fbpx

Wiosenna energia, nowa miłość oraz konkurs – wygraj wymarzony rower od Le Grand!

by Home on the Hill

Każda pora roku pisze dla mnie indywidualne scenariusze. W maju wszystko w końcu zakwitło, wokół pachnie obłędnie aż nie sposób siedzieć w domu. Podziwiam sobie te krajobrazy, zachwycam się pąkami, cudownie jest czerpać energię z natury, słońca, wszystkiego co wokół. Wciąż pracuję nad coraz zdrowszym trybem życia, nad pewnego rodzaju wewnętrzną harmonią i sprawia mi to wiele radości. Dziś mam dla Was też wielką niespodziankę! Nawet nie wiecie jak szeroko się w tym momencie do Was uśmiecham, na końcu wpisu bowiem czeka konkurs z niezwykłą nagrodą. Niosę Wam cudny rower Virginia 3 od Le Grand do wygrania. Zdecydowanie pomoże każdemu w czerpaniu jeszcze większej radości z obecnie panującej pory roku.

Widok zza okna co dzień przywołuje mnie, sprawia, że mam ochotę nic innego nie robić, tylko dotykać stopami zieloną trawę, wystawiać twarz do słońca. Ogólnie muszę się przyznać Wam do tego, że ze mnie to taki typ leniwca. Zawsze potrzebuję jakiś dodatkowych bodźców do tego, żeby działać. Żaden ze mnie sportowiec, ba, ja nigdy w życiu nawet na siłowni nie byłam! Największą aktywność zawdzięczam swoim maluchom, za którymi wiecznie muszę biegać. Ale od kilku miesięcy zaczynam przywiązywać coraz większą wagę do swojego stylu życia. Do tego jak się odżywiam, do ruchu, do tego by zadbać o siebie tak po prostu. I tu nie chodzi o żadne diety, o wysiłek fizyczny, aby schudnąć itd., nie, mi zależy po prostu na zdrowiu. Mam wokół siebie ludzi, którzy bardzo mnie do tego motywują, którzy sprawiają, że płynie od nich po prostu dobry przykład. Wiosna to idealny czas na to, aby pozmieniać swoje złe nawyki, aby zacząć działać. Z większą uważnością do tego podchodzę, nie zmuszam się a po prostu czerpię radość.

Tak samo jak z naszą kuchnią, ciągle eksperymentujemy, odkrywamy nowe składniki, staramy się zapraszać jak najwięcej zdrowia na te nasze talerze. Nadal kocham czekoladę i lody o każdym smaku, ale oprócz tego, zjadam dziennie o wiele więcej witamin niż kiedykolwiek wcześniej. I tak jak wcześniej pisałam, do wszystkiego potrzebuję pewnych bodźców. Nie potrafię zmusić się do fitnessu, chodzić na siłownię, ćwiczyć w domu z Chodakowską. Ale kiedy za oknem tak cudnie to po prostu nie sposób się nie ruszać. Dlatego też dla mnie najbardziej optymalne są długie spacery, czy też ostatnio rowerowe wycieczki. To chyba najbardziej przyjemna możliwość ze sportowych aktywności. Wiatr we włosach, promienie słońca wokół, nawet krótka wyprawa do warzywniaka może sprawić wiele radości. U Mai w przedszkolu trwa miesiąc ruchu, wszystkie dzieci przyjeżdżają na hulajnogach, mój Mąż postanowił też odstawić samochód i do pracy jeździć na rowerze, nie mogę więc być gorsza. Nawet nie chcę! Bo uwielbiam, kiedy endorfiny szaleją, kiedy na tym rowerze zwiedzam różne zakątki, kiedy serce szybciej bije. Mając w posiadaniu takie cudo nie sposób z niego nie korzystać.

Kocham piękno, uwielbiam otaczać się tym co ładne, co mnie inspiruje, co sprawia, że się na widok tego uśmiecham. Lubię rzeczy pięknie wykonane, w których widać czyjeś serce, czyjąś włożoną pracę w detale, w każdy najmniejszy szczegół, tak abym ja później mogła się tym cieszyć tak po prostu. Rower Le Grand Virginia 5 to moja nowa miłość, naprawdę:) Jak bym miała w głowie wymyślić dla siebie idealny rower, to dokładnie tak by wyglądał, co do najdrobniejszego szczegółu. Ba! W życiu bym sama takiego cuda nie stworzyła, nawet i w swojej wyobraźni. Jest taki retro, romantyczny, kojarzący się z wiosną, słońcem i wszystkim tym co radosne. Uwielbiam ten wiklinowy kosz, te skórzane wykończenia, ten różowy dzwonek, którego Majka mi zazdrości najbardziej na świecie. W dodatku naprawdę się na nim dobrze jeździ, spokojnie daje radę nie tylko w mieście i na ścieżkach rowerowych, ale i na leśnych dróżkach świetnie się spisuje. Ma aż siedem biegów, więc i pod górę prawie jak po maśle;) To genialna jakość, no nie sposób się z nim nie zaprzyjaźnić.

Kiedy do nas przyjechał, od razu zaczęły mi się przypominać wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętam tę radość z mojego pierwszego rowerku. Nie mam pojęcia ile lat wtedy miałam, za to rower pamiętam idealnie. Żółty z niebieskimi wstawkami i czerwoną trąbką, którą jak nacisnęłam to pół Sopotu mnie słyszało. Dziadek przyczepił do niego długi kij i mnie na nim prowadził. Czasem puszczał a ja nie mając o tym pojęcia sunęłam jak głupia, radośnie, bez problemu. Ale kiedy zrobiliśmy to oficjalnie, zostało powiedziane, że teraz jestem już duża i dam radę sama jechać, to momentalnie wjechałam w drzwi dziadkowego garażu nabijając sobie wielkiego guza;)) Chyba nie ma człowieka, który by z dzieciństwa nie miał jakiś cudnych rowerowych wspomnień. Wycieczki z rodzicami na nadmorskich alejkach, przemierzanie lasu z dzieciakami, rowerowe wyścigi przy pobliskiej operze, odrapane kolana, zniszczone nowe spodnie, z których nie zdążyłam się przebrać, a już przyjaciele na rower wzywali i tylko potem strach jak ja Mamię tą dziurę w tych spodniach pokażę;) I najważniejsze, czysta autentyczna radość, beztroska, wiatr i uczucie lekkości. Jak patrzę teraz na moje dzieciaki szalejące na tych swoich rowerkach, wiecznie bijące rekordy prędkości to uśmiecham się do nich szeroko, bo ja tak doskonale wiem, co Oni odczuwają, wiem, bo to nie przemija, bo jeśli tylko chce się, to może cieszyć zawsze, z równie wielką siłą…


konkurs – wygraj wymarzony rower od Le Grand!

Wiosna, słońce, uśmiech i dużo więcej czasu spędzanego na świeżym powietrzu. Nic tak dobrze się w te wiosenne klimaty nie wpisuje jak wymarzony rower. Tak więc jak obiecałam, tak jest; czas na konkurs!! Ogromnie się cieszę, bo uważam, że nagroda jest piękna. Do wygrania rower Virginia 3 marki Le Grand o wartości 1599 zł. Model występuje w dwóch kolorach; morskim i burgundowym. Sama nie wiem który piękniejszy;) Kto ma ochotę na długie wycieczki, na pikniki, na rowerowe ekspedycje?

Kochani to co właściwie trzeba zrobić, żeby wygrać? Sprawa jest całkiem prosta. Chciałabym po prostu posłuchać trochę Waszych wspomnień. Wystarczy zostawić komentarz pod tym wpisem i napisać jakie jest Wasze pierwsze rowerowe wspomnienie. Co się wtedy wydarzyło, jak to wyglądało, co czuliście, jakie emocje Wam towarzyszyły, jak przygoda na Was czekała?.. Już nie mogę się doczekać tych Waszych opowieści!

Regulamin

  1. Czas trwania konkursu 08/05/2017 – 22/05/2017
  2. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi maksymalnie w terminie do 12/06/2017r. Zostanie on wybrany na podstawie najciekawszego komentarza zostawionego pod wpisem https://homeonthehill.pl/2017/05/wiosenna-energia…ny-rower-legrand.html
  3. W konkursie zostanie wyłoniony jeden zwycięzca.
  4. Zadanie konkursowe polega na tym, aby w kilku słowach napisać o swoim pierwszym rowerowym wspomnieniu.
  5. Udostępnij ten post bądź konkursowy plakat na tablicy FB lub swoim blogu. 
  6. Nagroda to rower Virginia 3 marki Le Grand
  7. Organizatorem konkursu i fundatorem nagrody jest firma Le Grand
  8. Cały regulamin dostępny TUTAJ.

Życzę Wam jak najwięcej energii i uśmiechu. Otaczajcie się pięknem i tym co sprawia radość, dbajcie o siebie, nie ma nic ważniejszego w tym życiu niż zdrowie. Mam nadzieję, że nasz dzisiejszy konkurs Wam się spodoba, trzymam za Was kciuki, śmiało bierzcie udział, bo warto, życzę powodzenia!:)


Wyniki

Czas na wyniki! Ilość zgłoszeń przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. Wasze opowieści wzruszały mnie, rozśmieszały, wywoływały lawinę emocji, ogólnie jesteście niesamowici!:) Cieszę się ogromnie, że tak wielu z Was postanowiło powalczyć o cudny rower.

Nie przedłużając, nagroda trafia do Autorki tego komentarza:

KASIULAMaj 17, 2017 at 9:47 pm

Moje wspomnienie pielęgnuję w moim sercu wiele lat.
Mały beżowy rowerek, mała czteroletnia dziewczynka w kucykach z czerwonymi kokardkami…i ten duży, mój ukochany Tata.
Pamiętam jak biegł za mną i trzymał z tyłu kij od szczotki. Ciągle słyszałam Jego głos, jak świetnie sobie radzę. Byłam ukochaną córeczką Tatusia, który czekał na mnie bardzo długo…
I gdy po raz setny puścił rower od razu poczułam, że nie biegnie za mną.
– Tato tsymas?
– Tato tsymas???
No i się odwróciłam…
– Tato nie tsymas!!!
I spadłam. W jednej sekundzie Ten Duży był przy mnie. Wziął mnie na ręce i biegł ile sił w długich nogach. A ja wrzeszczałam ile sił w czteroletnich płucach.
Mama widząc ogromną śliwkę na czole pobiegła do lodówki. Urywając drzwiczki od zamrażarki wyrąbała siekierą kawałek lodu i podeszła do mnie. Ja widziałam tylko tę siekierę. I powiedziałam tekst wspominany na każdej rodzinnym spotkaniu.
– Nie zabijajcie mnie!!!
Taty nie ma z nami 25 lat. Nie widział jak dorastam. Nie poprowadził mnie do ołtarza. Nie widział jak się rozwodzę. I nie poznał swojej jedynej wnuczki, której z pewnością by strugał koniki z drewna. Dlatego pielęgnuję to wspomnienie z Tym Dużym, beżowym rowerkiem i małą dziewczynką w kucykach z czerwonymi kokardkami…

Gratuluję serdecznie i wszystkim Wam dziękuję pięknie za udział w naszym konkursie. Zwyciężczynię proszę o kontakt na maila ola.papinska@gmail.com

Zobacz również

383 komentarze

Kasia 8 maja, 2017 - 9:23 am

Ale cudne te rowery! Piękne zdjęcia, a do konkursu oczywiście zgłaszam się. Moje pierwsze wspomnienie to kiedy Tata uczył jeździć mnie na dwóch kołkach, a później nasze wspólne wycieczki w każdą niedzielę. Pozdrawiam 🙂

Odpowiedz
Monika 9 maja, 2017 - 10:04 pm

Moje pierwsze wspomnienia i emocje z rowerem w roli głównej należą do tych niezatartych, które pozostaną ze mną na zawsze… To wryty w pamięć obrazek czteroletniej dziewczynki o wyglądzie blondwłosego, usmotruchanego, małego aniołka ze zdartymi niezliczoną ilość razy kolanami, będących wynikiem konfrontacji ze żwirową drogą przed domem, która na żółtym rowerku o wdzięcznej nazwie Reksio, pierwszy raz poczuła niezmierzone szczęście, bo dodatkowe dwa kółka i kij do prowadzenia przez zaangażowanego w naukę jazdy tatę, stały się zbędne…Tak narodziła się moja miłość do jednośladu trwająca do dziś 🙂

Odpowiedz
wiesia 17 maja, 2017 - 5:05 pm

Mój rower? Wstyd się przyznać,ale nigdy go nie miałam,co nie znaczy,że nie jeździłam.Pamiętam jak kupił tata rower dla moje starszego brata.Do szkoły mieliśmy trzy kilometry,więc rano siadałam na ramę i razem podróżowaliśmy po tak zwanych „kocich łbach”.Rower był bardzo duży…najpierw uczyłam się jeździć na jednym pedale,po zaliczeniu kilku przewrotek,gdy już równowagę prawie opanowałam zaczęłam uczyć się jeździć pod ramą.Poobijane kolana,nieraz wkręcone spodnie w łańcuch,ale frajda była ogromna.Często opowiadam wnukom, jak kiedyś wybraliśmy się rowerem na przejażdżkę,ja oczywiście na ramie,młodszy brat na bagażniku,a starszy kierował-z tej radości zapomnieliśmy,że na piecu została patelnia ze skwarkami,na której miały być smażone jajka.Mój Boże! Do końca życia nie zapomnę zadymionego domu,ale i tej wspaniałej rowerowej przygody.Wczoraj mój starszy brat skończył 60 lat…jak ten czas leci…

Odpowiedz
Margo 22 maja, 2017 - 6:50 pm

Wychowalam się na wsi,w warunkach…no cóż,krotko mówiąc niezamożnych. Kiedy mialam kilka lat,przybyła do naszych wrót piękna pani,młoda,w żółtej bluzce i dlugich rozwianych włosach,pamiętam jak dziś,a w dodatku na rowerze. Była piękna i ona i rower,szukała drogi na pole namiotowe, weszla do nas do domu,a rower postawila pod nim. A ja jak taka boża sierota zaczęłam go dotykać i oglądać. Błyszczał się,miał koła grubsze od moich chudych nóg i miał z tyłu koszyk. Jakim to zawiało luksusem,byl cudny,nowoczesny,taki sie wtedy wydawal jak z bajki. Pomyślałam wtedy,ze jak dorosnę,chcę być taką piękną panią i mieć taki sam rower. Takie to miałam marzenie,aż o nim zapomniałam a dziś mi wspomnienie wróciło, niestety doroslam i nie jestem taką piękną panią,ale rower mogę mieć!

Odpowiedz
Klaudia 17 maja, 2017 - 7:35 pm

Pierwsze wspomnienia i tym samym najlepsza radocha po dziś dzień dla moich dziadków i całej rodziny, to prezent – milionowe świecące kolory w letnim słońcu na nowym rowerze. ” Bombix ” – bo tak się zwał do dziś jest wielką legendą, ponieważ jak dziś pamiętam moje pierwsze utrzymanie równowagi na nim… Pedałowałam z wielkim zacięciem Byłam najszczesliwsza osoba pod słońcem gdy cała rodzina patrzyła jak SAMA dumna jadę a tata juz nie utrzymuje mnie z tyłu w pozycji pionowej Jednak radości był i koniec gdy patrząc w stronę rodziny po mojej lewej stronie nie wychamowalam i wpadłam w krzaki: malin i borowek a gdy wstałam juz nie tylko rower był taki kolorowy :)! Hahaa Letnie wspomnienie do dziś żyje w mojej rodzinie.

Odpowiedz
Edyta 18 maja, 2017 - 4:06 pm

Moje maleństwo ma bardzo wrażliwą skórę dlatego jej pielęgnacja jest bardzo ważna . Nie zapominamy odpowiednio nawliżyć skóry dziecka ponieważ jest to podstawą pielęgnacji każdej skóry używam do tego kremów nawliżających dla dzeci , oczywiście do wanienki dodaje również olejki tak aby skóra mojej Karolinki była delikatna , ponieważ na dworze robi się coraz cieplej a lato za pas muszę chronić jej skórę przeciw słońcu do tego użwam kremów uv

Odpowiedz
Aga 18 maja, 2017 - 4:49 pm

Pierwsze rowerowe wspomnienie: impreza u babci, mały domek, ogromne podwórko. Kuzyn uczy mnie jeździć na rowerze. Podtrzymuje mnie, a kiedy oboje myślimy że już wszystko ogarnęłam, puszcza i jadę sama. Prosto w metalową bramę. Głowa stłuczona, dłonie i kolana zdarte. Nie da się zapomnieć! 😀 🙂

Odpowiedz
Magda 18 maja, 2017 - 9:42 pm

Moje pierwsze wspomienie zostawilo mi slady na twarzy do dzis. Kiedy nauczyłam sie jezdzic w koncu bez kólek bocznych jechalam z kolezanka droga wysypana drobnym kamieniem jak na tamte czasy z górki. Na dole górki było rozgałęzionie drogi w lewo i w prawo wiec trzeba bylo się zatrzymac. Tak się cieszylam predkoscia osiagnieta z gorki że pomylilam hamulce na kierownicy i nacisnelam przednie. Przepadlam przez kierownice i twarza uderzylam o ziemie. Kamyczki wbily mi sie w twarz i tak do dzis dnia mam piękne dziury juz tylko 2 po nich ale za to opowiadam mojej córce czego nie nalezy uzywac w rowerze i jak to sie konczy.

