Tak trudno dzieckiem być.

by Home on the Hill
8 komentarzy

Beztrosko biegałam po lesie, szukając tam setnej kryjówki. Na drzewie rosnącym na szczycie wysokiej skarpy przywiązaliśmy grubą linę i zrobiliśmy huśtawkę. Do dziś pamiętam to niesamowite uczucie wolności, niebytu, kiedy nogi zwisały tuż nad przepaścią. Moja mama chyba by zawału dostała, jakby zobaczyła, co my wyprawialiśmy! Później z Sylwią starałyśmy się oswoić wielkiego wilczura, uwiezionego za płotem, wychudłego takiego, zaniedbanego, jakże my nienawidziłyśmy za to jego właścicieli… Biegaliśmy beztrosko, zaraz po szkole zostawiało się plecaki i biegiem na ulicę grać w klasy, gumę, jeździć na rolkach. Weekendy u dziadków, szeleszczący agrest między zębami, morze tuż na wyciągnięcie ręki. Plażowanie, zabawy na trzepaku, czytanie książek do nocy z latarką w ręku, żeby tylko rodzice mnie nie przyłapali. Wolność, swoboda… Och oczywiście, że wspomnienia teraz trochę to wszystko koloryzują. Było też odrabianie lekcji do późna, korki z matematyki, domowe obowiązki. Ale gdzieś w tym wszystkim był jakiś balans. Nikt nie wymagał za dużo, nie kazał za szybko dorastać, nie czytało się mądrych poradników, pozwalało się chować dzieciom samodzielnie. Nikt nie miał czasu nas wiecznie pilnować, odwozić na tysiące dodatkowych zajęć, nie panikował, że jak dziś nie będę znać pięciu języków, to żadna przyszłość na mnie nie będzie czekać. I jakoś tak naturalnie, mając takie dzieciństwo, a nie inne, pragnę podobnych rzeczy dla moich dzieci. Tej swobody, miejsca na wyobraźnię, zabawy, póki jest na to czas. Rozwoju przez ruch, przez poznawanie świata, budowanie relacji, zawiązywania przyjaźni. Właśnie to w tym momencie jest dla mnie najważniejsze.

Ostatnio wpadł mi w oko artykuł na temat tego, co powinno potrafić siedmioletnie dziecko. Nie były to żadne skomplikowane rzeczy, darowano sobie poziom angielskiego, pisania, czytania i liczenia do tysiąca, za to skupiono się na takich prostych, życiowych umiejętnościach. Na tym, że dziecko powinno wejść na drzewo, umieć rozróżniać zapachy, znać rośliny, ubijać mikserem śmietanę, oglądać gwiazdy, czuć się ważnym, umieć opowiadać swoje sny, biegać do utraty tchu i tym podobne… Z jaką radością się uśmiechnęłam, że w końcu coś normalnego. Bez przekładania swoich ambicji, bez kombinowania, po prostu zwyczajne umiejętności, łatwo przyswajane podczas beztroskiego dzieciństwa. A potem zeszłam do komentarzy… Tam panika. Dziecko w kuchni, na drzewie, przy ognisku?! Dziecko umiejące naśladować głosy ptaków? Ale jak to… Mnóstwo refleksji, że nad tym i nad tym trzeba popracować, że wydawało się, że na to jeszcze za szybko, że moja chodzi na tańce, karate, angielski i kiedy ona ma te drzewa rozpoznawać? Że, po co to komu? I do kuchni dziecko wpuszczać i o wielkim świecie opowiadać? Jak tu teraz, zaraz szkoła za zakrętem i my musimy czytanie ćwiczyć, zastanowić się, czy drugi język nie wprowadzić, a nie na żadne biwaki jeździć. Zdziwiło mnie to, zdziwiło cholernie. Bo przecież te wszystkie rzeczy najbardziej naturalne się być wydają, a mam wrażenie, że skupiamy się tak mocno na rozwoju tych dzieci, na włożeniu w nich tysiąca umiejętności, że w tym wszystkim zapominamy o podstawach, o tym, by nauczyć, a raczej pozwolić być dziecku dzieckiem.

