Dawno, dawno temu… Kiedy to jeszcze człowiek wybierając się na wakacje wrzucał niedbale do jednej walizki kilka rzeczy, a nie zapakowywał auto tak, jakby co najmniej musiał w nim zmieścić cały dobytek życia, kiedy to ze współczuciem patrzyło się na tych, co resztką heroicznych sił próbują domknąć ten bagażnik, z którego to wysypują się piłki, wiaderka, lalki i tysiące innych bezdzietnym ludziom kompletnie nieprzydatnych rzeczy, to właśnie w tamtych czasach wybraliśmy się po raz pierwszy z moim mężem razem w Tatry. Jako środek lokomocji wybraliśmy stary poczciwy PKP, który to dowiózł nas na miejsce w jedyne dwanaście godzin, ale że wtedy to byłam jeszcze całkiem wyluzowanym człowiekiem, to kompletnie mi to nie przeszkadzało…
Nałaziliśmy się wtedy po tych górach jak głupi, kontemplując niespiesznie przyrodę i widoki wokół, oddychając świeżym powietrzem, wieczorami zaś popijając grzane wino i tańcząc na stole bacówki do rana. Tak nam dobrze wtedy w tych górach było, że wiedziony nadzieją na tak idylliczne życie mój jeszcze wtedy nie mąż, padł na kolana w dolinie chochołowskiej i poprosił mnie o rękę. Biedak widocznie nie przewidział jak to wszystko będzie wyglądać dziewięć lat później. Wtedy to jednakże w wielkiej euforii zaczęliśmy snuć odważne plany i wizje, łącznie z romantycznym wyobrażeniem jak to kiedyś przywieziemy w to miejsce nasze dzieci i pokażemy im gdzie to się wszystko właściwie zaczęło.
I w ten oto sposób wracamy do czasów obecnych, kiedy to trafiliśmy do grona tych, którym to auto ledwo się zamyka, którzy to ocierając pot z czoła pakują się dłużej niż mają w planach być na miejscu, do tych, którzy na autostradzie zaliczają po kolei każdy plac zabaw, a na widok McDonalda zaczynają płakać ze wzruszenia, bo oznacza to, że choć przez piętnaście minut dzieci przestaną pytać, kiedy będziemy na miejscu i skończy się lament tuż po przekroczeniu granicy Gdańska, że dłużej jechać to Oni nie dadzą rady. I na nic tłumaczenia, że dlatego wyjechaliśmy o czwartej w nocy żeby PRZESPALI drogę, ale gdzież tam, Oni postanowili wyspać się dopiero w górach i mamy już teraz, natychmiast ich tam teleportować, i żadna inna opcja w grę nie w chodzi, bo życie im niszczymy, i mamo natychmiast po raz setny podaj wody, i włącz kolejną bajeczkę, i spadła mi kredka, i mamo On mnie dotyka, a Ona na mnie patrzy, i ja chcę siusiu, a mi gorąco, a mu z tą klimą zimno i… No zwariować idzie lekką ręką. Więc kiedy to jest opcja by, choć na chwilę wysiąść, zapchać ich choćby i pustymi kaloriami zaliczającymi się do największych atrakcji podczas drogi, no to korzystam z tego śmiało.
Dotarliśmy. Żywi, choć ja chyba najmniej. Jednak jesteśmy, cali i gotowi spełniać nasze romantyczne mrzonki. Jednak nie tak od razu, najpierw trzeba przedstawić dzieciom góry w jak najbardziej atrakcyjny sposób dla nich, to jest zacząć od gofra na Krupówkach i wielkich lodów, później zaś w popłochu uciekając przed chmarą os. Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam jadąc do Zakopanego w sierpniu, zwłaszcza, że mieszkamy w Trójmieście. Ale okazuje się nagle, że u nas w Sopocie to właściwie pusto jest, bo po monciaku da się przejść mając w tym jakąkolwiek wprawę i sprawne łokcie, którymi można się rozpychać ile wlezie, na Krupówkach zaś graniczy to z cudem. Tłumy, tłumy wszędzie. Za nami, przed nami, a my dzielnie krok w krok z nimi. Odganiając się od dorosłych ludzi przebranych za niedźwiadków, odciągając dzieci od setnego stoiska z balonikami, dziękując za wełniane skarpety przy trzydziestu stopniach Celsjusza i odmawiając sobie przyjemności na szczycie Gubałówki zrobienia zdjęcia na tle wielkiego bilbordu przedstawiającego widok z nad pięciu stawów za jedyne dziesięć złotych. Jutro będzie lepiej, pocieszamy się wzajemnie, jutro pokażemy dzieciom NASZE miejsce. Póki co, zaś kupujemy kilogramy marchewek, co by nakarmić nimi konie w naszej agroturystyce. W ogóle to jest hit, jeśli spytacie moich dzieci, co najbardziej spodobało im się w górach, to bez wahania odpowiedzą, że konie i krowy. Tak to jest właśnie wychowywać dzieci w mieście moi Państwo. Ale nic to, ważne, że chociaż coś.