Odpowiedz
ANNA 18 maja, 2017 - 9:54 pm

Ałłł!!!! To najbardziej pamiętam. Miałam około 4 lat, oczywiście były też 4 kółka, obowiązkowo!, ale i te dwa boczne nie pomogły, kiedy ja zawsze odważna, poszłam jak burza po całej długości podwórka! Przecież rodzice zapewniali : ” jedź śmiało! Na czterech kółkach się nie wywalisz!” … yhyy, jasne!, przecież zawsze obalam to, co niemożliwe, od dziecka i zawsze na przekór! Oczywiście po trawie jeszcze jakoś mi szło, pamiętam, a rzecz jasna, wywaliłam się akurat na szutrowej ścieżce, jak już skończyła się trawa! No przecież cała ja! Hyhy Z kolana i łokcia lała się krew, łzy jak grochy, a wyłam głośniej, niż syrena strażacka OSP Buczyna! PMama przemyła moje rany, utuliła i pocieszała jak umiała. Z całego serca znienawidziłam swój pierwszy kanarkowy rowerek i obiecałam sobie, że nigdy więcej! Jasne, że kiedy kolano i łokieć się zagoiły, wsiadłam znowu, tylko teraz byłam już cwańsza i jeździłam tylko po pasie trawy. Przewracałam się jeszcze potem wiele razy, tak jak w życiu, ale zawsze potem otrzepywałam się i jechałam dalej. Tak jest do dziś, nie tylko w jeździe na rowerze. Bo przecieżtrzeba sięczasem przewrócić, żeby się czegoś nauczyć!

Odpowiedz
Angel.loves.dreams 18 maja, 2017 - 10:55 pm

Moje pierwsze wspomnienie rowerowe… Rodzice zabrali mnie w weekend na łąkę niedaleko pięknego zalewu. Był kocyk, był piknik (choć na tamte czasy to dużo powiedziane), były kanapki w wiklinowym koszu, byl kompot w termosie. W pewnym momencie tato gdzieś zniknął, wrócił po chwili prowadząc, tadaaaaaammmm, Mój Pierwszy Rower. Był piękny, beżowy mial maly bagaznik i dzwonek. Oprócz dzwonka dwa dodatkowe boczne kółka przy tylnym kole, ale i tak był piękny. Tato pomogl mi wsiąść na rower, pchajac mnie zrobiliśmy kilka małych kółek. Moje pierwsze rowerowe metry!!! Po czym zeskoczylam z roweru i sama zaprowadzilam go na koc. Rodzice byli zdziwieni moją reakcją. A ja poprostu nie chciałam by mu się te piękne koła ubrudzily, przecież były takie czyste, lsnily czystością. Do końca pikniku przesiedzialam na moim pięknym rowerze, zajadajac kanapkę, od czasu do czasu dzwoniac dzwonkiem i co chwile zerkajac czy aby na pewno wciąż stoję na kocu i kolka sie nie brudza Oczywiście, że rower „spał” ze mną w pokoju przez kolejne dni nikomu opowiadać już nie muszę

Odpowiedz
Agnieszka 19 maja, 2017 - 4:59 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie, które przychodzi mi do głowy to moja komunia, na którą dostałam upragniony rower. Oczywiście tego samego dnia już musiałam się przejechać wokół bloku, jednak rower był dosyć duży jak na moje uwczesne gabaryty więc po paru metrach wywinelam „orła” i z płaczem oraz zdartym kolanem wróciłam z „wycieczki”. Pamiątke z komunii mam do dziś, nie to nie rower, to blizna na kolanie. A rower pare miesięcy po komunii został skradziony z komórki 🙁

Odpowiedz
Paulina 22 maja, 2017 - 12:41 pm

Moja pierwsza przygoda z rowerem? Dostałam od dziadka stary rower, który był w kilku kolorach. Każda część miała inny kolor, nawet pedała były kolorowe. Od razu postanowiłam, że pojadę tym rowerem do szkoły, bo jest piękny. Bardzo podobał mi się tęczowy rower i byłam z niego bardzo dumna. Niestety podobał się mi, a ludziom ze szkoły już mniej. Wszyscy mieli górskie rowery w jednym kolorze z naklejkami, a ja kolorowy składaczek. Wszyscy się ze mnie śmiali i postanowiłam wtedy, że koniec jeżdżenia rowerem. Wróciłam do domu i go schowałam. Dziadek po jakimś czasie zapytał dlaczego nim nie jeżdżę i powiedziałam mu prawdę. Wtedy dostałam lekcję życia. Dziadek powiedział, że nie powinnam się przejmować ludźmi, każdy ma inny gust i jeśli ten rower mi się podoba, to powinnam nim jeździć. Może na początku nie rozumiałam jego słów, ale teraz wiem, że bycie sobą jest najważniejsze. Nie powinniśmy przejmować się opinią innych. Możemy jeździć kolorowym rowerem i nie przejmować się niczym.

Odpowiedz
EWELINA 33 22 maja, 2017 - 6:43 pm

Doskonale pamiętam swój pierwszy rower.”Odziedziczyłam”go po starszym bracie.Pamitam dzień w którym rodzice mu go kupili. .I jak mój brat dumnie wracał do domu jadąc na rowerze i dzwoniąc dzwonkiem całą drogę. A ja szlam z tyłu z rodzicami ze smutną miną i nutką zazdrości w sercu. Ale w końcu z niego wyrósł,a ja się doczekałam.W ogóle nie przeszkadzało mi, ze był”chlopiecy” Pamiętam że wówczas był to najpiękniejszy dzień w życiu. Wsiadlam na niego i ujezdzalam jak kowboj byka. I chociaż cały czas zrzucal mnie z „siodła” to nie poddawalam się i wsiadalam wciąż od nowa i nowa.Az w końcu okielzalam bestie. Wróciłam do domu z poobdzierana brodą , lokciami i kolanami, ale dumna bo tego samego dnia nauczyłam się jedzic.Przejedzilam na nim chyba z tysiące km, dostarczyl mi dużo niezapomnianych wrażeń i miłych wspomnień. Zawsze mile wspominam te beztroskie dni .

Odpowiedz
Iwona 22 maja, 2017 - 9:22 pm

Małe miasteczko – dla mnie pępek świata – późne letnie popołudnie, musieliśmy wracać do domu.
Mój pierwszy rower był mały, różowy i miał frędzelki zwisające z kierownicy. Mogłam się trochę poczuć jak lalka barbie. Pamiętam tylko, że wszyscy się za nim oglądali. Jazda na nim to była największa duma. Nikt w okolicy takiego nie miał. Wszystkie koleżanki chciały do dotknąć. To było największe wydarzenie. W tym dziecięcym światku byłam tylko ja i mój różowy rower z frędzelkami.

Odpowiedz
Gonia 8 maja, 2017 - 9:26 am

Muszę przede wszystkim powiedzieć, cudowne zdjęcia!! takie romantyczne i wiosenne:) szkoda, że dziś za oknem tak szaro…
Moje pierwsze rowerowe wspomnienie to mały różowy BMX, który dostałam od wujka zza granicy. Pamiętam jak wróciłam ze szkoły i stała wielka kartonowa paczka na klatce. Nie wiedziałam co to, wchodzę do domu a tam tata nawet szybciej wrócił z pracy. Zaraz wniósł karton do domu i otworzył. Radości było mnóstwo:) Potem jeździła na nim jeszcze moja siostra.

Odpowiedz
Olga 8 maja, 2017 - 9:31 am

Moje pierwsze wspomnienie z rowerem zostało nawet utrwalone na filmie 🙂 Miałam 3,5 roku i choć byłam mała, a film widziałam 1000 razy to właśnie ten rower nasuwa mi się na myśl, a właściwie dwa rowery bo na drugim uczyłam się jeździć i robiłam szybkie przesiadki niczym błyskawica 🙂 … główny rower był malutki, pomarańczowy jak pomarańczka z dodatkiem bieli i cienkich czarnych paseczków. Miał 3 koła i takie śmieszne cienkie, czarne paseczki. Pamiętam głównie jeden obraz, jak tata z zabandażowaną ręką, przed domem poprawia coś w naszym tzw. Maluchu ;-), ja zasuwam mając otwartą furtkę- na naszą polną drogę, na podwórko i tak w kółko. Dochamowuje sobie nogą i kręcę wiraże niczym Kubica 😀 Na sobie mam kolorowy dresik, miętowo- różowy, a na głowie berecik z antenką. Przy ogrodzeniu naszykowany jest mój drugi rydwan prędkości. Większy, zielony, z dużymi, grubymi kołami i oczywiście doczepianymi kółkami bocznymi. Szprychy ozdobione oczywiście kolorowymi koralikami. Tu teochę gorzej sięgałam do mechanizmu pedałów, ale co tam… zmieniałam co chwila pojazdy. I tak zasuwałam pół dnia między łąkami i polami, a podwórkiem dziadków pędząc jak struś pędziwiatr w przerwach popijając kompot z truskawek i wcinając kanapki zrobione przez babcię i wyglądając czy mama wraca już z pracy 😉 Choć mam tych wspomnień kilka to to jest pierwsze, potem były jeszcze 3 rowery, każdy miał swoją historię z którą wiążą się wspomnienia 🙂

Odpowiedz
JustynaK 8 maja, 2017 - 9:35 am

Moja przygoda z rowerem zaczęła się podobnie, od drewnianego kija zamontowanego do rowera, który mój dziadek pchał całą drogie do przedszkola i z powrotem. Jedak nie to wspomnienie najbardziej utkwiło mi w pamięci. Po stanie wojennym, gdy otworzono granice mój tata pojechał za zachodnia granicę po nowe auto. Sprowadził wtedy piękne, prawie nowe 😉 5 letnie złote Audi, na które latami z mamą ciułali. Był to chyba 1985 rok a ja właśnie odstawiłam te nieszczęsne boczne kółka. Tata zaparkował nowe auto pod domem a ja wjechałam rowerem w sam środek tylnego zderzaka. Efekt pokrzywione koło, zderzak do lakiernika i rozcięta warga. Bliznę pod wargą mam do dnia dzisiejszego a dzięki niej wspomnienie złotego Audii….

Odpowiedz
Gosia 8 maja, 2017 - 9:48 am

Pierwsze rowerowe wspomnienie jakie przyszło mi do głowy to bmx, którego „pożyczyłam” sobie bez wiedzy kuzyna. Moja wycieczka nie trwała długo bo jako mała dziewczynka nie zdając sobie sprawy, że normalny rower ma błotniki… Ten nie miał – wjechalam z rozpędu w ogromną kałuże… Do domu wracałam na piechotę, rower prowadząc obok… Cała ja w błocie, oczy zaklejone mazią z kałuży… Śmiech kuzyna… Bezcenny! 🙂 pozdrawiam

Odpowiedz
Marta 8 maja, 2017 - 9:55 am

hmmm, jakoś nie mam wspomnień z rowerem z dzieciństwa.. Za to jak już skończyłam studia kupiłam rower i zaczęłam organizować sobie wycieczki. Często samotne, bo koleżanki czasu nie miały a ja, z zadatkami na „starą pannę” wszak po studiach a ciągle bez tego jedynego…;) Na jednej z wycieczek ( nie rowerowej) poznałam mojego przyszłego męża, umówiliśmy się .. na rower i tak się poznawaliśmy na wycieczkach 😀 Moje wspomnienie dotyczy jednej z ostatnich wycieczek… Już po ślubie, maj, ale jeszcze dość chłodno. Po nieudanych próbach zajścia w ciążę wyjechaliśmy na wieś odpocząć. Wycieczka rowerkiem, jakiś sad z kwitnącymi jabłonkami, i leżąc na trawie myśleliśmy jak to będzie – rodzina bez dzieci… nie tak sobie to wyobrażałam. Ale przecież można spędzać czas inaczej, wycieczki, rower, wolność… jakiś plan był. A tu niespodzianka, pod koniec wakacji zaszłam w ciążę, przeleżałam wiele tygodni, urodziłam … bliźnięta… Kondycja zero, czasu brak, a rowery od tamtej wycieczki stoją w piwnicy…. trochę już stare. Dzieci tez z oporem jakoś uczą się na tych dwóch kółkach, ale dla nich mamy już rowery, mamy nawet hole do tych rowerów, czas odnowić wspomnienia i pojechać, może do tego samego sadu z jabłonkami, położyć się na trawie już w czwóreczkę i pomyśleć jak zaplanować wakacje 😀 Oj, długie to wspomnienie, ale musiałam skończyć bo inaczej byłoby smutnym wspomnieniem a tak jest i spełnienie i nadzieja:) ( a tak po cichu to marzę że może czasem uda mi się wyrwać i zrobić sobie taką wycieczkę taki pięknym rowerem sam na sam z mężem 😉 albo całkiem sama 😀 )

Odpowiedz
AgnieszkaB 8 maja, 2017 - 10:27 am

Pierwsze rowerowe wspomnienie..późne lata 80, szare blokowiska i mój śliczny czerwony rowerek 🙂 tak bardzo chciałam być „dorosła” i jeździć bez bocznych kółek, tak szczęśliwa kiedy się udało i tak dumna kiedy podniosłam się bez płaczu z wywrotki (nawet z żużlem wbitym w kolano). Dziecięca beztroska i radość!
Teraz taką radość widzę u synka, który śmiga na swoim rowerku biegowym, córeczka zacznie niedługo jeździć w foteliku. A więc chętnie zaopiekuję się tym cudem 🙂

Odpowiedz
Kasia 8 maja, 2017 - 10:33 am

A mój pierwszy i najbardziej fantastyczny rower to przepiękny, z długim siedzeniem i taką wysoką kierownicą koloru ciemno niebieskiego. Mogłam mieć może 4 lata i kiedy tata przytargał go na szóste piętro to od razu musiałam go wypróbować.
Ubrana w długą spódniczkę z koła, taką prawie cygańską(nie pytajcie dlaczego), zeszłam z tatą i dawaj. Jako,że byłam diabeł a nie dziewczynka, a kółek bocznych ów tower nie posiadał, tata podtrzymywał mnie, żebym się nie przewróciła i kiedy był pewien, że już sobie poradzę puszczał mnie. Boże, jak on jechał po tej szutrowej drodze. Kiedy moja pewność poruszania się osiągnęła maksimum i puszczałam się coraz dalej i szybciej oczywiście, długa i kolorowa kiecka wkręciła się w szprychy i łańcuch i runęłam przez tę wielką kierownicę. Łokcie krwawiące, broda poorana, spódnica potargana a ja choć tego już nie pamiętam pewnie uryczana. Rowerek został z nami bardzo długo i każdy nawet moja babcia z górki na nim jechała (przez to mega długie siedzonko). Zuzkę wspominam do dziś i pewnie jeszcze nie raz, będę opowiadać o niej swoim dzieciom.

