Moja cera jest kapryśna i złośliwa. Trudna do utrzymania, a o mojej walce z nią legendy można by pisać. Pewnie to trochę wina szwankującej tarczycy, ale również mojego wcześniejszego braku umiejętności odpowiedniego zadbania o tę cerę. Jednak w końcu zaczynam widzieć światełko w tunelu i ewidentną poprawę. Od dłuższego czasu sumiennie pielęgnuję ją, poddaję codziennym rytuałom i efekty są naprawdę dobre. Dlatego dziś postanowiłam opowiedzieć Wam trochę o tym, czego się nauczyłam, podzielić moimi sprawdzonymi kosmetykami i sposobami na prawidłową pielęgnację twarzy.
W końcu mam swoją ulubioną, stałą listę kosmetyków, którą jeszcze odrobinę modyfikuję, ale wiem już, czego moja skóra na twarzy potrzebuje, a to najważniejsze. Naprawdę chwilę zajęło mi żeby zebrać tych swoich kosmetycznych ulubieńców, przetestowałam wiele i w końcu mam to, co dobrze na mnie działa. Większość kosmetyków, które znajdziecie w dzisiejszym wpisie (oprócz tak naprawdę jednej nowości) używam od dłuższego czasu, są przeze mnie mocno sprawdzone. Zawsze trochę mnie bawi, kiedy czytam recenzje jakiś kosmetyków, a potem Autorka pisze, że używa ich od niecałego tygodnia, albo, że przetestowała raz. Wydaje mi się, że niezbyt wiarygodne są takie opinie, bo jak wiadomo każdy produkt potrzebuje regularności, aby móc widzieć jego efekty. Jednak w pielęgnacji twarzy to nie tylko kosmetyki są najważniejsze, ale też wszystkie etapy dbania o tę cerę, codzienne rytuały i to o nich również chciałabym Wam dzisiaj trochę opowiedzieć.
Moje codzienne rytuały i ulubione kosmetyki do pielęgnacji twarzy.
Przez długi czas dość nieumiejętnie oczyszczałam twarz, nie przywiązywałam odpowiedniej wagi do tego, co najważniejsze. Przemywałam ją mleczkiem, albo płynem do demakijażu i wydawało mi się, że to wystarczy. A tak naprawdę dla naszej skóry i późniejszych etapów pielęgnacyjnych porządne jej oczyszczenie ma kluczowe znaczenie. Bez tego nic nam z najdroższych kremów świata i cudownych maseczek. U mnie wygląda to w ten sposób:
Wieczorem używam płynu micelarnego, którym dokładnie zmywam makijaż twarzy i oczu. Do tej pory używałam z linii Barwa siarkowa. Sprawdzał się fajnie, ładnie oczyszczał cerę, przywracał jej równowagę, ale to, co było dla mnie największym minusem to to, że podczas demakijażu oczu bardzo szczypało. Niestety, ale podrażniał mi oczy i skórę wokół nich. Teoretycznie mogłam zakupić jakiś płyn stricte do oczyszczania oczu, a do reszty twarzy używać płynu micelarnego z Barwy, ale wygodniejsze jest dla mnie, aby móc oczyszczać całość jednym kosmetykiem. Dlatego też po skończeniu kolejnego opakowanie przerzuciłam się na płyn Micelarny firmy Alba1913. Jeszcze ciężko mi się tak naprawdę o nim wypowiedzieć, bo za krótko go używam, ale póki co, podpasywał mi idealnie. Nie jest tani, ale momentalnie rozjaśnia twarz, jest taki niesamowity efekt świeżości i czystości. Twarz przemywam wacikami, tak długo aż są zupełnie czyste.
Kolejnym krokiem oczyszczania twarzy jest u mnie przemycie jej rumiankowym żelem Sylveco. Uwielbiam go! To najlepszy, jaki miałam kiedykolwiek! Kosztuje niewiele, a sprawia, że skóra natychmiast robi się niezwykle mięciutka, gładka i oczyszczona. Ładnie się pieni, delikatnie pachnie, jego używanie to wielka przyjemność.