Drugiego dnia wstajemy pełni sił i optymizmu i wybieramy się do doliny chochołowskiej na poszukiwanie miejsca, w którym to mój luby kiedyś nieopacznie postanowił paść na kolana no i wpakował się mniej lub bardziej świadomie w ten cały kołowrotek, który nadszedł. Cóż, nauczka na przyszłość, trzeba zawsze myśleć o konsekwencjach swoich czynów.
Idziemy, albo lepiej obrazując drepczemy dwa kroki w przód jeden w tył. Przy okazji, co chwilę walczymy o życie, aby nie dać się rozjechać pędzącym bryczkom z umęczonymi końmi, tudzież morderczej ciuchci na widok, której oboje moich dzieci zapiszczały z radości, i weź tu takim delikwentom wytłumacz, że w zasadzie w górach to cała zabawa polega na chodzeniu.
Już po pierwszym kilometrze zaczęłam w duchu przeklinać Męża, że też se miejsce wybrał, no już dalej to na te kolana paść nie mógł, no, kto to widział, żeby wybrać takie miejsce, w które nie można dostać się klimatyzowanym samochodem, tylko trzeba przeciągać półżywe dzieci, które to nóżki rozbolały na samo słowo wycieczka. Ale idziemy, dzielnie zmierzamy, próbuję trzymać fason podśpiewując pod nosem harcerskie piosenki, a że w harcerstwie ostatni raz byłam dwadzieścia lat temu to i własne słowa sobie wymyślam, a co, w końcu liczy się sama idea wesołego śpiewu podczas jakże przyjemnej wędrówki. Idziemy, idziemy długo, cud, że się nie ściemnia. Pomijam to, że w normalnych warunkach większość ludzi w tym czasie weszłoby na Giewont, zeszło i zdążyło się jeszcze w knajpie tego wina napić, ale przepraszam bardzo, czy Oni po drodze muszą zbierać każdy patyk, oglądać kamienie, zatrzymywać się co pięć sekund, aby zbierać z drogi dzieci, tudzież nosić je na barana rżąc przy tym jak koń? Nie sądzę! Byliśmy więc bardzo dzielni pokonując tą godziną trasę w niespełna trzy godziny, cud, że z krzaków orkiestra nie wyskoczyła grając nam psalmy chwalebne.
Nagle jest! To tutaj, tak, to na pewno tu!! Co prawda droga wokół jakaś taka rozkopana, błoto po pachy, ciut jakby mniej malowniczo niż kiedyś, ale co tam znaleźliśmy. Teraz tylko siup przez mostek i jak sobie ma ochotę to i znów se może na te kolana padać, a kto naiwnemu zabroni. No więc patrzcie dzieci to tu Tatuś z Mamusią, i tak pięknie było i ptaki śpiewały i… Ryczy. Dlaczego ryczy? Bo Ona się boi przez ten złowieszczy mostek przechodzić i Jej to właściwie wisi, gdzie my się coś tam ze sobą, ale czy my moglibyśmy już wrócić na te gofry? Albo, chociaż do wakacyjnego domku koniki pokarmić? Na co moja młodsza latorośl, w której to pokładałam ostatnie nikłe nadzieje odpowiedniego sentymentu do adekwatnej chwili, stanęło praktycznie dosłownie tam gdzie mój Mąż dziewięć lat temu i kategorycznie oznajmiło CHCĘ SIUSIU!!
No tak, i tyle to by było z romantycznych wizji, z pięknych wspomnień, z chwili, którą to już do końca życia z rozrzewnieniem będziemy wspominać, z miejsca, w którym to właściwie dziwne, że jeszcze pomnik nie stanął, że On i Ja, że my właśnie tu, że nasza wspólna droga na zawsze i te sprawy. Przegrani więc na całej długości wróciliśmy na te nieszczęsne Krupówki, zjedliśmy gigantyczną zapiekankę, napchaliśmy dzieci lodami i z uśmiechem popatrzyliśmy na siebie, że jedno, co nam życiu nie grozi to nuda, a czyż to nie jest w związku małżeńskim najważniejsze?;)
A tak naprawdę to i tak było cudnie. Odpoczywaliśmy, pooddychaliśmy górskim powietrzem, zapatrzyliśmy się na te szczyty wysokie, napstrykaliśmy zdjęć ile wlezie i pobyliśmy wszyscy razem. Bo jakby nie było, to myślę sobie, że całe szczęście, że dziewięć lat temu On tam na tych kolanach, bo za żadne skarby świata nie chciałabym dziś już wszystkiego przemierzać tak na spokojnie. W końcu ten cały dziecięcy chaos to kwintesencja naszych wspólnych marzeń, to dokładnie to czego tak bardzo pragnęłam. I jakbyście gdzieś tam w przelocie mijali nas i mieli całkiem inne wrażenie, to to są tylko pozory, pozory kochani moi…;)
19 komentarzy