Pozdrawiam Kasia

Odpowiedz
Natalia 8 maja, 2017 - 10:39 am

Rowery cudowne!Nie będę oryginalna jak napiszę, że wyglądają jak z retro filmów, marzenie….Oj ja bardzo długo nie potrafiłam jeździć na rowerze.Dostałam na swoją 1 Komunię Św rower z ramą, a że byłam zawsze niska ta rama bardzo mi przeszkadzała i mój Śp tata nie potrafił mnie na tym rowerze nauczyć jeździć.Byłam najstarsza na podwórku i tylko ja nie potrafiłam jeździć, było mi wstyd że dzieci tyle lat młodsze tak śmigają.I w końcu poprosiłam jedno dziecko czy pożyczy mi na chwilę swój rower, był to mały, poobdzierany składak.I co? Zaliczyłam jedno bliższe spotkanie z asfaltem i nauczyłam się sama jeździć.Rodzice przecierali oczy ze zdumienia a mnie rozpierała duma.Nie było wyjścia tata musiał szukać składaka…

Odpowiedz
Sylwia Janowicz 8 maja, 2017 - 10:46 am

Moja przygoda zaczęła się w czasach kiedy nie mieliśmy ani kamery ani aparatu a fotograf był jeden i przyjeżdżał na specjalne zamówienie.
Rower nie był mój , pożyczył mi go na chwilę kuzyn 🙂
Tata powiedział , że to proste, wsiadasz i już 🙂
Asekuracja była przez 10 metrów, potem juz sama gnałam przed siebie.
Emocje przeogromne, więc nawet nie zauważyłam , kiedy pojawił się stromy zjazd 🙂
Ale kto nie da rady , ja nie dam rady ?
Wioooo z górki na pazurki…….
Ten wiatr we włosach , to słońce……
Kto by się przejmował ze górka była osiedlowym chodnikiem a na końcu parkowała Ona: Nowiutka Syrenka ….
Wiec gnałam i gnałam i zastanawiałam się jak mam się zatrzymać, no bo tata powiedział wsiadasz i już , tylko zapomniał nauczyć hamowania.
No to zahamowałam …. centralnie na zderzaku.
Ja zwiałam , ale tata miał poważną rozmowę z właścicielem 🙂

Wydarzyło się to pewnego słonecznego dnia w lecie 1981 roku w Jastrzębiu Zdroju – rower marki Pelikan 🙂

Odpowiedz
Ala 8 maja, 2017 - 10:53 am

Piękny rower ♥ Miło by było odmienić na nim swoje pierwsze wspomnienie rowerowe 🙂 Otóż jako zagorzała 5 letnia fanka swojego starszego sąsiada postanowiłam się go posłuchać i nauczyć się jeździć na magicznych dwóch kołach. Oczywiście za moją zgodą odkręcił mi z mojego ścigacza dwa dodatkowe kółka, po czym wsiadłam na rower, przejechałam parę metrów… i spadłam ze schodów. Skończyło się na połamanej ręce i traumie, z której teraz się całą rodziną śmiejemy. Kolejna próba to oczywiście komunia na początku lat 90tych i zielona damka marki Romet – ahhh, wysłużyła swoje lata. I najlepsze ostatnie wspomnienie – zeszłoroczna wyprawa do Szwecji i eksplorowanie okolicznych lasów i jezior szwedzkim sposobem – oczywiście na rowerach. Niedługo przeprowadzka z miasta na wieś – jakieś dwa km na plaże – can`t wait, już widzę siebie na białym rowerze z koszykiem pełnym warzyw (oczywiście od okolicznych gospodarzy 😀 ) jadącą z córką okolicznymi szrutówkami na plażę 🙂

Odpowiedz
Chrabąszczyk_to_ja 8 maja, 2017 - 11:21 am

Pierwsze wspomnienie wiąże się z nauką jazdy na rowerze. Pomagał mi Tata, trzymając ręką za bagażnik. Gdy utrzymałam równowagę, szczęśliwa, że JADĘ (!!!!) wpadłam w krzaki z różami…
Od razu nauczyłam się jeździć i śmigam w najlepsze 😉

Odpowiedz
Paulina 8 maja, 2017 - 11:21 am

Ciężko przyznać ale na rowerze zaczęłam jeździć w sumie w wieku 8 lat. Moje pierwsze wspomnienia to takie, że mój brat nie chciał mi „przekazać” małego rowerku żebym mogła się uczyć, połamał go i dosiadanie roweru rozpłynęło się na parę lat. A naukę zaczęłam na jego BMX-ie i po Komunii dostałam rower z prawdziwego zdarzenia. I zostałam wielka fanką rowerów kiedy jeździłam nim do pracy w tamtym roku- rower narzeczonego. Aktualnie roweru nie mam, chyba że liczymy biegowy mojej 3 letniej córki

Odpowiedz
Krysia 8 maja, 2017 - 11:22 am

Jako, że jestem dzieckiem PRLu swój pierwszy, prawdziwy rower dostałam na komunię. Piękne, różowe, dziewczyńskie Wigry 3 z białymi oponami! 🙂 Jaka była radość, jaki szpan na dzielni, w końcu nie było to byle jakie Salto czy Romet. Do dzisiaj pamiętam jak ubłagałam rodziców, by pozwolili mi wyjść na pierwszą przejażdżkę w deszczu. Cudnie się rozjeżdżało kałuże 😉
PS. Wigry 3 i Virginia 3 byłaby z nich piękna rowerowa para 🙂

Odpowiedz
Alexa 8 maja, 2017 - 11:35 am

Cudowne zdjęcia ze wspaniałym jednośladem! Oczywiście marzy mi się taki, zwłaszcza że przechodzę teraz rewolucyjne zmiany w życiu, wraz z mężem zadbaliśmy o nasze zdrowie i od miesiąca jesteśmy na zdrowej diecie, a od jutra zaczynam nową pracę do której właśnie chciałabym jeździć rowerem! 🙂
Co do wspomnienia, jest jedno, bardzo wyraziste w mej pamięci. Ja, moja babcia i biały rower wigry 3 . To ona uczyła mnie jeździć na dwóch kółkach, mimo że była kobietą w stosownym już wieku i zapewne niełatwo było jej uganiać się za mną przez dwa bite dni w gorącym czerwcowym słońcu. Pamiętam jak bardzo cieszyła się gdy udawało mi się przejechać choć kilka metrów. Bardzo za nią tęsknię.
Pozdrawiam serdecznie!

Odpowiedz
Polka w Szkocji 8 maja, 2017 - 11:49 am

Na dwóch kółkach jeździć nauczył mnie kochany tatuś. Najlepszy tata ze wszystkich. Dzielnie trzymał kij, podnosił kiedy upadałam, przytulał, kiedy płakałam z bólu po stłuczonym kolanie. Pocieszał i wierzył, że Mi się uda. Jego wiara sprawiła, że i Ja uwierzyłam. Mogę. Potrafię i nauczę się.
Tatuś.. – Najdroższa i najważniejsza osoba w moim życiu – ukochany tatko.

Pozdrawiam serdecznie.

Odpowiedz
Daria 8 maja, 2017 - 11:58 am

Pamiętam to jak dziś. Gorące letnie słońce. Weekend. Cała rodzina w komplecie. Idziemy na spacer. My dzieciaki z rowerami, z których tata poodkręcał tylnie dodatkowe kółka. Mój brat jako bardziej sprytny w mig załapał jak się jeździ na dwóch kółkach. U mnie szło to nie co gorzej. Bałam się i ekscytowałam zarazem. Tak bardzo prosiłam tate aby biwgł przy mnie jak mnie puści samą na rowerze ale on nie posłuchał. Krzyczał że biegnie tuż za mną ale ja słyszałam, że jego głos się oddala. Gdy przerażona obróciłam głowę zobaczyłam machającego i śmiejącego się tate oraz mamę klaszczącą w dłonie. Ja jechałam SAMA! Przez chwike.. bo zaraz po tym straciłam równowagę i runełam jak długa na żwir 🙂 wspanałe czasy bez kasków i ochraniaczy z poobdzieranymi kolanami i łokciami. Takich wspomnień nikt nam nie zabierze 🙂

Odpowiedz
Natalia 8 maja, 2017 - 12:34 pm

Pierwsze wspomnienie z rowerem.. hm.. musimy dość długo cofnąć się w czasie. Z mama mieszkałyśmy w Warszawie, w małym mieszkanku i zawsze było ono za małe żeby rower się tam zmieścił.. a może patrząc z perspektywy czasu była to tylko wymówka na zbyt małe fundusze co rozumiem dopiero teraz ale dziecku jakoś ciężko to pojąć. Ale to nie jest smutna historia. Bo jak się o czymś marzy to wszystko jest możliwe. I tamte wakacje u babci na wsi. Gorace lato. I marzenie o rowerze bo wszyscy go mieli. I ktos powiedział że ma zepsuty, stary, niepotrzebny i zardzewialy. I potem 2 tygodnie szorowania, przecierania razem z dziadkiem w drewnanej stodole. I ta wycieczka bo błękitna farbe robioną z białej i jakiegoś proszku. I naklejanie łat na dętki ze śmierdzącym klejem. I koszyk wiklinowy którego babcia używała na grzyby przyczepiony do bagażnika z niebieską kokadką z jakieś starej zasłonki. Dopieszczony. Wyszorowany. Trochę pokraczny ale piękniejszy od wszystkich bmxów którymi popisywały się inne dzieci. Taki mój. Co prawda 2 razy za duży 🙂 i trochę mi zajęło zanim nauczyłam się na nim jeździć ale był przepiękny. Do tej pory stoi w stodole dziadków. I to była jedna z takich moich historii, która udowodniła mi w życiu że nie ma rzeczy niemożliwych. 🙂

Odpowiedz
Ewa 8 maja, 2017 - 12:40 pm

Lata ’90, wąska pusta uliczka na warszawskim Wiśniewie, dziadek, ja i rower – zielony „no name” składak, najprostszy rower świata. W powietrzu zapach bzów z okolicznych ogródków działkowych, na moim czole pot, na kolanach dziury, w oczach dziadka duma, że nauczył mnie jeździć na rowerze bez bocznych kółek i kijka. Słowa mamy na wieść o sukcesie: „matko bosko! Znowu spodnie do szycia!”, słowa taty „moja krew!”, słowa siostry . To jedno z moich wyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa w ogóle. Mam w głowie obraz tego roweru…

Dziadka już z nami nie ma, rower pewnie ma drugie życie jako żyletki albo puszki, mamie do dziś daję spodnie do skrócenia. Do dziś zostało mi zamiłowanie do jazdy na rowerze i miejsce w przedpokoju, w którym mogłabym trzymać ten piękny egzemplarz 🙂

Odpowiedz
Monika 8 maja, 2017 - 1:05 pm

Pierwsze rowerowe wspomnienie? Miałam chyba 4 lata i rodzice postanowili że już czas pozbyć się dodatkowych kółeczek podtrzymujących przy moim rowerku. Przesiadłam się na nieco większy rowerek, odziedziczony po kilku wcześniejszych pokoleniach młodocianych kolarzy. Pamiętam doskonale jak bardzo mi ta jazda… nie szła! Nie było na mnie sposobu. Nie potrafiłam utrzymać równowagi, wciąż biegałam ze zdartymi kolanami i łokaciami. Dodatkowo bardzo mnie to wszystko frustrowało gdyż jako prymuska już w przedszkolu wykazywałam się szybkim nabywaniem nowych umiejętności. W związku z tym że kolana bolały, rower nie współpracował a poirytowanie udzielało się też rodzicom, nieraz wyładowywałam się na niewinnym pojeździe i traktowałam go z buta 🙂 Pomógł dopiero mój cierpliwy i dziarski Dziadek. Otóż umieścił on między bagażnikiem a siodełkiem długi pręt do podtrzymywania i biegał za mną pomagając w utrzymaniu równowagi. Gdy już dobrze mi szło, udawał że wciąż biegnie ale puszczał pręt i jechałam sama. Był ze mnie bardzo dumny. Jestem niesamowicie wzruszona pisząc to, gdyż Dziadek wielu rzeczy mnie nauczył i zawsze spotykałam się u niego z cierpliwością i chęcią niesienia pomocy. To był wspaniały, inspirujący człowiek, bardzo mi go brakuje. Zostały mi po nim wspomnienia takie jak powyżej 🙂

Odpowiedz
Martuśka 8 maja, 2017 - 1:09 pm

Rowery kocham, ale od zawsze miałam z nimi przygody. Z pierwszym rowerkiem wpadłam do rzeczki podczas zimnej majówki. Taka chciałam być dzielna i przejechać przez kładkę na działce u babci…ale się nie udało. Rower był masakrowany, a ja miałam później anginę. Kilka lat później dostałam w spadku po starszym bracie wigry 3, które mój tato pomalował w barwne plamki i podpisał ramę „Tuśka”, bo tak na mnie wszyscy wołali. Tato chciał dobrze, a mi było wtedy wstyd pokazywać się z rowerem w dzielnicy. Dostałam też piękny rower na komunię, który ukradli mi dzień później. Rozpaczy nie było końca i rodzina zlitowała się nade mną zrzucając się na kolejny. Wracając kiedyś od przyjaciółki, która mieszkała pod miastem zepsuły mi się hamulce. Musiałam jechać szosą (głównie z górki) prawie 15 km. Dzisiaj rowerem jeżdżę codziennie do pracy, nie wyobrażam sobie bez niego życia. I nie myślę o tym, co jeszcze miałoby mnie spotkać przez niego lub z nim. To najlepszy środek transportu ever!
Ps. Pozdrawiam wszystkie rowerowiczki, które śmigają na rowerze w zwiewnych sukienkach. Jak ja 🙂

Odpowiedz
zuzia 8 maja, 2017 - 1:10 pm

Pierwsze wspomnienie jakie przyszło mi do głowy to nauka jazdy bez dwóch dodatkowych kółek. Byłam dzieckiem bardzo ostrożnym i właściwie każda nowa sytuacja wzbudzała we mnie dużo strachu (np. pierwsze wiązanie butów haha). Byliśmy wtedy w leśniczówce mojego wujka i sprawy w swoje ręce postanowił wziąć mój pradziadek, który miał wtedy grubo powyżej 80 lat (dalej jest z nami pełen wigoru i już przekroczył setkę). Zadowolony wziął rower i zaczął jeździć po całym ogrodzie i pokazywać mi jak to się robi. Cała rodzina z lekkim przerażeniem, ale i radością oglądała wyczyny dziadka (pewnie w duchu modląc się, żeby nie skończyło się to tragicznie). Ja też byłam zachwycona, ale mimo wszystko i tak się nie odważyłam i dalej jeździłam bezpiecznie ze wszystkimi czterema kółkami
Teraz na szczęście wyrosłam już z tego strachu przed nowymi rzeczami i od kilku miesięcy marzę właśnie o takim rowerze! Dzięki niemu mogłabym zabierać moją córkę na przejażdżki i pokazywać jej nowe rzeczy i dbać o to, żeby wyrosła na nieco odważniejszą dziewczynkę niż jej mama. 🙂
Pozdrawiam!

Odpowiedz
Justyna Zwolińska 8 maja, 2017 - 1:56 pm

Moje pierwsze wspomnienie hmm… pierwszy rower jakim jeździłam był zapewne po starszym rodzeństwie ale słabo to pamiętam. Natomiast pierwszy zakupiony przez rodziców rower to był górski rower z grubą ramą 🙂 ciemno zielony i niczym nie przypominał dziewczęcego ślicznego rowerka 🙂 ale taki sobie wybrałam (nie wiem co mną kierowało) 😉 Pojechaliśmy po ten rower na targ w czwórkę, nikt nie pomyślał że nie zmieści się do samochodu 🙂 Brat uratował sytuacje i przyjechał na ratunek 🙂 Pozdrawiam 🙂

Odpowiedz
Patrycja 8 maja, 2017 - 2:03 pm

Moje pierwsze wspomnienie to niebieski składak od kuzyna. Nie mogłam nauczyć się na nim jeździć, ale uparta ze mnie bestia więc nie dawałam za wygraną. Polna droga, mała górka – choć wtedy wydawała się jak górski szczyt. Zawlokłam na nią rower… trzy głębokie wdechy i ruszyłam. Udało się – trzęsącymi rękoma trudno było utrzymać kierownicę na piaszczystym podłożu, ale wiatr wiał w plecy i pomagał. Jednak to inne wspomnienie kilka lat później utkwiło w mojej głowie. Mając lat 9 może 10 spędzając kolejne cudowne wakacje w Borach Tucholskich u dziadków wygrzebałam ze starej szopy ogromny czarny rower – jak się okazało należał do mojego pra-dziadka. Rower był tak wielki i typowo męski, że ciężko było w ogóle na niego wsiąść. Kiedy w końcu udało mi się ruszyć okazało się, że nie bardzo wiem jak mogłabym się bez większego uszczerbku na zdrowiu zatrzymać. Jechałam więc polną drogą, mijając kłęby krzaków i rowy. W zasadzie nie wiedziałam czego szukam – nie pamiętam już jak długo jechałam, ale wtedy dla dziecka były to całe mile. Chyba po czasie nawet przestałam się denerwować, że nie wiem jak się zatrzymać bo zaczęłam podziwiać widoki jakich wcześniej podczas zwyczajnych spacerów nie widziałam. Wielkie rowy, bagna, las…Zrobiłam wielkie koło wokół pól otaczających wieś by w finale znaleźć się w pobliżu domu. Cały czas jechałam na stojąco ponieważ siodełko było za wysoko. To była wycieczka życia zakończona na płocie przy babcinym domu. Siniaki i zdarta skóra nie bolały. Pomyślałam wtedy, że pra-dziadek Bolek patrzy z góry i uśmiecha się do mnie.

Odpowiedz
Anna 8 maja, 2017 - 2:58 pm

Mój pierwszy „dorosły” rower – czytaj: na dwóch kołach, był trochę już przechodzonym sprzętem odziedziczonym po starszej siostrze. Mimo, że była to „damka”, nazywał się Karlik i O ZGROZO! nie był najmodniejszym w owych, zamierzchłych czasach, składakiem. Mój tata „wyszykował” to cudo dla swojej młodszej latorośli i zaczął zachodzić w głowę jak nauczyć mnie na nim jeździć. Rowerek bowiem nie miał miejsca, na wetknięcie w jego tylną część, najważniejszej części wyposarzenia, czyli kija. Postanowiliśmy jednak spróbować. Wsiadłam na rower, tato trzymał za siodełko i ruszyliśmy, to znaczy ja ruszyłam „z kopyta”, a mój rodziciel truchtem za mną…. Wytrzymał jakieś 50 m, po czym dostał zadyszki, puścił siodełko i krzyknął : ” a jedź sama…” i pojechałam…… kolejne 50 m, aż do samochodu, który jakiś niefrasobliwy kierowca zaparkował na mojej drodze, drodze młodej niedoświadczonej cyklistki. No cóż ci, którzy w owej chwili wyjrzeli przez okno, musieli mieć nieziemski ubaw, widząc frunącą przez kierownicę roweru dziewczynkę, której lot zakończył się w pozycji uroczo rozpłaszczonej żaby, na masce zaparkowanego auta, któremu na szczęście nić się nie stało. Ta przygoda, na szczęcie nie spowodowała u mnie trwałego uszczerbku na zdrowiu, ani traumy, ani nawet zbyt rozległych siniaków, ale metoda szkolenia młodych cyklistów mojego ojca oraz moja oryginalna technika jazdy na rowerze, była jeszcze długo przekazywana kolejnym członkom rodziny i znajomym jako „urocza” rodzinna anegdota.