Mam różnych znajomych, z różnymi wizjami świata i wychowania. Ale coraz częściej z przerażeniem obserwuję jak te małe dzieci są strasznie przeciążane. Lekcje angielskiego, francuskiego, pianina, w poniedziałek basen, we wtorek tańce, w środę języki, a potem szybko stamtąd na tenisa oraz balet. I oczywiście super, warto pokazywać dziecku różne możliwości, rozwijać pasje, ale na pewno nie kosztem wolności i swobody. Bo kiedy codziennie wraca do domu dopiero w okolicy dziewiętnastej, wykończone natłokiem obowiązków i jedyne, na co ma siłę to zasiąść przed telewizorem, to wtedy bardziej przypomina wykończonego czterdziestolatka niż szczęśliwego malucha.

Od pierwszych chwil wtłaczamy ich w jakiś pęd. Moja koleżanka jest przerażona tym, że jej dziecko będzie miało drugi język dopiero od piątej klasy. Zastanawia się nad prywatną szkołą, ona da zdecydowanie lepsze perspektywy. Trzy języki, milion dodatkowych zajęć, złota brama do świetlanej przyszłości. I oczywiście ma do tego prawo. Tylko ja się zastanawiam, czy jeśli od pierwszych chwil dziecko słyszy ciągle, że musi więcej i więcej, że nie ma czasu, że teraz już natychmiast, bo inaczej nic nie osiągnie, to czy na pewno dzięki temu dajemy mu szansę na lepszą przyszłość, czy raczej pewne załamanie nerwowe?

Pamiętam jak Maja poszła do przedszkola. Były tam różne dodatkowe zajęcia. Zapytałam jej, na co chce chodzić. Wybrała tańce, kółko teatralne, zajęcia z piłką. Był też angielski, ale Maja stwierdziła, że na to nie chce. Okej, nie ma sprawy. Jakież było zdziwienie ludzi wokół. Wybrałaś tańce zamiast angielskiego? Zabawy z piłką? Naprawdę pozwolisz jej na angielski nie chodzić? Przypomnijmy, że miała wtedy trzy lata. TRZY LATA! Czy naprawdę życie przegra, jeśli nie będą jej zmuszać na chodzenie na coś, na co nie ma ochoty w tym wieku?

To nie jest tak, że ja neguję dawanie dzieciom możliwości nauki, rozwoju. Ale najpierw dajmy im nauczyć się podstawowych rzeczy. Jestem pewna, że więcej wspomnień i zdolności, które przełożą się na całe życie, zdobędą na podwórku we wspólnej zabawie z dziećmi niż na lekcji fortepianu. Niech te dzieci biegają, piknikują, niech wracają całe błotem oblepione, przez godzinę oglądając mrowisko. Niech uczą się orientacji poprzez podchody, niech opowiadają sobie w grupie bajki, budują razem bazę, niech do wieczora jeżdżą na rowerze robiąc kolejną dziurę w spodniach. Niech po prostu żyję pełną piersią, unosząc się czasem w niebyt. Niech się ponudzą, niech ruszą swoją kreatywność, bez wiecznych wypełniaczy czasu. Niech się zmęczą świeżym powietrzem, niech sami przygotują jedzenie na swój piknik, niech całą bandą upieką ze mną babeczki i tańczą boso na trawniku do utraty tchu. Niech będą dziećmi tak po prostu.

Życie jest długie. Jest masa czasu na naukę, na dokształcanie się, robienie tysięcy kursów, a dzieciństwo trwa tyle, co trzepot skrzydeł motyla i czy naprawdę chcemy je dzieciom odbierać?

Trudno być dzieckiem w dzisiejszych czasach. Tyle wokół małych dorosłych. Jak dobrze, że kiedy zawisałam z tej huśtawki w lesie, kiedy podziwiałam bezkres wokół, nikt mnie nie wołał na lekcje baletu. Nikt mi nie przeszkadzał, bo tam mogłam poczuć, jakie życie jest piękne. Zasłuchać się w śpiew w ptaków, poprzytulać do drzew, znaleźć wartości, które towarzyszą mi do dzisiaj. Móc poczuć, a potem zrozumieć. Tak po prostu.

