Dzień za dniem.

by Home on the Hill
8 komentarzy

Nie lubię zimy. Nie lubię od lat, oprócz kilku momentów. Wirujących płatków na święta, radości dzieci przy pierwszym dotyku białego puchu, wyprawy na sanki i ich zarumienionych od mrozu policzków. Ale tak poza tym to nie znoszę jej. Nie potrafię się przekonać, funkcjonować bez słońca, pogodzić zbyt krótkim dniem. Tęsknię za wiosną, co roku wypatruję jej ze zniecierpliwieniem. A kiedy nadchodzi, gdy czuć w powietrzu w końcu tę rześkość, gdy drzewa się zielenieją, a wszystko na zewnątrz zamienia się w jedną wielką radość, to wtedy i za tę zimę dziękuję. Bo czy gdyby wiosna trwała cały rok to czy by cieszyła równie mocno? Czy bez tego głębokiego westchnienia i niedowierzania, że to już, że znów roztacza swe kręgi nad światem, tak mocno byłabym w stanie ją docenić? Nie sądzę. Ten moment, gdy bosymi stopami można przejść się po trawie, te pierwsze pąki kwiatów, słońce na twarzy, zapachy obłędne. Świat musi na chwilę zasnąć by znów móc uderzyć z pełną mocą. Bym mogła to chłonąć całą sobą. Nie lubię zimy. Ale dzięki niej jeszcze bardziej doceniam ukochaną porę roku. Jest więc drogą do niej, dzięki której bardziej cieszy, staje się widoczniejsza, piękniejsza, jest tym na co uwielbiam czekać.

Rutyna. Dzień za dniem. Buziak o poranku, pierwszy łyk kawy w pustym domu. Moje palce na laptopie, zalegające maile. Kilka wciąż zmieniających się projektów. Potem szybkie porządki, czasem zakupy, spotkanie z kimś i wyprawa do przedszkola. Nasze powroty. Płacz, bo Ona ma Jego zabawkę, a On wchodzi do jej pokoju. Całus w stłuczone kolanko, znów afera przy obiedzie, aby zjedli cokolwiek, co jest koloru zielonego. Kąpiel, czytanie książeczek, a później zapadanie się w wygodną kanapę. Jakiś film, serial, zielona, parująca herbata w kubku. Dzień za dniem przecieka niezauważalnie. Obowiązki, drobne przyjemności, poniedziałek goni kolejny początek tygodnia, w kalendarzu nic nieznaczące kartki przekładam, gdybym ten kalendarz rzeczywiście miała, a nie nijaką aplikację w telefonie. Poranek – wieczór, rożne nazwy dni tygodnia, różni ludzie, podobne godziny. Rutyna, czasem bezpieczna, częściej nużąca. A potem nagle gra piosenka, przenoszę się do innych czasów. Stoję na środku sali, mam na sobie ołówkową spódnicę i dopasowaną, białą koszulę. Jestem w swoim żywiole. Dużo mówię, inni słuchają, A. w grubym notesie notuje każde moje słowo, później przez godzinę będziemy omawiać, co mogłam powiedzieć inaczej, co było dobre, a nad czym trzeba popracować. Dużo wyjazdów, dorośli ludzie, a wiecznie jak na koloniach. Hotelowe pokoje, wspólne wypady na miasto, On stojący na stacji kolejowej z różą w ręku i wyciągniętą dłonią po moją walizkę. Maleńkie mieszkanie. Plany, marzenia. Godziny rozmów o tym jak to będzie kiedyś i mimo, że tak fajnie, ciekawie, to jakaś tęsknotą za tą przyszłością, za tym dniem, który nadejdzie.

I nadeszło jutro. Szybciej niż się spodziewałam, choć wtedy wydawało się to tak długo. Buziak o poranku, pierwszy łyk kawy w pustym domu. Moje palce na laptopie, zalegające maile. Kilka wciąż zmieniających się projektów. Potem szybkie porządki, czasem zakupy, spotkanie z kimś i wyprawa do przedszkola. Rutyna. Moja. Wyśniona. Najpiękniejsza. Bo w tym wszystko, co najważniejsze. Bo są Oni, jest ten buziak, wolna głowa, praca i suma radości. Prostych. Bo jest cała droga, która do tego prowadziła i to w niej najczęściej tęskniłam. A teraz czasem przeklnę, czasem się znudzę, ale tęsknić nie muszę. Bo wszystko o czym marzyłam, mam tuż na wyciągniecie ręki. Otulam się tym moim życiem, bezpieczeństwem. Dziecięce włosy pachną najpiękniej, ich wyznania miłosne powodują najsłodsze emocje, ich uśmiechy sprawiają, ze każdy dzień jest tym najlepszym. A On nadal obok. Jak wtedy na tych dworcach, tak teraz tu w naszym domu, zawsze kiedy tylko potrzebuję, wyciąga tę dłoń w moją stronę. Pozwala na wszystkie moje szaleństwa. Remontuje dom, oddaje mi porcję ulubionych cukierków, razem ze mną tworzy tę rutynę, która jest najpiękniejsza. Jeszcze kiedyś będzie pęd. Może i znów ubiorę ołówkową spódnicę, ale pewnie wtedy zatęsknię do tych czasów, które są właśnie dziś, właśnie teraz. Bo z całą mocą i świadomościom wiem, że teraz dzieją się rzeczy najważniejsze. Jutro znów utknę w domu. Maję boli ucho. To nic, pewnie usiądziemy i znów będziemy na kartce rysować księżniczki. A wszystko inne będzie nieważne, nawet te projekty i zalegające maile. Bo teraz jest ich czas. Czas zbudowany z miłości, spokoju i kolorowego dzieciństwa, na które w każdym z tych zwykłych dni mam wpływ. W każdej sekundzie tej rutyny, w każdym poniedziałku i przełożeniu kartki w kalendarzu.

