak jest nieźle, w końcu każdemu może się zdarzyć…
Ale ze świętami będę mistrzem! No mistrzem jak nic. Już w listopadzie połowę prezentów nakupowałam, stan dekoracji sprawdziłam, ozdoby przygotowałam. A te ulubione to nawet odłożyłam w specjalne miejsce… Takie wiecie, żeby tylko nie zapomnieć, żeby gdzieś się w tym ferworze nie zgubiły. No taka jestem sprytna! Ha, wezmę, wyciągnę i już. A nie jak zwykle w panice przetrzepywanie pół domu. Więc se odłożyłam i to jeszcze jak! Tak, że do dziś ich nie odnalazłam… No cholera jasna! Wszystko jest! Nawet te ze sto lat nieużywane, te, co myślałam, że dawno wyrzuciłam, a tych nigdzie nie ma. A przecież tak sprytnie odłożone były, żeby sobie ot tak wziąć i już… A tu czarna dziura i ktokolwiek widział, ktokolwiek wie – zgłaszać się można przez całą dobę.
W tym roku jestem zorganizowana, zorganizowana jak nigdy w życiu. Na jasełka stroje wcześniej przemyślałam, skrzydła aniołka na bok odłożyłam, strój pasterza dla Antka obmyśliłam, oj bójcie się Wy tam w przedszkolu, tym razem nie będę objeżdżać połowy trójmiasta w poszukiwaniu kostiumu, bo wcześniej jakoś się nie złożyło. I masz.. Oczywiście jak sobie tak wszystko pięknie zaplanowałam to nagle tym razem nie ma tradycyjnych jasełek, dzieci na galowo i tyle. Za to..za to wcześniej sobie krakowiaczka tańczyć będą. Jakieś korale wystarczą, apaszka i te sprawy. Podobno pisali o tym wcześniej, podobno… Miałam kiedyś czerwone korale, prosto z gór przywiezione, grube, drewniane, no nadadzą się jak nic, tylko gdzie one mogą być?.. No przecież, kto by przy przeprowadzce na nie zważał, jak ja do dziś nie mogę połowy garów odnaleźć?! I znalazły się a jak, tydzień później, dodajmy – o tydzień za późno, na strychu w kartonie ze wszystkim i niczym podczas wielkich poszukiwań tych świątecznych ozdób. Przezornie wcześniej odłożonych. O nich niestety nadal słuch zaginął.
Sami widzicie – organizacja nie jest moją najmocniejszą stroną. Co wcale nie oznacza, że się mądrzyć na ten temat nie lubię, o kochani, w końcu od kiedy to jedno drugie wyklucza? Męża więc na przykład na okrągło pouczam, z miną wyższości patrzę, gdy śrubokręta szuka, dzieci systematycznych porządków uczę, a że przykład idzie z góry, to sami sobie wyobraźcie z jakim rezultatem…
W tym roku byłam całkiem nieźle przygotowana Na tę zimę i święta, na spokój tak niezgodny z moją naturą, na brak przekleństw i popłochu. W tym roku dałam czadu, a w każdym razie zakładałam, że tak będzie.
I jak zwykle tęsknie patrzę na tych wszystkich, co tak potrafią, na tych, co kolorami wstążki układają, a nie z zawziętością muszą wszystkie rozplątywać w ostatniej chwili, na tych, co zawsze mają pod ręką gumkę do włosów w odpowiedniej przegródce, co nie biegają przez pół wsi, aby w panice pożyczyć papier do pieczenia, by ostatecznie, kiedy już się najbliższą sąsiadkę wykorzystało, odkryć, że cała, nietknięta rolka leży w mojej kuchennej szafce.
Och miałam, co do tego domu tysiące postanowień. jakaż ja tu nie miałam być porządna. Jaka mniej chaotyczna. I cóż… nie wyszło drodzy Państwo. Można pokręcić teraz głową z politowaniem, no można, sama nią nieraz kręcę. I ja naprawdę się staram, no staram jak mogę, tylko, że czasem to wszystko właśnie zaczyna się tak niewinnie… No, bo na przykład zakładałam kolczyki, ot taka czynność najnormalniejsza na świecie. A potem, a raczej w trakcie, zauważyłam, że poduszki na kanapie krzywo leżą, a kto jest w stanie znieść powykrzywiane poduszki, zamiast w idealnej konfiguracji? No ja na pewno nie! Więc je musiałam poprawić, teraz, natychmiast! A jak je poprawiać zaczęłam, to się rozejrzałam wokół… I matko jak mi się ciepło na serduchu zrobiło. Za oknem trzy wróbelki na płocie zasiadły i tak śmiesznie zaczęły łebki przekręcać i się tak zamyśliłam na szybko, że jak tu u nas pięknie. A potem jak już myśleć zaczęłam to na całego. O tych karmikach, co mój dziadek sam z pasją wielką przez cale moje dzieciństwo budował i o tych wyprawach po lesie z moją ciocią, co wszystkie ptasie gatunki znała i tak ciekawie potrafiła o nich opowiadać. Potem sobie o tych poduszkach przypomniałam i pled pod kolor do nich wyciągnęłam, co by jeszcze ładniej było. O wróbelki odfrunęły! A te światełka tak mi ślicznie na tej drewnianej ścianie migoczą… O kurczę już wychodzić muszę! Buty, buty szybko, kurtka i jeszcze włosy przeczesać. Mam kolczyk na uchu, ale zaraz…gdzie do cholery jasnej jest drugi?! A to te ulubione, no nie mogłam zgubić! Więc w panice zaczęłam te poduszki przetrzepywać, ten idealnie ułożony koc na dywan zrzucać, a zegar tykał niemiłosiernie… A przecież ja tak na spokojnie! Specjalnie wcześniej pracować skończyłam, co by się nie spieszyć! Na kanapie nie ma, poduszki już na ziemi, pod kanapą też nie, na kolanach więc rozpoczęłam wielkie przeszukiwanie podłogi. No wszystko przez te wróble przeklęte, no co za małpy, żeby tak człowiekowi odwracać uwagę! No masz Ci los! Kolczyka znalazłam… leżał sobie grzecznie odłożony na stoliku. Na wizytę tylko dziesięć minut się spóźniłam.
Chciałabym tak na porządnie, oj chciałabym bardzo. Taka być poukładana, zorganizowana, taka wiecie pani perfekcyjna, a co! Tylko, że to nie moja wina, no ten chaos wstrętny jakoś tak się sam skrada, wszystko mi rujnuje, przekłada, no najlepsze plany psuje, nieproszony przychodzi i rozwala, złośliwiec jeden!
Ale z drugiej strony… Jak by tak się zastanowić przez chwilę. Jak tak przeanalizować trochę… Ileż mniej przygód bym miała, ileż nudy w tym życiu. Bo najbardziej natchnione pomysły w tym obłędzie miewam. Może więc jednak w tym wszystkim tkwi jakaś metoda?.. I co ja bym bez tych poszukiwań zrobiła? Ileż radości mniej w życiu miała? Bo wiecie, jaka to będzie satysfakcja wielka i szczęście nad szczęściami jak ja w końcu te cholerne świąteczne ozdoby znajdę, co je odłożyłam żeby nie zgubić?:)
26 komentarzy