Zobacz również

8 komentarzy

Ewa 15 kwietnia, 2019 - 10:36 am

Uwielbiam takie wpisy. Mam podobne podejście do dzieciństwa choć czasami zasrmtsnawiwm się czy moje dzieci nie będą mieć gorszego startu ale wtedy szybko przychodzi oprzytomnienie. Dzieci chodzą tylko na te zajęcia dodatkowe na które chcą. Do niczego nie zmuszał, daję szansę na beztroskę i zabawę.

Reply
Dorota 15 kwietnia, 2019 - 11:08 am

Dzisiejsze „madki” są porąbane jak kilo gwoździ, chociaż były też takie i w moich czasach. Kiedy moja młodsza córka trenowała judo i jujitsu, jeździła po świecie na zawody i kosiła medale, moje starsze siostry i koleżanki z pracy mówiły że lepszy angielski. Nie mówię że nie, bo to ważna umiejętność. Wyjechała po gimnazjum do Wrocławia, dużo większego miasta niż moje historyczne zadupie, kończyć liceum, bo zabrali ją do kadry, skończyła też studia także podyplomowe, teraz ma dobrą pracę, własne mieszkanie i samochód, gdzie u nas w tym kurwidołku, że tak powiem, po studiach pewnie tyrałaby w sklepie, bo nie mam znajomości. Sportowcem nie została, bo zabrakło zdrowia, ale sport nauczył ją systematyczności i innych ważnych rzeczy. Starsza też robi co lubi, chociaż za dziecka wygrywała konkursy piosenkarskie. Też było, a po co. Nie słuchać innych, robić co się lubi. Życie jest tylko jedno.

Reply
puch ze słów 15 kwietnia, 2019 - 11:56 am

Dzień dobry. Moje zabawy w dzieciństwie to była bajka, eksplozja wyobraźni i kreatywności. Dziś tak nie ma… gdzie to się zgubiło? Pod jakim kamieniem ukryło? Za jakim drzewem skryło?… Byliśmy jak w szczęściu opalone dzieci… I mimo, że mniej było zabawek, gadżetów itp. To było więcej nas – dzieci. asia pozdrawia

Reply
pati 15 kwietnia, 2019 - 5:21 pm

najbardziej twórcze – pozwolić Dzieciom się NUDZIĆ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
z nudów powstają najwspanialsze pomysły!
dajmy przestrzeń i czas na nudę i dzieciom i sobie też…

Reply
Alicja 15 kwietnia, 2019 - 6:14 pm

Sama miałam beztroskie dzieciństwo, które miło wspominam. Na wiele wyrzeczeń i poświęceń przyszedł czas później. Jest pora beztroski i zabawy, pora nauki i pora pracy. Wszystko ma swój czas i we wszystkim trzeba zachować umiar

Reply
lavinka 15 kwietnia, 2019 - 9:54 pm

Po szkole podwórka puste, wszystkie dzieci na zajęciach dodatkowych. Smutne. 🙁

Reply
Ola 16 kwietnia, 2019 - 10:35 am

W punkt. Polecam książkę „Ostatnie dziecko lasu”.

Reply
trojenawalizkach 17 kwietnia, 2019 - 2:56 pm

Olu swiete slowa!!!!jestem przerazona jak wspolczesne przedszkolaki sa wypalone i przemeczone.Nie wspomne nawet swojej miny na widok sprawdzianu w przedszkolu,którym ostatnio w szatni przywital mnie moj 6latek!ja ze swojego przedszkola pamietam zabawy w sklepik,klotnie o bobasa,spacery do parku i karmienie przedszkolnego chomika.A potem zabawy do wieczora na podworku poki mama na.kolacje nie zawola…ehhhh szkoda.Minelo tak niewiele czasu a wszystko na glowie stanelo

Reply

Zostaw komentarz