Lubię te życiowe drogi. Te znielubione zimy, które prowadzą do wiosny, te zwykle dni, które projektują najpiękniejsze chwile. Na dziś nie chcę większych zakrętów, zostawiam je na później. Dziś tylko marzę o wiośnie i o tym by cała reszta toczyła się tak jak do tej pory. By w tych wszystkich drobiazgach dostrzegać największy sens. By cieszyć się tym pierwszym łykiem kawy o poranku i wtulić w męskie ramiona wieczorem. A nawet i przekląć w środku dnia. Żyć po swojemu. Cieszyć oddechem i dziękować za to, że nadeszło jutro, nawet jeśli będzie takie samo jak dzisiaj.

Zobacz również

8 komentarzy

Olgierd Piotrowski 8 lutego, 2019 - 10:07 am

Pięknie napisane! Ja stwierdziłem kiedyś, że skoro tak ciężko jest mi się zorganizować zimą, to może postaram się zrobić wszystko, by ją polubić? Tak zrobiłem, doceniałem wszystko czym obdarowuje nas zima i jakoś tak z przyzwyczajenia do konieczności jej polubienia, polubiłem ją naprawdę 🙂 Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi 🙂

Odpowiedz
Home on the Hill 12 lutego, 2019 - 10:42 am

O tak, masz rację i chyba też muszę w końcu zmienić do niej podejście, ale siła przyzwyczajenia jest wielka:) Dziękuję za komentarz i pozdrawiam ciepło.

Odpowiedz
Ewa 8 lutego, 2019 - 3:14 pm

Pięknie napisane

Odpowiedz
Home on the Hill 12 lutego, 2019 - 10:42 am

Dziękuję, takie komentarze skrzydeł dodają :*

Odpowiedz
puch ze słów 9 lutego, 2019 - 2:44 pm

Witam, już do wiosny niedaleko, luty jest pierwszym miesiącem, który ma w sobie nadzieję nadchodzącej wiosny, ma klucz który pomalutku otwiera furtkę do świata Pani Wiosny. Natomiast ja lubię zimę, lubię każdą porę roku, zdaję sobie sprawę jak każda z pór roku jest po coś i jest potrzebna, jak genialnie zostało to wymyślone Odgórnie 🙂
P.S. Mimo, że dziś mamy inne zdanie ( inne upodobania) to dzisiejszy Twój wpis czytałam z przyjemnością i zadumą i z wieloma rzeczami się zgadzam i dziękuję za te słowa.

Odpowiedz
Home on the Hill 12 lutego, 2019 - 10:43 am

Ależ pięknie napisałaś, i masz rację luty to taki klucz, u mnie krokusy zaczynają wychodzić z ziemi, ciekawa jestem kiedy zakwitną:) Uściski Kochana, miło mi bardzo, że tu zaglądasz :*

Odpowiedz
Maria 11 lutego, 2019 - 9:56 pm

Piękny tekst Olu. Można się nad nim zadumać…
Zima jest potrzebna, a zmiany cieszą, mobilizują, dodają barw tej naszej „kochanej rutynie”.
„Otulać się życiem”, które sami konstruujemy, a jeszcze czuć się w nim tak bezpiecznie – to dopiero osiągnięcie.
Olu, czy oglądałaś film „About Time” ? Twój tekst właśnie mi go przywołał.
Dobranoc
Pozdrawiam serdecznie
M

Odpowiedz
Home on the Hill 12 lutego, 2019 - 10:44 am

Oglądałam, uwielbiam!!! Nawet nie wiesz jak mi miło, że mój tekst skojarzył Ci się właśnie z tym filmem :**

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Drogi Czytelniku, Chcielibyśmy poinformować, iż zaktualizowaliśmy naszą Politykę Prywatności. W tym dokumencie dowiesz się jakie dane osobowe mogą być przetwarzane oraz w jakim celu to robimy. Znajdziesz również informację jakie prawa przysługują Tobie w związku z przetwarzaniem danych. Aby móc w pełni korzystać z naszej strony, prosimy Ciebie o akceptację naszej Polityki Prywatności. Akceptuję Czytaj więcej