Myśli w niebycie.

by Home on the Hill
4 komentarze

Myślami w przód wybiegam, we wspomnienia je ubieram, dopasowuję, układam, szyję na wymiar. Tworzę w przerwie od tych wszystkich spraw, które mam na głowie. Otulam się ciszą i muzyką, planami, marzeniami. W przerwie tych rozmyślań zapisuję sobie, że jutro mają być na zielono ubrani do przedszkola. Głowa w chmurach, wiecznie przecina się z przyziemnymi sprawami. Co wcale nie przeszkadza ciągle w stronę tych banialuków ulatywać, tkać pajęczynę możliwości, rozciągać pragnienia, na głos przed lustrem je wypowiadać, w przelocie ładując kolejną pralkę. Czasem unoszę się pięć centymetrów nad ziemią. Zdobywam szczyty wysokie, przy okazji wypakowując z pasją kolejną zmywarkę.

Życie codzienne, obowiązki, jakieś listy do odhaczenia. A w tym wszystkim proste radości i kolejne wyzwania. Bosymi stopami trawnik przemierzam, rozkoszując się jego miękkością. Nad głową przelatuje bocian, chmury niedbale suną pocałunkiem wiatru pędzone. Układają się w różne obrazy. Jakby niebo tylko dla mnie je wymalowało. Dostrzegam w nich śmiesznego człowieka. Z długim nosem, zmarszczonym czołem i skrzydłami lekko nadszarpniętymi, ale jednak grubymi nićmi przyszytymi. Potem chmura się rozdziela, skrzydła odlatują, a człowiek jakby się rozmywa, dziwnie lżejszy, jakby te skrzydła go przygniatały, zamiast w górę unosić.

Sprawdzam jak pachną moje róże, w głowie już czytam kolejne strony książki, zastanawiając się, jak ta historia się skończy. Kot miaucząc ociera się o moje nogi. Wokół cisza. Spokój. Choć radosna i potrzebna czasem, to już marzę o jej przerwaniu. A gdy to nadchodzi, myślę sobie ile bym dała, żeby znów się do niej cofnąć, po raz setny prosząc, żeby się nie kłócili.

Tańczę sobie, tańczę pięknie, najpiękniej. Choć tylko w głowie, bo w rzeczywiście za grosz rytmu nie mam. Tańczę odkurzając i pisząc, tańczę tworząc kolejny projekt i już prawie zapisując się na ten kurs, na który jeszcze się nie zapisałam, choć obiecałam sobie to już, co najmniej dwa lata temu.

Mechanicznie naklejam plaster na nóżkę, mierzwię przy okazji złociste włosy i domagam się buziaka. Już biegnie, już sprawy go wzywają, o buziaku zapomniał. Za to Ona czarując uśmiechem, tak rozkoszna i duża już zarazem, tak piękna, przytula się do mnie, jak tylko Ona potrafi, swoją empatią każdy dzień buduje. Każdemu ją szczodrze rozdaje, o żadnych czyiś potrzebach nie zapomina. I skąd się u niej to wzięło? Nie wiem. Ale Ona to na pewno jakieś skrzydła dźwiga. Jej jednak z nimi lekko, po prostu taka jest. Cała z uśmiechu, ze zrozumienia zbudowana. I oby nigdy jej się to nie zagubiło.

Dalej marzę, myśli w niebyt wysyłam, zdania w głowie układam, obrazy przed oczami tworzę, co rusz kolejne barwy im dodając. Kilka razy mi się później spełniły, nic więc nie kosztuje spróbować. Póki mam te wewnętrzne farby, będę sobie szkicować, a co. Byleby mi tych marzeń nigdy nie zabrakło, bo pusto by mi bez nich było. Nawet jak się nie spełnią, to jakże cudownie jest się nimi ot tak otulać. Spełnione nigdy nie wiadomo jak będą smakować, może wcale nie będą takie jak się wydawało? Może za chwilę je w kąt odłożę? Może mi się zakurzą po chwili euforii, przestawię jej gdzieś, by były niewidoczne? A tak je sobie tylko wyobrażam, upiększam i te najważniejsze, dobrze przemyślane czasem ściągam, bo wiem, że są już idealnie dopracowane. Przemyślane pod każdym kątem, dopieszczone. Niektóre zostawiam na później. Kiedy będę miała czas porządnie się nimi zająć. A inne… Innych trochę się boję. To znaczy, jakoś tak ręki nie potrafię po nie wyciągnąć. Wiem niby jak, ale trzeba by było wyjść ze strefy komfortu… Nie te, zostawię na później. Aż napęcznieją. Będą pękate i wielkie jak różowy balon. Obym tylko zdążyła je zrealizować za nim pękną. No cóż, nie każde marzenie musi się spełniać. W końcu inaczej, do czego mielibyśmy wzdychać?..

Czasem marzenia z planami mylę. Cele pastelowymi kredkami maluję. Zamiast jak dorosły człowiek długopisem niebieskim, z wypisanymi punktami krok po kroku jak je zrealizować. To ja jak zwykle na około. Przez chmury. Przez banialuki. Zmywarkę ładując.

Zwykła ta codzienność. Często pośpiechem wypełniona. Czasem ciszą i spokojem, co jakiś czas nudą. Lubię ją w każdym wydaniu. Choć często marudzę. Na głos nie doceniam. To jednak w środku siebie bardzo, tylko gdzieś mi ciężko tę malkontentkę wyrzucić. Ale się postaram. Bo fajne jest to tu i teraz. Całe z codzienności i marzeń zbudowane. Niby szyte na wymiar, a czasem gdzieś coś się popruje. I te wszystkie łaty, nawet często niemiłe i trudne do przyszycia, tylko oryginalności i doświadczeń mu dodają.

Najpiękniejsze w całym swoim niedoskonałym wydaniu.

Zobacz również

4 komentarze

Wojslandia 29 lipca, 2019 - 11:56 am

Olu, Co z za cudny, poezyjny tekst! Miło mi się to czytało! Pozdrawiam 🙂

Odpowiedz
Home on the Hill 31 lipca, 2019 - 9:08 pm

Dziękuję… :*

Odpowiedz
Ania z Osobiedlamnie 30 lipca, 2019 - 11:38 am

Pięknie napisane!
Ja też jestem z tych niedoroslych, co zapisują plany pastelowymi kredkami
Pozdrawiam ciepło

Odpowiedz
Home on the Hill 31 lipca, 2019 - 9:09 pm

Aniu, mam jakieś przeczucie, że właśnie tak jest najlepiej :***

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Drogi Czytelniku, Chcielibyśmy poinformować, iż zaktualizowaliśmy naszą Politykę Prywatności. W tym dokumencie dowiesz się jakie dane osobowe mogą być przetwarzane oraz w jakim celu to robimy. Znajdziesz również informację jakie prawa przysługują Tobie w związku z przetwarzaniem danych. Aby móc w pełni korzystać z naszej strony, prosimy Ciebie o akceptację naszej Polityki Prywatności. Akceptuję Czytaj więcej