Ostatnim krokiem w pierwszej fazie pielęgnacji jest nałożenie toniku. Ten etap wcześniej niestety pomijałam, a okazuje się, że to ogromnie ważne, aby po przemyciu twarzy wodą użyć jakiś produkt, który przywróci nam prawidłowe PH, dzięki temu zminimalizujemy zbyt dużą produkcję sebum, przez które między innymi tworzą się pryszcze i zaskórniaki. Ja od dłuższego czasu do tego ostatniego kroku używam hydrolatu woda różana Make me Bio. Odkąd w ogóle odkryłam coś takiego jak hydrolat jestem od niego uzależniona i oczarowana! Świetnie odświeża i tonizuje. Spryskuję nim twarz i skórę szyi, następnie lekko wklepuję koniuszkami palców. Używam go też w ciągu dnia do odświeżenia, można również nim spryskiwać włosy, które dzięki temu stają się bardziej miękkie. Ten z Make me Bio ma dość specyficzny, intensywny zapach, ale mi on jakoś szczególnie nie przeszkadza, a sam kosmetyk kosztuje niewiele i sprawdza się rewelacyjnie.
Rano również należy twarz oczyścić, najczęściej tu już zamiennie stosuję jeden kosmetyk, albo przemywam ją płynem micelarnym bądź żelem rumiankowym i następnie spryskuję się hydrolatem.
Jak już w końcu mamy porządnie oczyszczoną twarz to możemy przejść do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Co najmniej dwa razy w tygodniu robię peeling, który złuszcza cerę i dogłębnie ją oczyszcza. Stosuję ten z serii Barwa peelingujący żel 3w1. Teoretycznie ten produkt można również używać, jako żel do mycia twarzy, a także maseczkę. U mnie jednak najlepiej sprawdza się w roli peelingu. Jako żel jest dla mnie trochę za mocny, a co do maseczek mam innych ulubieńców. Jednak w wersji peelingu jest idealny, nie za ostry, ładnie oczyszcza twarz, momentalnie sprawia, że przestaje się świecić i pomaga pozbywać się uciążliwych zaskórniaków.
Dwa razy w tygodniu nakładam na twarz maseczkę. Uwielbiam kremową maskę do twarzy Make me Bio z błotem z morza czarnego. Nie zasycha, łatwo ją później usunąć, pięknie odświeża skórę, koi i ją nawilża. Drugą moja ulubioną maską jest -firmy Eveline Charcoal Illuminating Ritual z węglem. Działa natychmiastowo! Genialnie oczyszcza skórę, minimalizuje i redukuje wszelkie pryszcze, zaskórniaki, pięknie oświetla cerę. W dodatku taka maska w płacie jest niezwykle wygodna, nie trzeba jej zmywać, po prostu się zdejmuje, a resztki delikatnie wklepuję w twarz. Po niej tak naprawdę kończę już wszelkie zabiegi i nie nakładam żadnego kremu.
Używam te dwie maski naprzemiennie, raz w tygodniu jedną i raz drugą.
Codziennie po czyszczeniu twarzy nakładam serum plus krem, albo żel plus krem, albo krem plus olej, bądź bezpośrednio na hydrolant olej, albo sam żel na zwilżoną twarz. A czasami wszystko w kolejności: serum, krem, olej. I teraz po kolei – moim ulubionym serum jest ten z firmy Asoa Serum dla koneserów. Genialnie nawilża i rozświetla twarz! Używam go również rano pod makijaż, to jeden z moich ulubionych kosmetyków. Jeśli chodzi o krem znów sięgam po firmę Make me Bio Krem dla skóry skłonnej do wyprysków BEAUTIFUL FACE. Po dłuższym stosowaniu widać rewelacyjne efekty, znacznie mniej obcych wyskakuje mi na twarzy, skóra się nie świeci, a zarazem nie jest wysuszona (choć to pewnie też efekt wszystkich innych kosmetyków, które mają ją nawilżać, między innymi wcześniej wspomniane serum).