Odpowiedz
Kasia 8 maja, 2017 - 3:02 pm

Pięknie Ci z pięknym rowerem 🙂
Moje wspomnienia z rowerami …pierwszy, metalowy, czerwony trójkołowiec z zabawną przyczepką z tyłu 🙂 ja mam 3 latka i śmigam wiejską drogą pod okiem babci 🙂 Może to dziwne, ale pamiętam ten rowerek 🙂
Mam 7-8 lat i mój rok młodszy brat uczy mnie jazdy na czerwonym Wigry 3 🙂 wszystko pięknie wytłumaczył, oczywiście zapomniał wspomnieć jak się hamuje :))) jest lato ja w krótkich spodenkach i kusej bluzeczce nie wiem jak zahamować i ląduję w wielkiej kępie pokrzyw :))) ciąg dalszy można sobie tylko wyobrazić 🙂
na szczęście nie zraziło mnie to do jazdy na rowerze i cały czas to, uwielbiam zwłaszcza wyprawy do lasu.
Natomiast ostatnie rowerowe wspomnienie związane jest z moim Synkiem :)) duma mnie rozpierała gdy nasz pięciolatek od tak po prostu wsiadł na rower bez bocznych kółek i pojechał przed siebie :)) jeździ z wielką radością, co cieszy nas ogromnie.
Marzy mi się taki retro rowerek, by nasze rodzinne wyprawy były jeszcze przyjemniejsze :))
Trzeba marzyć 🙂

Odpowiedz
Dusia 8 maja, 2017 - 3:27 pm

Moja przygoda z rowerem trwa nadal…..dużo, dużo lat wstecz, umówiłam się na majówkę i przyjechał na tak zwanym „ruskim” rowerze po mnie chłopak z którym żadna nie chciała jechać -[ oczywiście na ramie roweru] wiedziałam tylko że nie jest najlepszą partią………cichy, taki nie duży i jeszcze ten rower, ale co tam siła bycia na majówce była silniejsza…..usiadłam na tej ramie mało zachwycona………..jednak ten mało interesujący chłopak okazał się świetnym kolegą, ciepłym i pełnym radości , a co najważniejsze opiekuńczym- podczas ulewy jako jedyny oddał mi swoją bluzę okrył kocem [ reszta dziewczyn mokła obok przystojniaków] …odwiózł mnie do domu oczywiście na tym samym „ruskim” rowerze ale wracałam już cała w skowronkach…….ten mało interesujący chłopak do dziś od czasu do czasu wozi mnie na rowerze…………a ja kocham Go za to

Odpowiedz
Małgosia Es 8 maja, 2017 - 3:39 pm

W mojej głowie widzę właśnie swój pierwszy rower – czerwony „składak”.

Jeju, jak ten rower mi się straznie podobał! Chciałam nim jeździć codziennie i zwiedzić razem z nim każde znane mi miejsce. Był moim pojazdem, moim przyjacielem.
Kochany „składak” dał mi tyle pięknych wspomnień, a ja w zamian dalam mu tylko kilka zadrapań…
Jednak to najwcześniejsze wspomnienie, które widzę w myślach to moment, w którym nauczyłam się jeździć na rowerze. Mój tata kazał mi wsiąść i obiecał, że będzie tuż za mną i na pewno nie puści kija wbitegi w tył pojazdu. Obiecał, więc poczułam, że jestem bezpieczna, że mogę jechać. Gnałam przed siebie pedałując z prędkością światła. Czułam wiatr we włosach i ogromną radość w sercu, aż… Zorientowałam się, że jadę sama, bez pomocy, bez Taty! I wtedy poczułam ogromną dumę!
Potrafię!
Sama!
Jadę!
Umiem!!!
Odwróciłam głowę uśmiechając się do taty i… Bach!
Radość uwieńczył mój upadek.:)

To nic. I tak kocham to wspomnienie.
Dziękuję, że je mam i dziękuję, że mogłam sobie o nim przypomnieć :*

Odpowiedz
Madzik 8 maja, 2017 - 3:54 pm

Pierwsze wspomnienie z rowerem? Uwierzysz, że nie pamiętam dokładnie!? Jak przez mgłę, tylko detale – miętowy kolor ramy z naklejkami z myszką mickey, dzwonek, który był, jak mi się wtedy wydawało, najbardziej błyszczący i wydawał najgłośniejszy brzdęk spośród wszystkich dziecięcych dzwonków rowerowych w mieście, mój głośny śmiech, gdy mama pchała rowerek a ja nie musiałam pedałować i jej przestraszone oczy gdy po raz kolejny zaliczyłam glebę a z kolan lała się krew. Z Jej opowieści wiem, że wracała z pracy, wsadzała kij w rowerek z koszyczkiem i popołudniami latała po skwerkach i ścieżkach między plantami roślin przed blokiem w którym wtedy mieszkaliśmy, a wszyscy sąsiedzi siedzieli w oknach i się z nas śmiali, bo widok był komiczny, chyba byłam dość oporna w tym temacie. Teraz kiedy jestem dorosła lubię słuchać tej historii, patrzeć jak satysfakcja maluje się na mamy twarzy kiedy mówi „to ja nauczyłam ją jeździć na rowerze” <3

Odpowiedz
Wioletta 8 maja, 2017 - 4:09 pm

Boże jaki piękny! mam gęsią skórę jak na niego patrzę i nie mogę uwierzyć, że mogę o niego zawalczyć… a kto wie! A co mi tam – już widzę oczami wyobraźni jak jadę na nim przez moją wieś i wszyscy się gapią hi,hi z zazdrością oczywiście. No to do dzieła coś wam opowiem. Jeśli chodzi o mój pierwszy rower, to wcale nie muszę grzebać w pamięci bo szklą mi się oczy na samą myśl – a było to tak: Jestem najstarsza z rodzeństwa, więc nie mogłam dziedziczyć żadnego rowerka po starszym bracie czy siostrze a w domu w tamtych czasach ( tzn. lata 80 ) wszystkiego brakowało – pieniędzy też. Nauczyłam się cieszyć tym co mam i nie miałam jakichś szczególnych wymagań bo wiedziałam, że nas na to nie stać ( tak wynikało z różnych rozmów rodziców) więc się z tym oswoiłam. Ponoć jako dziecko wszędzie mnie było pełno, a że nie miałam w sąsiedztwie koleżanek w moim wieku a za to samych chłopaków to z kim się miałam przyjaźnić? A, że to wieś a rodzice zawsze czymś zajęci to sami musieliśmy się „upilnować”No to kąpiel w rzece niedaleko łapanie żab, no i wędrówki do pobliskiego lasku- siekierka za pas i heja. budowaliśmy takie domki, to była nasza ” baza’ tam omawialiśmy najważniejsze tajne sprawy he,he. Robinson Crusoe to przy nas pikuś. Było super. Pewnego dnia mój kuzyn ( 2 tygodnie starszy ode mnie notabene towarzysz mojej codzienności) dostał ROWER!!! Miałam jakieś 5, 6 lat i nie pamiętam marki. Pamiętam tylko,że był czarny i też chciałam mieć. Gdy poprosiłam tatusia, zgadnijcie co usłyszałam – ” na razie nie ma pieniędzy” Więc marzyłam i śniłam,że ja też mam. Mijały miesiące, minęło lato, jesień, przyszła zima a ja ciągle miałam w głowie jedno -rower, rower …. Pewnego niedzielnego poranka l, gdy leżałam jeszcze w łóżku rodzice przyszli i zaśpiewali mi 100 LAT – to były moje 6 urodziny. Wtedy tata powiedział, żebym poszła na ganek bo tam jest dla mnie prezent. Pobiegłam boso i co zobaczyłam???!!!!!!! Stał tam ON, niebieski składak z ogromną czerwona kokardą przywiązaną do kierownicy sznurkiem od snopowiązałki. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie potrafię wyrazić słowami, co wtedy czułam. Gdy przytuliłam się do taty płacząc ze szczęścia zobaczyłam łzy wzruszenia w jego oczach. Dziękuję tatusiu – powiedziałam. Doskonale to pamiętam. Była zima więc nie mogłam jeździć po podwórku bo niby jak po zaspach? Więc nauczyłam się jeździć wkoło stołu ha, ha ale jaka byłam dumna o tacie nie wspomnę. Boże w życiu tego nie zapomnę.

Odpowiedz
Renata 8 maja, 2017 - 5:54 pm

Olu !
Miałam nie komentować, ponieważ jestem chyba najmniej zainteresowana wygraną to ….jednak , chciałabym z całego serca podziękować Ci za wspomnienia , o których już prawie zapomniałam.
Otóż ja roweru swojego nigdy nie miałam, i niespecjalnie mam do kogokolwiek o to żal. Rower natomiast miała moja starsza siostra i razem jezdziłyśmy na nim tzn. Ona normalnie , jak rowerzysta na siodelku ,ja natomiast na bagażniku. Moja siostra miała jednak to do siebie , że jeździła po wszystkich dziurach i wystających kanałach w ulicy , co sprawiało mi , że tak powiem – ból. I nie to zrazilo mnie do jazd rowerowych , ale to , że pewnego razu przejechała ona po wielkim kanale i pojechała sobie dalej , a ja ….zostałam na środku ulicy z bagażnikiem między nogami !
Ta sama siostra uczyła mnie też jeździć na rowerze jak miałam bodajże ze 4 latka .
Jeżeli byłoby mi dane wygrać ten rower do chciałabym go dać mojej siostrze w podziece za wspomnienia .

Odpowiedz
Dominika Bodenko 8 maja, 2017 - 6:47 pm

Moje pierwsze wspomnienie jest dość traumatyczne.
Po kilkugodzinnych męczarniach nauki na wspaniałym jednośladzie, dumna niczym paw zakomunikowałam mamie, że oto jestem już rowerowym specem od jazdy wyczynowej!
Chcąc pochwalić się umiejętnościami rozpędziłam się jak tylko mogłam i niekontrolowanie wjechałam z impetem w wózek, w którym ucinał sobie właśnie drzemkę mój 5 miesięczny brat. Nasuwa się jedno pytanie, gdzie w tym czasie była Mama? No cóż moja rodzicielka jak przystało na rodzinnego kronikarza nagrała całe zdarzenie na kasecie… Koniec końców nikomu nic się nie stało, ucierpiała na tym jedynie moja duma. A brat do tej pory wypomina mi, że na pewno zrobiłam to celowo by się go „pozbyć”.
Pozdrawiam
Starsza Siostra Sadystka

Odpowiedz
Agnieszka 8 maja, 2017 - 6:55 pm

Czesc. Moja opowiesc pobije wszystkie;) ha ha ha teraz mnie to bawi ale wtedy byli calkiem na powaznie. Na imie mam Agnieszka i jestem osoba bardzo kreatywna…dzis spelniam sie jako florystka. Juz jako dziecko pomyslow mi nie brakowalo i wymyslalam przerozne zabawy. Pamietam moj nowiutki zolty rower „bambino” sie naxywal i byl prezentem wiadomo …. Na komunie. Pol dnia na nim jezdzilam az do wieczora. Kiedy zerwala sie burza ja nadal na nim jezdzilam w kolko na podworku bawiac sie w bezdomne dziecko nie majace dokad isc…. Do dzis pamietam te chwile …. I radosc z nowego rowerka;)))

Odpowiedz
Ewa Robakiewicz 8 maja, 2017 - 7:15 pm

W moim najdawniejszych wspomnieniach widzę nie jeden rower ale aż cztery. Dwa składaki Wigry rodziców, mój Flaming i mały Pelikan mojego brata. Musiałam mieć wtedy ok 8 może 9 lat. O jej! Czyli to wspomnienie ma już 40 lat. Nie potrafię podać jak dawno sięgam pamięcią do rodzinnych wycieczek rowerowych. Wiosna rozpoczynała sezon na pikniki i wycieczki. Tato pucował rowery, mama szykowała kocyk i prowiant. Wołały nas podmiejskie polne drogi i łąki. Czas pełen śmiechu i beztroski, czas spędzony z rodziną. I choć to już dawne wspomnienia i łza kręci się w oku z powodu odejścia taty, to wspomnienia tamtych rodzinnych rowerowych wycieczek przywołują uśmiech na twarzy. Doceniajcie takie wspólne chwile, spędzacie je ze swoimi bliskimi bo czy tak szybko mija…
Pozdrwiam
Ewa z Przytulnego Domu

Odpowiedz
Angelika 8 maja, 2017 - 8:38 pm

Piękny rower 🙂 Moje pierwsze wspomnienie to zapach smaru i długi , czarny łańcuch, którym byłam zafascynowana. Jak się szybko poruszał na ząbkach dużego koła, wystarczyło zakręcić pedałem…Zanim wsiadłam na rower obejrzałam go wnikliwie i gapiłam się w ten łańcuch jak oczarowana, w końcu zdecydowałam się go dotknąć. Czarna i tłusta maź, która została na moich palcach i białej, letniej sukience z kory, w różowe i fioletowe irysy .Rower był stary, pomarańczowy i zupełnie nie wiem skąd się wziął? Do dzisiaj pamiętam zapach tego smaru i jego lepki, czarny kolor. Potem był pierwszy nowy rower, składak Wigry, błękitny ze srebrnym dzwonkiem. Któregoś dnia wpadłam na pomysł, żeby zabrać na rowerowy spacer naszego psa, owczarka niemieckiego: że niby ja jadę a on biegnie koło mnie. Skończyło się saltem przez kierownicę, wielką dziurą na kolanie i pytaniem mamy : Dziecko, skąd ci to przyszło do głowy? Do dzisiaj mam bliznę poniżej kolana, uwielbiam zapach smaru i ten beztroski pęd z wiatrem we włosach, kiedy wydaje mi się, że mogę wszystko. Pozdrawiam wszystkie fanki rowerowych wycieczek.

Odpowiedz
Magda 8 maja, 2017 - 8:39 pm

Moje wspomnienie związane z rowerową przygodą zagłębia się do lat dzieciństwa. Gdzie do dziś pamiętam moją niebieską strzałę (niebieski składak z bagażnikiem, na którym woziłam wszystkie swoje przyjaciółki z osiedla.) Do czasu, aż nie odleciał. ;(
Co najważniejsze tak uwielbiałam swój mały niebieski rower, że mama sprawiła mi do niego niebieski dres!
Prawdę mówiąc, nie wiem co się stało z moim ukochanym rowerem, ale wspominam go z uśmiechem na twarzy.
Pozdrawiam,
Magda

Odpowiedz
Małgosia 8 maja, 2017 - 8:49 pm

Rower aż zapiera dech! Moje pierwsze rowerowe wspomnienie dotyczy podstawówki, to był moment prób nauki jazdy na rowerze brata:) Mieszkaliśmy przy bocznej, dziurawej, wiejskiej uliczce, z jednej strony był dość wysoki pagórek, na którym najwięcej było pokrzyw:P ale był świetny do „odpychania się”. Piękne były te początki: łapanie równowagi, brat podtrzymujący kierownicę, patrzenie na ruszające się pedały… Pamiętam też dumę, gdy już udało się załapać o co chodzi:) i ten wiatr we włosach hehe. Pamiętam też kilka wjazdów w krzaki:) Aż się uśmiecham na to wspomnienie, fajnie jest sobie przypomnieć swoje początki. To był bardzo fajny czas:) Pozdrawiam serdecznie!

Odpowiedz
Teresa 8 maja, 2017 - 8:52 pm

Moje pierwsze wspomnienie rowerowe? Dziadek mnie uczył, tata a mama spoglądała i kibicowała mi. Poczatki były trudne ale gdy już załapałam o co chodzi często wybierałam się rowerem na targ po świeże warzywa i owoce. Babcia mieszkała w domu, gdzie do najbliższego sklepu miała około 4 km. Robiłam jej zakupy, jeżdziłam rowerem po świeże pieczywo, sery, wędliny i owoce. Do dziś czuję zapach świeżego pieczywa i chrupiących bułek. Mój ulubiony przysmak to świeża bułka i pomidor prosto z krzaka. W bułce robiłam dziurkę wydłubując miąższ a do środka wkładałam świeżego, małego, lekko posolonego pomidora. Rety, jak to smakowało! Dziś już jedzenie tak nie pachnie 🙁 Gdyby nie rower na zakupy tak często bym się nie wybierała.