Moim bestsellerem od ponad roku jest olej z czarnuszki Nacomi. Ten niepozorny kosmetyk działa cuda! Jeśli walczycie z niedoskonałościami pierwsze, co sięgnijcie po niego. Nakładam go czasami samodzielnie na całą twarz, wcześniej tylko spryskując ją hydrolatem, ale najczęściej w zagłębieniu dłoni mieszam jego kilka kropel z kremem z Make me Bio, wtedy te dwa kosmetyki przynoszą mi najlepsze efekty. Można też olej bezpośrednio nałożyć na pryszcza, jeśli jakiś nam się przydarzy, w sekundę go wysusza i rano jest znacznie mniejszy;)
Ten olej rownież świetnie nadaje się do włosów, sprawia, że są gęściejsze i szybciej rosną.
Od dłuższego czasu zmagam się też z…czerwonym nosem. Nie mam pojęcia, czemu taki jest, no po prostu jak u Rudolfa. Nie mam cery naczyniowej, nie jest to też żaden trądzik różowaty, a nos po prostu czaruje różem. Ale w końcu znalazłam na niego sposób. Mianowicie smaruję go żelem rokitnikowym i ogromnie mi pomaga. Dzięki witaminie c rozjaśnia cerę, świetnie radzi sobie z przebarwieniami, naczynkami i bliznami po trądzikowymi. Można używać go na całe ciało. Stosuję go również po opalaniu, bo naturalnie pogłębia opaleniznę, nadając skórze brązowego wyglądu.
Codziennie też rano i wieczorem używam kremu pod oczy EO Laboratorie. Sprawia, że skóra wokół jest dobrze odżywiona, rozjaśnia, jest taki naturalny efekt, jakby użyło się rozświetlacza. Pięknie wygładza i regeneruje, to mój najlepszy, jaki kiedykolwiek miałam, a jego cena też zdecydowanie kusi:)
Rano po oczyszczeniu twarzy stosuję najczęściej te samo serum, co wieczorem i krem z Make me Bio, nie używam żadnych ciężkich pudrów i podkładów, maluję się tylko kremem BB z filtrem 15.
Ostatnia rzecz, o której jeszcze chciałam Wam napisać, to odżywka do rzęs 4 long lashes. Ona jest rewelacyjna! Używałam w zeszłym roku, i miałam prawdziwe firany! Potem to jakoś porzuciłam i teraz znów od miesiąca jej używam i już widzę pierwsze efekty. Przyspiesza wzrost rzęs, po czterech miesiącach jest taki naturalny efekt jakbyśmy poddali się zabiegowi przedłużania. Ważne jest tylko to, że trzeba ją regularnie, cały czas stosować, bo jak przestaniemy to za chwilę rzęsy wracają do swojego normalnego rozmiaru.
Jak mogliście zaobserwować, większość kosmetyków jest z całkowicie naturalnym składem. Odkąd przerzucałam się na takie mam tysiąc razy lepsze efekty, nawet porównując do tych aptecznych na receptę. Przede wszystkim są delikatne i nie uzależniają skóry, a dla mnie to bardzo ważne.
W tych moich jeszcze codziennych rytuałach zapomniałam wspomnieć, że nie wycieram twarzy w zwykły ręcznik. Pod żadnym pozorem nie powinno się używać tego samego ręcznika, którym wycieramy całe ciało. Dla mnie najwygodniejsze są jednorazowe ręczniczki, bawełniane, które za jakieś pięć złotych dostaniecie w drogerii.
W trakcie wpisu wspominałam także o polskiej firmie Alba1913, która również produkuje naturalne, świetnej jakości kosmetyki. Właśnie mi się osobisty asortyment o nie poszerzył, obecnie je testuję, zarówno te do twarzy jak i ciała, i za jakiś czas na pewno napiszę Wam o nich więcej:)
W pielęgnacji twarzy najbardziej liczy się systematyczność i dokładność. Efekty nie przyjdą po tygodniu, czy nawet miesiącu, ale po dłuższym czasie na pewno je zaobserwujecie, a Wasza skóra będzie Wam ogromnie wdzięczna. Bardzo proszę podzielcie się koniecznie swoimi rytuałami i ulubionymi kosmetykami, fajnie jakby nam wyszło takie małe kompendium i zbiór sprawdzonych kosmetyków. Tyle jest tego na rynku, że aż czasem zgłupieć można;)
13 komentarzy