Odpowiedz
Marzena 8 maja, 2017 - 8:54 pm

Jedyne moje odległe wspomnienie rowerowe związane z wypadkiem.
Miałam ok 5-6 lat.Pojechałam na wakacje do babci. Dom babci położony był na wzgórzu do którego prowadziła droga brukowa. Obok babci w sąsiedztwie mieszkali moi wakacyjni koledzy Maciek i Tomek. Uwielbiałam spędzać z nimi czas. Mieliśmy mnóstwo dziwnych pomysłów które z entuzjazmem wprowadzaliśmy w życie. Zaplanowaliśmy na przykład kiedyś położyć kamienie na torach niedaleko domu babci żeby wykoleić pociąg. Wśród tych szalonych pomysłów były zawody rowerowe : kto z większym poślizgiem wejdzie w zakręt. Rozpędzaliśmy się ze stromej ulicy jadąc pełną torpedą a wygrać miał ten kto zachowa najwięcej zimnej krwi i wykaże najlepsze umiejętności starając się jak najmniej przyhamować na zakręcie. Chłopaki tak dawały czadu że jak przyszła moja kolej to uknułam swój plan w tajemnicy żeby wygrać że nie użyję wcale hamulca (spryciula 🙂 ). Rozpędziłam się z całej siły na starcie. Rower pędził po kostce brukowej jak szalony a kierownica drżała. Kiedy zbliżałam się do zakrętu prędkość była imponująca. Tuż przed zakrętem skręciłam kierownicą i…nie wyrobiłam. Wylądowałam na ogrodzeniu z siatki drucianej sąsiada.Na szczęście moje ekstremalne zawody zakończyły się dość szczęśliwie.Uderzyłam twarzą w ogrodzenie i na pamiątkę na całe wakacje a nawet dłużej pozostał mi tylko kwadratowy ślad drucianej siatki na czole.
Kocham jeździć na rowerze do dziś. Niekoniecznie bez hamulclów 😉
Marzena Czerepak

Odpowiedz
Marzena 8 maja, 2017 - 8:57 pm

Kiedy Ty to wszystko przeczytasz :O! 🙂

Odpowiedz
Barbara 8 maja, 2017 - 8:58 pm

Ten rower jest taki piękny że plakatami z jego podobizną mogłabym wytapetować przedpokój 🙂
Moje rowerowe wspomnienia to … ręcznie malowany czarny składak po starszym bracie, ubłocone nogawki i jajka w plecaku…
Na rowerze jeździłam do mojej babci na wieś, kilka km od naszego osiedla. Zawoziłam jej drobne zakupy a wracałam stamtąd z wiaderkami malin, ostrężyn, z kalarepą czy kopą jajek 😉 asfaltowa droga którą jeździłam wiodła obok cmentarza, kończyła się tuż przy kopalni gdzie hałaśliwe kamazy wywoziły żużel na hałdy. Wiązało się to z głębokimi dziurami w drodze, do tego wypełnionymi jasnoszarym ,rzadkim błotem. Żeby tamtędy przejechać należało się rozpędzić, i unieść nogi wysoko przed siebie , bo pedały taplały się w tej mazi… Często w drodze powrotnej czekałam z przejechaniem do domu przez osiedle aż do zmroku, żeby przypadkiem nikt nie zobaczył mnie w tym błocie, z tym starym skórzanym plecakiem z wyzierającą znań zieleniną i wiaderkiem porzeczek dyndającym u kierownicy… I teraz gdy tak sobie pomyślę to te wypady do babci pomagały.mi ogarnąć powstały w okresie dojrzewania chaos w głowie. Serio. Fizyczne zmęczenie nie zostawiało już miejsca na robienie głupot. Obcowanie z naturą i proste prace przy gospodarstwie nauczyły szacunku do czyjejś pracy i jej owoców. Manewrowanie rowerem wśród ciężarówek , i uciekanie przed wsiowymi kundelkami chętnymi wytarmosić mnie za nogawki zahartowało mnie nieco:-) i tak po dziś żadne błoto nie robi na mnie wrażenia, w szczególności to które wyczesuję z włosów mojego trzylatka 😀

Odpowiedz
Kasia 8 maja, 2017 - 9:06 pm

Najwspanialej wspominam swój pierwszy „dorosły” rower, czyli taki na dwóch, a nie na czterech kółkach 🙂 Jak już opanowałam tajemną sztukę jazdy na tym dwukołowym pojeździe, tata postanowił sprezentować mi duży rower, na normalnej wielkości kołach. Skrzętnie przechował swój dawny rower z czasów szkolnych i postanowił go dla mnie wyremontować. Wykorzystał oczywiście tylko ramę, dokupił koła, pedały i łańcuch. Pomalował ramę na śliczny turkus, całkowicie odnowił siodełko, wymieniając gąbkę i pokrywając je nową skórą, i złożył rower w całość. Gdy zobaczyłam efekt jego pracy, byłam zachwycona! Nikt nie miał takiego roweru jak ja! Myślę, że już wtedy można go było nazwać „retro”. Miał wygiętą w literę „U”, lekko pochyloną kierownicę – jak w harleyu! – i dłuuugie siodełko, spokojnie na dwie osoby! Doczepiłam tylko modne w latach 90. kuleczki na szprychy (wiem, dramat ;)) i byłam królową podwórka 😀 Poza tym ten prezent był wspaniały dlatego, że tata zrobił go sam, według własnego pomysłu, i włożył w to całe serce 🙂

Odpowiedz
Agnieszka z Mierzei Wiślanej 8 maja, 2017 - 9:17 pm

Wyglądasz na tych zdjęciach jak nastolatka piękna, romantyczna, zrelaksowana
Rower śliczny , wymarzony.

Moje pierwsze wspomnienia to czas, gdy miałam z 4 lata i tata dzielnie biegał ze mną po ulicy. Miałam wówczas czerwoną rakietę. Niestety byłam straszną gapą i na 2 kółkach nauczyłam się jeździć w wieku 7 lat. Zaparłam się. Na zielonym składaku. Nogi i dupsko pełne siniaków… ale udało się. Do dziś uwielbiam jazdę na rowerze. To wolność, radość Dziś jestem sama mamą. Z mężem najpierw biegałam za starszym synkiem (2 lata temu) a rok temu za młodszym. Od roku cała rodziną, gdy tylko czas i pogoda pozwala pedałujemy po lasach, polnych łąkach, nad morze, po plaży. Chłopcy uwielbiają nasze wyprawy. Poza tym w ciepłe letnie dni śmigam na rowerze do pracy ( 5 km w jedną stronę). Taki piękny, nowy rower byłby dla mnie prawdziwym prezentem, gdyż mój obecny to już dziadek
Pozdrawiam serdecznie

Odpowiedz
Boguśka 8 maja, 2017 - 9:31 pm

Tak się jakoś nieszczęśliwie dla mnie złożyło, że bardzo długo nie miałam własnego roweru. W czasach mojego dzieciństwa taki pierwszy „poważny” rower dostawało się z reguły jako prezent z okazji I Komuniii św. Nie będę kłamać, że i ja po cichu nie marzyłam o takim rowerowym cudzie /wtedy to był popularny składak/. Tę gorycz rozczarowania pamiętam do dziś, kiedy skończyło się tylko na moich dziecięcych marzeniach…. Musiałam robić dobrą minę do złej gry, ale ….serducho płakało. Wiedziałam jednak, że rodziców nie stać na taki rower i co tu dużo mówić – starałam się być dzielna, by za wszelką cenę nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem rozczarowana, że nie mam swojego własnego, pięknego roweru…Nie chciałam, by rodzicom było przykro z tego powodu, więc dzielnie się uśmiechałam, ale w nocy trochę dziecięcych łez przyjęła litościwa poduszka… Z biegiem czasu zapomniałam o tym rozczarowaniu, zepchnęłam je gdzieś głęboko… Nie przyznawałam się do tego uczucia nikomu, aż do dnia, gdy opowiedziałam o tym swojemu przyszłemu Mężowi. Powiedział, że bardzo Mu przykro z tego powodu, bo On był szczęśliwym posiadaczem „kolarki” i przemierzył na niej wiele kilometrów. Po kilku latach „chodzenia” pobraliśmy się w pewien piękny, majowy dzień, a miesiąc później kończyłam studia. Mój Mąż czekał na mnie przed Uczelnią i kiedy wybiegłam do Niego szczęśliwa, po obronie pracy magisterskiej, dosłownie na moment odebrało mi mowę / co, muszę przyznać, rzadko kiedy mi się wcześniej i później zdarzało!/. Mój Ukochany stał obok samochodu, którym przyjechaliśmy do Krakowa, a tuż obok Niego była oparta na nóżce piękna „damka”-„Gazela”. Temat obrony zdecydowanie zszedł na drugi plan, bo moje wzruszenie było tak wielkie, że najzwyczajniej w świecie, iście po babsku, poryczałam się ze szczęścia! Nie mam, jak inni, wspomnień z dzieciństwa, związanych z jazdą na trzykołowym rowerku. Nie znam ekscytacji towarzyszącej posiadaniu własnego składaka, którym można było jeździć na rowerowe wycieczki. Długo mi przyszło czekać na mój pierwszy, własny rower. Ale warto było czekać, bo jest to jedno z moich najpiękniejszych wspomnień…
Bogda

Odpowiedz
Katarzyna 8 maja, 2017 - 10:05 pm

Wspomnienie pierwszych, rowerowych przygód przywodzi mi na myśl mojego dziadka! Do dziś pamiętam jego nieco zgarbione plecy, pochylające się nad kierownicą, zniszczone pracą na polu dłonie, którymi pchał swój niebieski rower, odprowadzając mnie do przedszkola. Siedziałam zawsze na bagażniku i mocno trzymałam się swoimi małymi rączkami za brązowe, lekko nadszarpnięte już zębem czasu siodełko. Z tej perspektywy, tego wysokiego, ogromnego, jak na percepcję małego dziecka, roweru cały świat jawił się jeszcze ciekawszym. Z tej wysokości mogłam podziwiać zakwitające drzewa, buszujące po nich wiewiórki i usłyszeć dokładniej ptasie koncerty, całkiem jakbym wkradała się choć na chwile do imponującego mi wówczas świata dorosłych. Pamiętam doskonale, jak w trakcie tych przedszkolnych podróży, które trwały około kwadrans, w tajemnicy przed dziadkiem wydłubywałam ze środka siodełka gąbkę, rozrzucając ją wokół siebie. Uwielbiałam te nasze podróże. Uśmiech mojego dziadka, dźwięk kół spotykających się z chodnikiem, rozwiewające moje włosy wiatr i roznoszący przy okazji pozostałości tego siodełka. To jedne z moich najpiękniejszych wspomnień i dziadka, którego niestety, już ze mną nie ma. Jest za to rower. Rozklekotany, pordzewiały, z brakującą gąbką, ale żal mi się go pozbyć. Po prostu jest, jak moja pamięć o najlepszych chwilach mojego dzieciństwa.

Odpowiedz
Monia 8 maja, 2017 - 10:21 pm

Do dwunastego roku życia mieszkałam w bloku z płyty. Mając około czterech może pięciu lat mój tato na parkingu uczył mnie jazdy na rowerze, oczywiście z bocznymi kółkami. Rower miał kierownicę o przedziwny kształcie, nie rozłożoną na boki, a tak jakby dwie prostopadle do siebie rurki, których uchwyty do trzymania miałam dosłownie przed brzuchem. Dziwactwo jakich mało. Jak wiadomo dzieci bywają okrutne i nie dość, że wyśmiały mój pojazd to kiedy już wydawało mi się, że opanowałam umiejętność jazdy, chcąc brawurowo zakręcić przeleciałam jak długa na asfalt. Ból, łzy, zdarta skóra i ogromny wstyd. Tato okazał się obrońcą swojej córeczki, dzieciom powiedział, żeby przestały się śmiać, bo nie ma z czego, podniósł wywrócony rower, wziął mnie na ręce i na ucho szepnął, że moi stargi bracia w pierwszy dzień jazdy ciągle leżeli na ziemi. To było około dwadzieścia sześć lat temu, a ja nadal pamiętam jak bezpiecznie się wtedy czulam i z jaką mobilizacją na drugi dzień wsiadłam na rower. Żadne potknięcie nie może zmusić nas do zejścia z obranej ścieżki. Pozdrawiam i baner zabieram do siebie :).

Odpowiedz
BasiaJ 8 maja, 2017 - 10:24 pm

W głowie mojej zostało na zawsze wspomnienie o małym miętowym rowerku.
Wspomnienia niczym obrazy w złotych ramach zawieszone są w naszej pamięci.
Namaluję to wspomnienie prawie jakby pędzlem:
dzieje się to wszystko właśnie w porze wiosennej.
Miesiąc maj,Komunia święta
w białej sukni ja i wszystkie dziewczęta
ciepło w około,cieplutko na duszy
I nagle mój Tato w mą stronę ruszył
i coś tak bardzo za sobą chowa
i z Mamą życzą mi bym była zdrowa
i słyszę inne,różne słowa
ale nie mogę się skupić wcale
o jednym myślę,co ja dostanę?
co to takiego tam Tato skrywa?
J wtedy właśnie papier rozrywam
krzyczę z radości,łzy płyną strużką
myślę,że Mama jest chyba wróżką
wyczarowała mi ten rowerek
mały,zielony,cudowny,słodki
jedyny taki na całym świecie
Dziś mogę rzec,że „miętowy”
choć wtedy nazwany „seledynowy”
piękny i wyjątkowy!

Pozdrawiam BasiaJ

Odpowiedz
Alicja 8 maja, 2017 - 10:27 pm

Piękny rower!!! Tyle powyżej pięknych wpisów i wspomnień. Mnie nachodzi mała refleksja:
Ja swój najpiękniejszy czerwony dostałam na gwiazdkę w wieku około 7 lat- pamiętam, jaka dumna byłam, kiedy rodzice wodzili oczami za mną jeżdżącą bez bocznych kółek, z jakim zachwytem patrzyła na mnie młodsza siostra, kiedy na niego wsiadałam. Ale wspomnienie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci to to, kiedy pojechałyśmy z koleżanką do pobliskiego parku, żeby pozjeżdżać z górki… Nadal czuję to, jak nagle zaczęły mi się trząść ręce a kierownica za nic nie chciała dać się opanować i w końcu przeleciałam przez nią zdzierając sobie skórę na każdym kawałku ciała, który dotknął ziemi. Chociaż z czoła lała się krew i żużel wpijał się w kolana, to kuśtykając z powrotem do domu najbardziej martwiłam się tym, że rysy z roweru już nie zejdą… Często myślę sobie, że ten rower to był taki wyczekany skarb, żal mi tego, że teraz wszystko jest dla moich dzieci na wyciągnięcie ręki, że rower jest sprawą oczywistą i te wszystkie rysy nie robią na nich żadnego wrażenia:(

Odpowiedz
Kasia 8 maja, 2017 - 10:39 pm

Moje wspomnienienie pierwszego roweru budzi emocje do tej pory gdyż wiäże się z ogromnym poczuciem wściekłości na wspomnienie cudownego pelikana , którego dostałam 35 lat temu na komunię i został mi skradziony tego samego dnia , bo zostawiłam go na klatce, gdy ja poszłam coś zjeść do domu .I tak sobie myślę jakä podłość trzeba mieć w sobie ,żeby chodzić i szukać okazji w niedzielé komunijnä i zrobić coś takiego dziecku ,które przeżywa jeden z naważniejszych dni w dziecięcym życiu No cóż nie wolno wysyłać negatywnej energii ,bo wraca Mam nadzieję ,że dobrze im jeździł Przypominam,że to był stan wojenny i nie dostałam następnego roweru Pozdrawiam

Odpowiedz
Dorota Borowska 8 maja, 2017 - 11:09 pm

Jest rok 1984, mam 3 lata, siedzę na parapecie w pokoju prababci. Rodzice są właśnie w Pewexie kupują rowerek trzykołowy model AGATKA – dowiem się o tym za chwilkę. Wymachując nożyczkami z buzią wypchaną landrynkami, z jednym kucykiem bardziej (godzinę wcześniej samodzielnie przystrzygłam je sobie nożyczkami znalezionymi w pudełku z landrynkami – rodzice dowiedzą się o tym za chwilkę), powie im o tym moja siostra – też (G)Agatka 🙂

Odpowiedz
Dorota 8 maja, 2017 - 11:36 pm

Marzę o takim rowerze od dawna… niestety ciągle inne ważniejsze wydatki nie pozwalają mi na kupno takiego cuda… gdyby udało by mi się go wygrać, przyjemnością stało by się codzienne wstawianie i dojezdzanie nim do pracy…
Kiedy przeczytałam Twój post od razu przypomniałam sobie o mojej rowerowej historii z dzieciństwa. Moja kuzynka bardzo chciała pojeździć na moim nowym rowerze więc zgodziłam się żeby przywiozła mnie na bagażniku swojego roweru. Jechalysmy z górki kiedy Aga nagle zahamowala gwałtownie przednimi hamulcami. Rower był całkiem nowy więc hamulce zadziałały bez zarzutów i sprawiły ze zrobiłam salto w powietrzu ladujac na betonie. Moja twarz była jednym wielkim strupem, straciłam jedynkę a nogi też były nieźle poobdzierane. Do tej pory mam blizne nad okiem 🙂 Ale czym byłoby życie bez takich wspomnień?! Pozdrawiam ciepło 🙂

Odpowiedz
Magda 9 maja, 2017 - 7:42 am

Rower petarda! ja i mąż uwielbiamy jeździć na rowerze .. tak jak i chcemy tym zarazić nasze dzieci 😉
Ale do rzeczy.. wspomnień jest wiele. Poprzez wycieczki szkolne rowerowe i te z przyjaciółmi.. na myśl przychodzi mi tylko jedno wspomnienie.. wakacje, jezioro, przyjaciele, wokół las cały dzień ma świeżym powietrzu beztrosko mogliśmy się bawić ale nadszedł czas powrotu do domu. Wszyscy byliśmy rowerami do domu około 6 km.. wsiadamy na rowery ruszamy i tak już jechaliśmy dobry spory kawałek kiedy nagle z mojego roweru jak z próby wypada mi pedal . Rower praktycznie nowy! Więc zdziwienie było tym większe.. wszyscy się zatrzymują i biegną w pole szukać pedalu..ok znalazł się udało się założyć jedziemy dalej. Kolejne dwa kilometry spada łańcuch.. ale nie żeby tak delikatnie wypada totalnie z Całej zębatki , my dzieciaki po 13-14 lat nie dajemy sobie rady z tym zostaje tylko prowadzić rower. U mnie łzy jak grochy przecież to byl mój rower na którym wszędzie jeździłam! I co teraz.. autobusów brak telefonu brak w domu miało być się o umowionej godzinie i w życiu nie zdążę.. więc moja pomysłowa wtedy głową wymysla ze jak normalnie jechać się nie da to.można inaczej.. jak na hulajnodze;) uratowana przed karą od rodziców wparowalam do domu 15 minut przed czasem jadąc rowerem jak hulajnoga prawie 3 km rower naprawić się udało i służy do dzisiaj ale już mojej młodszej siostrze codziennie którą jeździ do szkoły.naprawdę! Widać ślady użytkowania ale to właśnie w nim jest teraz urocze i nadaje mu charakteru i.przywraca wspomnienia 😉 w końcu jak zawiedzie parę rzeczy można pokombinowac i wiadomo że rower nawet w najtrudniejszej sytuacji Noe zawiedzie :-)) :-)) :-))

Odpowiedz
Ilona 9 maja, 2017 - 8:21 am

Ten post i pytanie konkursowe niejako zmusiły do refleksji i odkurzenia wspomnień 🙂 Jaki to był rower.. niebieski BMX kupiony po komunii przez tatę – gdyby wziął mnie ze sobą pewnie wybrałabym inny kolor, a nie taki, żeby „jeszcze brat pojeździł”.. Nie, to nie to wspomnienie..
Rowerowa wycieczka z OMCM (o mało co mężem 🙂 ) po Jurze K-Cz.? Przeciorał mnie po okolicach Ogrodzieńca, Mirowa, Bobolic.. a ja od tego BMX-a niekochanego nie jeździłam na rowerze 100 lat! Oj ciężko było, w połowie wycieczki położyłam rower na poboczu, usiadłam na trawie i miałam ochotę się rozpłakać.. Okazało się, że rower przyszłego teścia (na którym jechałam) miał tak ustawione przerzutki, że nie miałam szans czerpać przyjemność z tej wycieczki.. Nie wpadłam na to, żeby je zmieniać w czasie jazdy..
Niee.. na pewno mam lepsze wspomnienia.. JEST! Mam! No tak.. Miałam pewnie z 6 lat, brat 4. Tata każdego dnia odbierał nas z przedszkola, wracając z dworca PKS, na którym wysiadał z „pracowniczego” odwożącego pracowników kopalni. Z „saszetką” w ręce i dużym wąsem, tak to pamiętam 🙂 Tego dnia wyszliśmy przed przedszkole, a tam stał oparty o ścianę bordowy (nie czerwony i nie malinowy) SKŁADAK. Piękny był, nowiutki, błyszczący, akuratny.. Tata zapytał czy nam się podoba taki rower – Ba! Jak i komu mógłby się nie podobać!? Na to tata odpowiedział, że w takim razie weźmiemy go sobie – wziął go pod pachę i zaczął iść. A my staliśmy nie wiedząc co się dzieje i jak się zachować.
Tata zaczął się śmiać i powiedział, że to nasz rower, że to rower dla nas! 😀 I szliśmy z tatą niosącym rower po pachą, szczęśliwi.. Nie wiem jaki to był miesiąc, jaka była pogoda, ale to wspomnienie „jest” ciepłe, żółto-pomarańczowe, radosne i uśmiecham się na samo wspomnienie..
Ech łezka się zakręciła w oku.. Dziękuję za przywołanie tego wspomnienia.

Odpowiedz
Baska 9 maja, 2017 - 9:04 am

Nie wiem dlaczego ale z dzieciństwa mam tylko jedno wspomnienie rowerowe ale za to jakie? Nauka jazdy, tata i dość stroma górka (taka wydawała mi sie w dzieciństwie). Ostatnie zdanie taty: „będę Cię cały czas trzymał i biegł za tobą”, a on co? Popchnął mnie i puścił. Ja pojechałam, a on został 😀 ale nauczył mnie jeździć 😀

Odpowiedz
Urszula 9 maja, 2017 - 9:16 am

Rower. Jedne z niewielu narzędzi, które pozwalało mi osiągać odrobinę wolności będąc dzieckiem. Inne sporty były dla mnie zakazane. Schorzenie stawów. Tak więc, rower był moim marzeniem, pasją która była mi dozwolona. Pierwsze moje wspomnienie wiąże się z zakupem tego cudownego, już bardziej dorosłego roweru. Był różowo-biały, miał wstążki na kierownicy i pałąk dla osoby dorosłej, która miała mnie asekurować. Tą osobą był mój Dziadek. To On kupił mi rower wymarzony. I to On biegał za mną, trzymając pałąk, gdy jechałam po razy pierwszy na dwóch kołach i krzyczałam ze strachu i radości. I to On mi skłamał mówiąc, że biegnie za mną kiedy ja już sama, samodzielna pędziłam przez aleję parkową, czując wiatr na twarzy i słysząc szelest wstążek przy mojej kierownicy, wirujących na wietrze 🙂

Odpowiedz
Monika Batys 9 maja, 2017 - 9:45 am

Hmm pierwsze wspomnienie? Pamiętam jak dziś, super pogoda, pełne podekscytowanie bo pierwszy rower na który sama wsiadłam dostałam dopiero na komunię.. Pierwsza jazda? Straciłam zęba W tym szale jazdy machajac mamie z ulicy, chciałam jak najszybciej pokazać że umiem jeździć z jedną ręką już na pierwszej samodzielnej jeździe! I co? Równowagę straciłam i wylądowałam w rowie przy ulicy wbijacac zęba w kierownice. Może okropne wspomnienie dla innych ale ja je zapamiętam na zawsze

Odpowiedz
Izabela 9 maja, 2017 - 10:03 am

Jakie piękne te rowery….marzenie Swój pierwszy rowerek podarował mi sąsiad. Jego dzieci były już dorosłe i nie był im więcej potrzebny. Niestety rowerek nie miał bocznych kółek ale tak bardzo chciałam na nim jeździć że pomimo wielu upadków i siniaków wsiadałam na niego i odpychałam się nóżkami, nie pedałujac w strachu o stratę równowagi. Miałam wtedy 4 latka a mój tato pracował za granicą. Nie był w domu częstym bywalcem że względu na zamknięte granice ale gdy pewnego dnia przyjechał na urlop z torbą pełną zagranicznych smakołyków, nie dostępnych u nas na sklepowych półkach i zobaczył jak córcia, którą zostawiał ledwo chodzącą podjeżdża do niego na rowerku z 2 kołami, strasznie się wzruszył i płakał nie zważając na zainteresowane wzroki sąsiadów z blokowiska. Wtedy nie rozumiałam łez taty a dziś na wspomnienie o tym sama się wzruszam bo już wiem jak bardzo dużo kosztowały ludzi rozłąki i jak wiele pięknych chwil związanych z moim dorastaniem stracił tato. Pamiętny rowerek wisi w piwnicy z racji sentymentu a ja pochwalę się że na 2 kółkach nauczyłam się jeździć zupełnie sama. Pozdrawiam serdecznie

Odpowiedz
Justyna Waszkiewicz 9 maja, 2017 - 10:08 am

Moim pierwszym rowerowym było wspomnienie takie jak w raz z siostra wybrałyśmy się na wycieczkę zadowolone szczęśliwe że jedziemy aż tu nagle w połowie drogi rower mi się zepsuł pękł na pół czyli kierownica się odłamała a tył został całe szczęście w tym że nie było żadnych samochodów to wylądowałam w rowie.No ale zasięg w telefonie był zadzwoniliśmy po partnera on przyjechał i pytał się dokładnie co się stało ja na to rower pęk mi na pól a on w śmiech. Stwierdził ze jechałam po nierównościach i tak własnie się stało w jeden chwili pomyślałam możne ma racje ale nie rower był już dawno pęknięty a my tego nie zauważyliśmy ale na szczecie wszystko było w porządku ze mną.Te wspomnie nie pamiętam do dziś i nigdy go nie zapomnę.

Odpowiedz
Michalina 9 maja, 2017 - 10:14 am

Piekny rower, bylby idealny na miejskie wycieczki z przyczepka dla mojego 9-mies Alka- ktory czeka na swoje pierwsze rowerowe przygody, zeby miec potem rownie piekne wspomnienia co ja 🙂 a moje rowerowe, najpiękniejsze wspomnienie (chociaz nie pierwsze) to tygodniowa wycieczka z tatą i znajomymi na bronholm (mama opiekowala sie nowonarodzona siostra)- bez samochodu, tylko rowery, namiot, karimaty i my- jedyne takie wakacje 🙂 codziennie kilkadziesiat kilometrow, obiady gotowane na turystycznych kuchenkach, kąpiele w morzu. Bylo to wyzwanie dla 9-latki, ktore bardzo milo wspominam do dzis i jestem bardzo za nie wdzięczna. Potem byly jeszcze inne wycieczki rowerowe, ale ta zawsze najmilek wspominam, bo taka pierwsza duza, wiec wazna

Odpowiedz
Justyna 9 maja, 2017 - 10:44 am

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie:
Duży dom z ogrodem przyjaciółki mojej mamy, 3 kobiety popijające kawę przy okrągłym, białym stoliku, chichoczące pod nosem, dwóch młodszych kolegów, rower jednego z nich, plac przy garażach i ja. Chłopcy (wtedy 4 i 5 lat) wymieniają się rowerkiem, kręcą ósemki na placu krzycząc emocjonalnie: „mamo! mamo, patrz!”. Ja, 6-cio latka – podekscytowana, ciekawa wrażeń, nigdy nie jeżdżąca na rowerze na 2 kółkach. Podchodzę do kolegi, proszę o rower. Wsiadam. Nie potrafię jeździć. Najzwyczajniej w świecie nie potrafię utrzymać równowagi. Słyszę śmiech jednej z koleżanek mamy: „No taka duża i nie potrafi jeździć na rowerze, wstyd!”. Moja pierwsza myśl: „Ja nie umiem? Ja przynoszę wstyd? No to patrz!” Wzięłam rower, wsiadłam i pojechałam. To był pierwszy raz, kiedy widziałam na twarzy mojej mamy, jak bardzo jest ze mnie dumna – może nie tyle z samej jazdy na rowerze, ale z mojej determinacji i chęci dążenia do celu. Myślę, że to wydarzenie ukształtowało mój charakter. Po dziś dzień, kiedy nikt we mnie nie wierzy, swoim zaangażowaniem i ciężką pracą udowadniam, że mogę, że potrafię i że jestem w tym dobra.

Odpowiedz
Kamila 9 maja, 2017 - 10:52 am

Wspomnienie z rowerem które mam w głowie do dziś to pewien piękny letni dzień . Ja może 8 letnia. Jestem u dziadka na wsi na wakacjach i właśnie dostałam kasę na loda. A że nie miałam wtedy tak pięknego rowery jak mój brat tylko zwykłego skladaka nie zastanawiając się długo zakosilam ten jego piękny rower i długa do sklepu po loda. Wracam zadowolona z lodem jadę na rowerze wiatr we włosach. .. aż tu nagle mija mnie samochód z taką prędkością ze zatrzęsło mną i rowerem. Podmuch wiatru był tak duży ze nie dałam rady utrzymać władzy nad rowerem (bo przecież w drugiej ręce trzymałam loda) i wylądowałam w rowie. Lód oczywiście w piachu, na kolanach siniaki a kierownik od roweru zgiety w chińska literę. Bałam się wracać do domu wiec przesiedzialam jeszcze z 2 godziny w tym rowie. Ale cóż było robić potem podniosła się i z podniesiona głową wróciłam do domu żeby dostać bure od rodziców ze bez pytania wzięłam rower brata i jeszcze go zepsułam. Ze o zmarnowanym lodzie i siniakach na kolanach nie wspomnę.

Odpowiedz
Patycja 9 maja, 2017 - 11:19 am

Ojciec uczył mnie jeździć na rowerze i postanowił pościć mnie na tym rowerze z górki spod naszego domu. Rower nie miał hamulców i wylądowałam w rowie. Jazdę na rowerze od tamtej pory miałam za coś ekstremalnego. Teraz jazda na rowerze to dla mnie chwila relaksu.

Odpowiedz
Agata B. 9 maja, 2017 - 11:25 am

Pierwsze wspomnienie… Rower = Tata … rozgrzany asfalt na osiedlu w Nowej Hucie, parking pod blokami, mało aut, ja na rowerze z kijem i tata na końcu kija. Rower już większy nie taki skrzat. Kształt niezwyczajny bo długie siodełko i wielka wygięta jak sznurowadło kierownica, kolor oczywiście do dziś wydaje mi się przepiękny – granat metalik (takie były też syfony na wodę w tym kolorze!) Śni mi się czasem. Gdy byłam całkiem mała rower miał siodełko i tata woził mnie w nim na łąki za miasto, ale pamiętam tylko słońce na twarzy i chwasty w rowach. Potem tata zachorował i odszedł za szybko zdecydowanie, rower został. Jak artefakt szczęśliwej przeszłości. Białe opony wyróżniały go w szarym PRL-u na tle innych rowerów:) Aż zaczęłam zaczęłam samodzielne życie, rower został u mamy i pewnego dnia nie pytając mnie podarowała go wujkowi. Na dodatek takiemu, którego nie lubiłam. Wujek nie miał sentymentu do niego, jeździł nim na zakupy i stawiał na klatce schodowej. Stamtąd go skradziono. Czułam jakby ktoś ukradł kawałek mnie samej. Nie mogłam się pogodzić, czułam żal i jak o członku rodziny myślałam kto go teraz ma, co się z nim dzieje. Gdy świat zawojował internet miałam nawet pomysł szukać go. Ale cóż to jak szukanie igły w stogu siana. Teraz mam synów, maja rowery, nie wiem czy mają aż taki stosunek do nich, raczej zmieniają bez sentymentu. Ja nie mam, patrzę po ulicach za tamtym ………….

Odpowiedz
Agnieszka Sanigórska 9 maja, 2017 - 12:14 pm

Moje rowerowe wspomnienie…na samą myśl rumienię się…ze wstydu!!! Możecie nie wierzyć ale na dwóch kółkach nauczyłam się jeździć mając 9 lat (wstyd), bo dowiedziałam się że rower dostanę w prezencie na Pierwszą Komunię.Była motywacja były efekty haha Nauczyłam się jeździć i dostałam piękny biało turkusowy składak Romet.Teraz córcia dostała rowerek w prezencie właśnie legrand i tak sobie myślę że fajnie byłoby jeździć razem na wycieczki rowerowe.Wszyscy mają rower chcę i ja go mieć

Odpowiedz
krojepomidory 9 maja, 2017 - 12:32 pm

Na moją pierwszą wyprawę rowerową wybrałam się do lasu w sąsiednim przedmieściu. I ta cała wyprawa trwała aż do wieczora, bowiem zabłądziłam wśród leśnych dróg… 🙂 Całe szczęście, że jakiś czas później była główna droga ze znakami, dzięki czemu wiedziałam, gdzie jestem. Do domu i tak wróciłam z uśmiechem i… bukietem konwalii 🙂

Odpowiedz
Paulina Składanek 9 maja, 2017 - 1:08 pm

Nie pamiętam ile miałam lat, ale pamiętam ten dzień… To było lato, ciepłe i słoneczne. Zakładam, że był to Dzień Dziecka. Dostałam tego dnia biały rowerek z czterema kółkami. Tata postanowił nauczyć mnie na nim jeździć. Na czterech kółkach, to wiadomo- łatwizna, więc po niedługim czasie śmigałam jak szalona. I wtedy wydarzyło się coś strasznego! Zaczęły gonić mnie gęsi mojej babci! Przerażona, uciekałam przed nimi moim małym, słodkim, białym rowerkiem i z impetem uderzyłam w studnię przewracając się. Cała rodzina buchnęła śmiechem. Domyślam się, że widok był przekomiczny. Zawsze z uśmiechem na twarzy wspominam to wydarzenie. 🙂

Odpowiedz
Kinga 9 maja, 2017 - 2:02 pm

Historia o moim najwcześniejszym wspomnieniu o rowerze ,którą chciałabym się podzielić, to historia z lat 90. Byłam wtedy uczennicą szkoły podstawowej. Razem z dzieciakami z osiedla szukaliśmy przygód i postanowiliśmy zrobić sobie bazę w wysokiej trawie na łące. Ja wtedy byłam na rowerze-zielony składak, który dostałam na komunię. Wybraliśmy odpowiednie miejsce, takie aby nas nikt nie znalazł. Jak się zaraz miało okazać dla mnie było miejscem pechowy. Chcąc się wygodnie rozgościć nie zauważyłam i usiadłam na gnieździe os, które wybrały sobie dokładnie to samo miejsce na swoją bazę co ja. W pierwszej chwili nie wiedziałam co się dzieje, zerwała się na równe nogi i wybiegł z trawy. Oczywiście nie mogłam zapomnieć o moim komunijnym prezencie. Chwyciła rower i zaczęłam jechać w stronę domu, pedalowałam tak aby nie usiąść na siedzeniu ponieważ byłam pokłuta od pasa w dół. Adrenalina była tak duża, że nawet nie pamiętam bólu i samej drogi do domu, choć nie było daleko. Na szczęście nie jestem uczulona i wszystko skończyło się na strachu, wyciąganiu pensetką żądeł przez moją mamę oraz okładkach na opychnięte mieęsca. Teraz jest to zabawna historia, którą często opowiadam mojej córce, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Pozdrawiam.

Odpowiedz
Karola 9 maja, 2017 - 2:05 pm

Może nie jest to najwcześniejsze wspomnienie, ale na pewno przyćmiło wiele wcześniejszych 🙂 W wieku licealnym uwielbiałam samotne wypady po lasach koło Matemblewa. Góral, kupiony przez mojego kochanego dziadka w czasach, kiedy rower ze sklepu był czymś niesamowitym. Wracając z jednej z wycieczek, jakiś kilometr od domu, po wcześniejszym przejechaniu 40km, chcąc wyminąć na chodniku parę staruszek – wpadłam przednim kołem w dziurę. Przeleciałam przez kierownicę, przeorałam łokciem metry chodnika, rower powyginany. Wstając słuchałam lamentów i pouczeń starszych pań, a do tego zaraz obok, na przystanku zatrzymał się tramwaj i wysiadło z niego pełno ludzi – świadków całego zdarzenia. Zawstydzona, krwawiąca, ze zdewastowanym rowerem powlokłam się do domu. Rower poszedł w odstawkę, po kilku latach przyszły motocykle, które spowodowały, że zapomniałam, jak się jeździ na rowerze (podobno tego się nie zapomina, a jednak). Po kilku latach pojawiło się dziecko więc i motocykle odeszły do wspomnień, a ja dzisiaj jedyne co mam to hulajnoga. I to nie moja, bo dziecka. Pozdrawiam 🙂

Odpowiedz
Joanna Marzec 9 maja, 2017 - 2:08 pm

Zielony składak typu noname po starszej siostrze.Ja ok lat 5.Drewniany kij wetknięty za siodełko.Tata w roli nauczyciela przytrzymywał ten kij żebym nie straciła równowagi.W pewnym momencie tata puścił kij,a ja wykonałam swoją pierwszą jazdę na dwóch kółkach solo.Mój błąd – obejrzałam się na tatę i rozanielona zawołałam czy widzi 😀 w tym momencie straciłam równowagę i wjechałam w żywopłot. Kolano rozbite,krew się leje,ja zawyta z pretensjami do całego swiata i słowa mojego taty „jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz”. No i fakt nauczyłam się 😉
Pozdrawiam tatę i dziękuję za jedną z pierwszych lekcji życia 🙂

Odpowiedz
Edyta W 9 maja, 2017 - 2:13 pm

Wspomnienia są czymś ,czego nikt nam odebrać nie może.A jeśli dotyczą pierwszych przygód z rowerem to przywołują garść miłych dziecięcych wspomnień.Jeśli myślę o przygodach z jednośladem w roli głównej to mam przed oczyma niebieski Wigry3 oraz żużlową drogę wokół domu na której stawiałam swoje pierwsze rowerowe kroki.A bywało różnie.Problemy z równowagą,startem i hamowaniem tej skomplikowanej maszyny często kończyły się upadkiem i łzami.Poobijane kolana z żużlem wbitym po dziś dzień to namacalna pamiątka tamtych czasów.Pamiętam też zbieranie mnie i roweru po lądowaniu w krzakach po jeździe bez trzymanki.
Są to bezcenne wspomnienia do których chętnie wracam,tym bardziej,że dziś kiedy jestem już dorosła rower jest dla mnie nie tylko najlepszym środkiem lokomocji,ale też niekiedy najlepszym przyjacielem dzięki,któremu jestem w stanie ukoić nerwy,uwolnić energię i wykrzesać dużą porcję endorfin.

Odpowiedz
Karolina 9 maja, 2017 - 2:56 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie łączy się z moim pierwszym wymarzonym rowerem. Pierwsza klasa podstawówki i wielkie marzenia o tym aby przemierzać świat na dwóch kółkach. Oczywiście marzenie zostało spełnione i oto pewnego pięknego dnia ukazała się ONA. Moja malutka czarna perełka, z malutkim koszyczkiem z białą poszewką w czarne kropeczki. To był dla wszystkich szok – mała Karolcia rozrabiara, która zachwyca się kobiecym rowerkiem. Od razu chciałam wsiąść na niego i „odlecieć”. Wzięłam Mamę i poszłyśmy na pierwsze nauki. Początki nie były zbyt ciekawe… w końcu stop przerwa. Mama spotkała sąsiadkę, która bardzo mnie nie lubiła. Kobiety się zagadały, a ja usłyszałam jak mówi o mnie ” mała wiedźma”. Nic mi było po tym. Wsiadłam na „czarną strzałę” i nie oglądając się po prostu pojechałam przed siebie. Wcale się nie krępując, krzyknęłam „mała wiedźma odlatuje” i prawie wjechałam w ową sąsiadkę. Od tego czasu umiem i kocham jeździć na rowerze, sąsiadka wybaczyła a ja zostałam osiedlową „małą, czarną wiedźmą”
Wspomnienie godna małego łobuziaka 🙂

Odpowiedz
Aneta 9 maja, 2017 - 3:28 pm

Moje pierwsze wspomnienie z rowerem to ,,Dwie dziewczyny, rower i burza”. Na samą myśl tego „tytułu” ciśnie mi się ogromny uśmiech na usta! 🙂 Zacznijmy od początku. Szósta klasa szkoły podstawowej, czerwiec, piątek, było baaardzo… gorąco, duszno wręcz! Po lekcjach razem z najlepszą przyjaciółką miałyśmy do niej jechać na noc autobusem szkolnym. Ona rano dojeżdżała z domu do „sąsiadki” jakiś 1,5 km, tam zostawiała rower i zabierał ją autobus do szkoły. Cały dzień oczywiście byłyśmy mega podekscytowane. Szczęśliwe, po 4 godzinach biegiem z klasy do autobusu. Chmury ewidentnie wskazywały burze. Zanim autobus objechał wszystkie wioski, po jakiejś godzinie byłyśmy na jej wsi. Natalia odebrała rower od sąsiadki i pieszo z jednym rowerem udałyśmy się w kierunku jej domu. I lunął deszcz ! Nogi ślizgały nam się w sandałkach, próbowałyśmy obie jechać na tym jednym rowerze, ale nie dało się, wszystko było mokre. Im szybciej chciałyśmy iść tym miałyśmy wrażenie, że się cofamy i wtedy wymyśliłyśmy, że chyba napiszemy książkę pt. ,,Dwie dziewczyny, rower i burza” (nie sprawdzaj, książka do tej pory nie powstała możliwe że dlatego że nasz materiał nie był zbyt ciekawy na książkę :)). Śmiałyśmy się tak bardzo, że nie mogłyśmy utrzymać się na nogach, a rower, który musiałyśmy powadzić wtedy wydawał się być tak cholernie ciężki! Tyle emocji w nas było, zarówno radości jak i strachu przed burzą. Moje najlepsze wspomnienie związane z Natalią. Szkoda, że nie jesteśmy już przyjaciółkami.

Odpowiedz
Agata 9 maja, 2017 - 5:07 pm

Jak byłam mała to uwielbiałam spódniczki i kokardki we włosach ale rower obudził we mnie „chłopaczycę”. Zdarte kolana, plaster na plastrze, kolejny upadek ale ja zamiast płakać wstawałam i próbowałam po raz kolejny a potem już tylko wiatr we w włosach… I tak sobie myślę że do dziś została mi ta świadomość że ilekroć w życiu upadnę to muszę się podnieść i iść do przodu…

Odpowiedz
Karolina Woźniak 9 maja, 2017 - 6:27 pm

Cieżko by było zapomnieć moje początki jazdy na rowerze, bo wciąż mam po nich ślad. Niczym tatuaż na skórze…Nawet teraz kiedy pisze widze na moim kolanie małe czarne drobinki żużlu powbijane pod skórę. Nieusuwalne. Zostaną ze mną na zawsze! Ale to miłe wspomnienia.
Mała podlubelska wieś trzydzieści lat temu. Bieda aż piszczy dookoła.Czwórka dzieci i jeden mały rowerek-chyba sobie wyobrażacie jakie toczyły się o niego bójki.Ale jak go sobie przypominam to był nie rower,a mistrzostwo świata w wykonaniu mojego taty. Dwa różne kółka jedna większe od drugiego. Niby czerwony a pól ramy niebieskie, kierownica oczywiście tez zmontowana z kilku innych strych rowerów. A o hamulcach to mogliśmy pomarzyć! I mały zgórek koło domu wysypany żużlem. To tam stawiałąm pierwsze „rowerowe kroki”. To tam zdzierałam kolana, nos i łokcie. Tam lała się krem ,pot i łzy. Bo jak już się wywalczyło rower na pięc minut to człowiek się poobijał jak piłka od golfa. Pamiętam jak całe lato chodziłam w strupach, wielkich ,jedne stare inne świeżo zdarte. Myślisz że komuś to przeszkadzało,alez skąd!To była najlepsza zabawa świata. Kurz czarny unosił się spod kół kiedy ruszało się z kopyta i gnał nas letni wiatr. Dziecięcy chichot zmieniał się co Chile głośny płacz,a potem woda utleniona bandaż i te słodkie mamine całusy na każdym zdartym kolanie. No i te tatuaże żużlowe,każdy z mojej rodziny je ma. Naturalne pamiątki po dzieciństwie na wsi.

Odpowiedz
Karolina K. 9 maja, 2017 - 6:30 pm

Pierwszy rower, który posiadałam był po moim starszym bracie. Był czerwono- żółty oraz posiadał dużą trąbkę. Mimo tego, że był już stary,podrapany ,bardzo go lubiłam. Zdawałam sobie sprawę, że rodziców nie stać na nowy rower. Mój tato wkładał dużo pracy abym wreszcie nauczyła się jeździć na dwóch kółkach. Powoli odczepiał jedno kółko a później drugie.Ufałam mojemu tacie, wiedziałam, że nie spadnę z roweru . Do dziś pamiętam jaki był ze mnie dumny :). Lata mijały a rower stawał się coraz mniejszy. Dzisiaj stoi w składziku nie potrzebny nikomu. Ten mały rower kryje w sobie moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa, które szkoda wyrzucać :).

Odpowiedz
Kinga 9 maja, 2017 - 7:14 pm

Moje wspomnienie z rowerem pierwsze
jest smutne, jak o porażkach wiersze.
A miałam wtedy trzy, cztery lata,
marzenia by zwiedzić kawałek świata….
lecz kiedy pierwszy rower dostałam,
to wsiąść na niego zwyczajnie się bałam!
Dlaczego? – pewnie mnie zapytacie.
Bo umyśliło się memu tacie,
by kupić rower mi dosyć wielki,
który posłuży mi na czas wszelki.
Jednak ja mała, a rower duży…
no a to dobrze nigdy nie wróży!
Pierwszy upadek, porażka setna,
spadam z roweru ja mała, biedna!
W końcu tak bardzo jeździć się bałam,
że też z roweru zrezygnowałam.
Stał on w piwnicy przez długie lata.
Czemu nie jeżdżę – dziwił się tata.
Kilka lat później, tak myślę sobie:
„jeśli nie teraz, kiedy to zrobię?”
i na odwagę znów się zebrałam,
gdyż się nauczyć jeździć wciąż chciałam.
I się udało! Dziś rower kocham…!
Chociaż obecnie troszeczkę szlocham,
bo jest zepsuty mój rower stary,
a to sprzęt drogi jest nie do wiary.
Z wszystkich sił pragnę by wygrać nowy,
i z nim wyruszyć na przygód łowy!

Informacja o konkursie udostępniona na moim profilu: https://www.facebook.com/profile.php?id=100015684396720

Odpowiedz
Iza 9 maja, 2017 - 7:14 pm

Jedno z moich pierwszych rowerowych wspomnień to to, jak… wkręciłam nogę w szprychy roweru prowadzonego przez tatę i miałam przez ten incydent złamaną nogę !!! Kuśtykałam, stukałam tym gipsem jako malutka dziewczynka, ale zawsze właśnie to wspomnienie przychodzi mi na myśl jako pierwsze, jeśli chodzi o rowerowe wspomnienia.

Odpowiedz
Projekt Dom 9 maja, 2017 - 7:58 pm

Piękny rower 🙂 To i ja się zgłaszam. Moje pierwsze rowerowe wspomnienie to takie w stylu: „Mamo, tato zobaczcie ja jadę!”. A potem był krawężnik… niestety wjazdu na krawężnik jeszcze wtedy nie opanowałam więc skończyło się na tym, że przeleciałam przez ramę roweru i upadłam prosto na twarz 🙂 Cały nos oczywiście pięknie zdarty i przez następne lata zawsze jako pierwszy się opalał. Pozdrawiam

Odpowiedz
Kaśka 9 maja, 2017 - 8:01 pm

Moje pierwsze i najbardziej zapamiętane nie tylko przeze mnie rowerowe wspomnienie było z jednej strony zabawne, a z drugiej całkiem niebezpieczne. Mając 7 lat byłam na rekolekcjach w Białce Tatrzańskiej. Ja i siostra byłyśmy najmłodszymi uczestnikami, ale mimo to nie chciałyśmy opuszczać codziennych wypraw rowerowych. Wszystkie starsze dzieci czy młodzież miały fajne rowery i wprawę w jeżdżeniu. Ja pamiętam, że miałam wtedy typowy taki rower dla dzieci, żaden jakiś specjalny na wyprawy, tym bardziej w takim terenie. Różowy. Najważniejsze, że był sprawny – szczególnie hamulce – o czym przekonałam się pewnego dnia. Wyjeżdżając spod dużego domu a’la hotel (czy schronisko) niestety do drogi głównej była spora górka – w tym przypadku zjazd w dół. Wokoło pola ze zbożem. I jadąc w dół rozpędzona, popatrzyłam w tył sprawdzić, czy aby na pewno siostra jedzie za mną. To był błąd. Kuzynka przede mną się zatrzymała, a ja nagle to dostrzegajac zahamowałam, tylko że na hamulce przednie. Przeleciałam przez rower i wyglądowałam w tym zbożu. Honorem się chciałam unieść i nie uroniłam ani jednej łzy, mimo że wszystko bolało, a wokoło każdy się śmiał. Wsiadłam z powrotem na rower, mówiąc wszystkim że jest ok i że możemy jechać dalej. Na szczęście nic mi się nie stało, a ja do dzisiaj pamiętam swoją dumną minę i zero obrazy na innych, że się śmiali. A kuzynka do dzisiaj to wypomina i historię zna cała rodzina. 😀

Odpowiedz
Natalia K 9 maja, 2017 - 8:39 pm

Nim zacznę opowiadać moją historię związaną z rowerem, muszę się przyznać, ze jest to jedna z najpiękniejszych historii w moim zyciu… i gdybym tylko mogła cofnąć czas chciałabym wrócić do tego popołudnia… do tej chwili…

Było piękne lipcowe, wakacyjne popołudnie… Ja w uplecionym warkoczu, w zwiewnej bluzeczce(pamiętam , że było bardzo ciepło) w okularach przeciwsłonecznych i on… z pięknym usmiechem na twarzy… To była nasza pierwsza prawdziwa randka!
Przyjechał po mnie swoim autem, powiedział tylko, że zabiera mnie w teren i pokaże najpiękniejsze zakątki w okolicy. Ja, ze kocham wieś, nature byłam zachwycona. Myślałam, że po prostu zostawimy gdzieś samochód i pospacerujemy… Po drodze były rozmowy, śmiechy… było naprawdę fantastycznie.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, on powiedział, że musi wyciągnąć coś z bagażnika. Ja w tym czasie czekając podziwiałam pasące sie sarny na łące-widok wspaniały. A on co wyciągnął z bagażnika- właśnie rowery! Wybraliśmy się zatem na najpiekniejszą i najbardziej romantyczną przejażdżkę rowerową… W zasadzie dopiero się zapoznawaliśmy, rozmawialiśmy o wszystkim:) Powiewał letni wiaterek, a na rowerze było juz w ogóle super… Nagle on zaproponował byśmy odpoczęli i usiedli na polanie:) Nagle on z plecaka wyciągnął szampana, a najśmieszniejsze było to, że był to szampan bezalkoholowy- taki dla dzieci… ależ on mnie wtedy zaskoczył, tak naprawdę nie było to nic wielkiego, ale dla mnie była to najpiekniejsza i niezapomniana przejażdzka rowerowa… to własnie wtedy pierwszy raz chwycił mnie za rękę, wtedy też wkreciło mi się sznurowadło od trampek w łańcuch rowera, pomagał mi sie z tym uporać…:) naśmialiśmy się przy tym… było po prostu tak naturalnie… tak pięknie…
I chociaż nasze drogi niestety się rozeszły… chcę to wspomnienie, tą przejażdżkę zachować w sercu do końca życia… zostały piekne wspomnienia i gdy tylko widzę jakikolwiek rower, to mam tamte chwile przed oczami… przypominają mi sie zawsze… do dzis żaluję, że nie jesteśmy razem… ale może rowery znów nas połączą….

Fajnie jest mieć jakąś rzecz, która przypomina kogoś, kogo dla nas już nie ma… może, gdybym znów wybrała się w te miejsca rowerem, znów poczuła się jak wtedy….

Odpowiedz
Olga S. 9 maja, 2017 - 8:44 pm

Burgundowy! To zupełnie jak mój pierwszy malutki rowerek Smyk3 🙂 Pamiętam, że w każdą sobotę rodzice wychodzili z nami przed dom, żeby nas uczyć jeździć, a potem pilnować, bo nauki szły szybko 🙂 Ja oczywiście w ogóle się nie bałam i już po kilku minutach tata musiał odkręcić boczne kółka :)) Piękne to były, rodzinne bardzo, ciepłe 🙂

Odpowiedz
Monika 9 maja, 2017 - 8:53 pm

Z mojego pierwszego roweru w kolorze turkusowym tak bardzo się cieszyłam ,że przez pierwsze dwa dni spalam z nim w łóżku .Brat pomógł mi go wciągnąć do łóżka Pamiętam ,że było mi bardzo nie wygodnie ale z wrażenia i tak nie mogłam zasnąć Mama jak to rano zobaczyła to o mało nie padła ,próbowała mi tłumaczyć ,że na rowerze to się jeździ i nie trzyma w łóżku ale byłam nie ugięta Dopiero po kilku dniach odważyłam się wyjechać na pierwszą wycieczkę ale strasznie się bałam ,że się poobdziera .Patrząc jak teraz moja córka traktuje swój rower w ogóle o niego nie dbając to łezka kręci się w oku

Odpowiedz
Ewa 9 maja, 2017 - 9:12 pm

Moje pierwsze świadome rowerowe wspomnienie ,które to trwale zapadło mi i mojej rodzinie w pamięć to wybita jedynka tuż przed Pierwszą Komunią Świętą .Chciałam dorównać w chłopakom w wyczynach ulicznych w podbijaniu koła o krawężnik . I niestety ten jeden raz się nie udało .Złamany ząb,zdarte kolano,uszkodzony rower… Na tydzień przed uroczystością w tamtych czasach nie było możliwości dostania się do dentysty na cito.Dostałam od mamy zakaz uśmiechania się do aparatu pełną gębą =D . Na wszystkich pamiątkowych zdjęciach z Uroczystości 1 Komunii Świętej mam uśmiech przy zaciśniętych ustach.
Ząb udało się nadsztukować ,a jazdę na rowerze kocham do dzisiaj.

Odpowiedz
Lidia 9 maja, 2017 - 9:17 pm

Nigdy nie miałam własnego roweru. Najpierw odziedziczony po starszym rodzeństwie – mały ciemnoniebieski i nawet dość szybko nauczyłam się na nim jeździć. Potem jeździłam na rowerze u babci na wsi. Oczywiście nie obyło się bez ofiar na okrągło zdzierałam kolana i łokcie :(. Pamiętam jedna jedną przygodę, którą po dzień dzisiejszy wspominamy przy okazji tzw. nasiadówek rodzinnych, mimo, że od tamtego momentu upłynęło ok 23 lat. Było lato okres żniw, przyszedł do nas sąsiad z prośbą o podrzucenie samochodem do jakiegoś sklepu z częściami do kombajnu. Ja koniecznie chciałam tacie i sąsiadowi towarzyszyć w tym wyjeździe ale przedtem miałam pojechać rowerem do sklepu oddalonego od domku ok 1 km po chlebek. Tata obiecał, że na mnie zaczeka. Szybciutko się wyszykowałam i ruszyłam do sklepu. Już byłam blisko sklepu, kiedy wpadłam na genialny pomysł aby wypróbować swoją nowo nabytą umiejętność – jazdę bez trzymanki. wszystko byłoby dobrze gdyby nie wyrwa w asfalcie i jak nie rżę na te asfalt razem z rowerem. Płaczu co nie miara. Na całe szczęście przechodził nieopodal wujek, który mnie zobaczył a raczej usłyszał, pozbierał mnie i rower, zaprowadził do domu , oddał pod opiekę cioci, ciocia składała mnie a wujek rower. To, że ja miałam zdarte kolano i łokieć i ogólnie się poturbowałam nie było ważne najgorsze było to, że od roweru odpadło przednie światło. Strasznie bałam się powiedzieć w domu co się stało, ale rezolutny wujek mówi „Powiedz, że wybiegł pies i tak się wystraszyłaś, że spadłaś z roweru”. Tak też uczynniałam. Oczywiście babcia jak mnie zobaczyła daleka była od jakichś wymówek, bała się, że mi się coś stało. Do sklepu tata i sąsiad też mnie zabrali taką obolałą :). Wiele lat nie przyznawałam się, że tak naprawdę przyczyną wypadku był mój nierozsądek. Za to z jazdy bez trzymanki wyleczyłam się na zawsze. 🙂

Odpowiedz
hania 9 maja, 2017 - 9:48 pm

„Rowerowe wspomnienia” – stwierdzenie kojarzę tylko z jednym. Nie będzie to wyprawa dookoła świata, też nie będzie to forma wspaniałej zabawy na rowerze, sztuczek. tudzież wielkich przejażdżek..
Podarowany od Taty pierwszy ( i ostatni rower ) w życiu – reszta pożyczone, niewłasne, pominięte.. Blokowisko, letnie popołudnia spędzone na klatce albo grze w siatkówkę, na pobliskim „boisku”. Koledzy i koleżanki zawsze mobilni, po komuniach, prezentach, immanentnych elementach dzieciństwa. Jako Dziewuszka z nieco uboższej rodziny, nieco mniej interesowanej moimi marzeniami – potrzebami można rzec – oddaliłam od siebie posiadania własnych kółek, bo zawsze ktoś da się przejechać wokół bloku. Takie dystanse musiały nasycić dziecięco-młodzieńcze zapotrzebowanie na wiatr we włosach.
Pośród takich chwil; moment wyczekiwania Taty był najważniejszym z całego dnia, zawsze maił słonecznik w kieszeniach, którym się dzielił. Tym razem też szedł, ale prowadził rower. Czerwony, z czarnymi „smugami”, kwadratowymi „rogami”; tzw. góral. Pierwsze. co chciałam wiedzieć od kogo pożyczony. Nie był pożyczony, nie był niczyj, był od wtedy mój. Najlepszy powrót Taty wtedy. Przyprowadził mi moje marzenie. Nie widywaliśmy się często , nigdzie nigdy nawet nie byliśmy razem, przynajmniej nie pamiętam. Ale dzięki temu, moje lata gimnazjalne nabrały swobody. Następne lata niestety pozbawiły mnie roweru, który skradziono. Później coś już tylko na samodzielne życie, więc rower pozostał w sferze marzeń – wciąż odkładanych, tych pomijanych, bo zawsze są ważniejsze sprawy i wydatki. Jeden taki powrót Taty, następny dopiero po 10 latach, ale bez roweru już, a z sercem, tęsknotą, wyczekiwanym wspólnym czasem. To nie tylko „rowerowe wspomnienie” – to wspomnienie całego dobra z dzieciństwa, bo to jedyna rzecz była, tylko moja, nie do odebrania, nie do sprzedania i dana z miłości. Wielu Ludzi marzy o wielu rzeczach, wielu Ludzi ma wspaniały dom i rodziców, większości nie brakuje nic poza lepszym telefonem, samochodem, wakacjami za granicą.. Nawet może nie chodzi o rower, sam w sobie.. może chodzi o sam podarunek, spełnienie pragnienia, że nie jest się gorszym od innych, wolność przemieszczania się. Może komuś bardziej się przyda nawet, niżeli mnie, ale jedyne co mi przychodzi do głowy, to swego rodzaju morał. W dzieciństwie i życiu doczesnym dostałam tylko ten rower i do dziś pamiętam niedowierzanie i niepewność, radość i szczęście jednocześnie. I gdy to wspominam, otwieram oczy na świat, ze zdziwienia, jak bardzo teraz trzeba MIEĆ, żeby być i czuć się kimś. Kolejny gadżet i lepszy, nowszy i modniejszy..a kiedyś wystarczył słonecznik z kieszeni. Rozglądać się też warto, bo może wśród nas, naszych dzieci jest ktoś nieco inaczej ukształtowany i chciałby tylko jakiegoś gestu, słowa, kwiatka albo zwyczajnie się tylko „karnąć” na rowerze..

Odpowiedz
Maja 9 maja, 2017 - 10:33 pm

Jako dziecko bałam się dosiąść prawdziwych dwóch kółek i moi rodzice byli pełni obaw, że mam jakąś fobię związaną z rowerami. Okropnie bałam się jazdy – pożyczony od babci rower był dość duży jak na wyrośniętą siedmiolatkę, a ja mega przestraszona, że stracę zęby. Pamiętam jak dziś, że w nocy przed pierwszą nauką śniło mi się, że już umiem jeździć i w ogóle nie sprawia mi problemu. Ta noc była jakimś przełomem w psychice, bo następnego dnia (według opowieści bliskich), już bez trzęsących się rąk, ani przerażenia siadłam na tym wielkim rowerze i jak zaczarowana powiedziałam „tato, ale ja to potrafię już przecież na dwóch kołach, o patrzcie” ruszając w kilkunastometrową jazdę. Później było drobne doszkalanie, ale tak – w marzeniach sennych zrodziła się moja miłość do roweru 🙂

Odpowiedz
Agnieszka 9 maja, 2017 - 10:50 pm

Kiedy byłam małą dziewczynką w mojej rodzinie wydarzyła się historia (z rowerem w roli głównej), którą z rozbawieniem wspominamy do dzisiaj. Szef taty, w nagrodę za wieloletnią pracę, postanowił uhonorować mojego tatę pięknym nowym rowerem. Wybór tego cacka zlecil kumplowi taty, panu Stasiowi. Pan Staś dzwoni więc do mojego ojca:”Słuchaj stary, dyrektor chce ci kupić rower, dał mi kasę żebym go dla ciebie wybral. Najlepiej będzie jak sam go znajdziesz i kupisz, a ja potem oddam ci pieniądze”. Pomysł oczywiście spotkał się z życzliwym przyjeciem, tata pojechał do sklepu rowerowego, wybral wymarzony model. Po wyjściu ze sklepu napotkał 1.problem: rower wprawdzie świetny, ale zajmuje dużo miejsca, a piwnica już jest wystarczajaco zagracona. ( ech, mieszkanie w bloku ;-)) Przywiazal więc rower do bagażnika samochodu i wywiózł jednoślad do teściowej na wieś, aby go tam czasowo przechować. Ledwie pokonał dystans 80km tam i z powrotem, dzwoni do niego kumpel. „Słuchaj, gdzie ty jesteś z tym rowerem, szef chce ci go oficjalnie wręczyć” 😉 więc tata migiem biegnie do sklepu rowerowego, cudem uprasza sprzedawcę o wypożyczenie identycznego modelu i ile sił w nogach pędzi do biura na oficjalne wręczenie. „Mam dla Pana wspaniałą niespodziankę – mówi szef- dostaje Pan rower od firmy!” Mój tata, urodzony aktor, okazuje wielką radość i bezbrzeżne zdumienie 😀 „Dziękuję, zupełnie się nie spodziewałem”. Po czym bierze rower i biegnie do rowerowego, aby zwrócic pożyczony dwukołowiec Muszę dodać, że ten „niespodziewany” prezent służył naszej rodzinie przez wiele lat i to właśnie z nim wiążą się moje pierwsze rowerowe wspomnienia. 🙂

Odpowiedz
Angelika Gąsior 9 maja, 2017 - 10:50 pm

Chyba się nie uda w kilku słowach wyrazic tylu emocji. Niecaly miesiac temu doznalam podobnego uczucia jak wtedy – 20 lat temu. Dostaliśmy znać od kuriera, że jedzie z naszą paczką, w wielkich emocjach oczekiwalam z 4 letnia córką przyjazdu jej pierwszego, czerwonego rowerka właśnie od Le Grand. Gdy kurier zapukał, uchylił drzwi we dwie osiągnęłyśmy karton skacząc z nogi na nogę krzyczac wesolo ROWER, ROWER… 🙂 chyba zapomniałam podziękować kurierowi, ale wyszedł roześmiany…:-) te emocje w tym dniu przypomniały mi o moim kochanym fioletowym składaku. Mialam 7 lat, a on pięknie lśnił w słoneczku. Gdy te pierwsze wyskokowe emocje opadły powoli, a mój składak był obejrzany, wyprobowany, tata wręczył mi woreczek z biało-fioletowymi koralikami na szpryszy…oj sciskalam go z radości. To był cydowny dzień, tak samo jak pierwszy wyjazd z córką do parku na jej nowym pierwszym rowerku 🙂

Odpowiedz
Agnieszka 9 maja, 2017 - 10:52 pm

Moje wspomnienie z rowerem w tle… od razu w głowie mam scenę: ja cała w bieli, jak to w dzień Pierwszej Komunii wypada i mój ukochany Dziadzio, który wręcza mi mój pierwszy własny, nowy, niebieściutki rower. Od razu, w tej białej sukience wskoczyłam na siodełko i jeździłam tak długo, że o mały włos nie przegapiłam własnego przyjęcia komunijnego. Uwielbiałam ten rower, nawet jak z niego wyrosłam, nie chciałam żadnego innego. I prawdę mówiąc nie miałam nigdy więcej innego własnego rowera. Czas to zmienić :).

Odpowiedz
Iwa 9 maja, 2017 - 10:58 pm

Jak wspomnienie rowerowe to tylko o cudnym zielonym trójkołowcu, który miał funkcje jeżdżenia do tyłu(!) i nieraz udawało się że rower to samochód;) Na podwórku wykręcanie, parkowanie, po kanapki do Mamy podjeżdżanie;) Miał też bagażnik na którym się siadało i z tylnego miejsca szarżowało podczas zabawy z bratem;) Rowerek miał też magiczną czarną saszetkę schowaną tuż za siodełkiem. Saszetka ta różne rzeczy przechowywała od kamyczków po liście które podczas zabawy w dom służyły jako pieniądze:) W saszetce tej również przewoziłam zebrane wcześniej na rowie fiołki, które później trzymałam w kieliszku i co chwile wąchałam… Dziękuje, że pozwoliłaś przywołać te wspomnienia które gdzieś tam w głowie są, ale gubią się przy tym szaleńczym trybie życia…

Odpowiedz
Kasia D. 10 maja, 2017 - 8:52 am

Uczyłam się jazdy na rowerze. Zanim ją opanowałam zjechałam z wysokiej górki i… wkomponowałam się wraz z rowerem w betonowy mur. Rozwinęłam taką prędkość, że złożył się w harmonijkę, co mnie zmartwiło mocniej niż liczne rany na ciele. Był nowy! Miał mi służyć kilka lat! Tak długo szukałam idealnego, a miałam go zaledwie 3 dni! Dopiero, gdy chciałam się podnieść, zauważyłam, że z nogi wystaje mi kość. Otwarte złamanie… Zadzwoniłam po karetkę. Czekałam na nią dwie godziny, bo na drodze wydarzył się okropny wypadek, a mieli tylko jedną. Zanim dotarli straciłam przytomność. Gdy się obudziłam, stała koło mnie pielęgniarka. ,,Wszystko w porządku. Poskładaliśmy cię” powiedziała ciepło. ,,A rower?” zapytałam jeszcze otępiała po narkozie. Wybuchła śmiechem. 🙂 Długo miałam uraz do dwóch kółek, ale pokonałam go za namową przyjaciela i pokochałam je. 🙂

Odpowiedz
Rafał Paczuski 10 maja, 2017 - 9:52 am

Wspaniała propozycja konkursu. Raczej nie dla faceta taki rower, dlatego też będę trzymał kciuki za każdą z uczestniczek i grzecznie czekam na kolejny wpis 🙂

Odpowiedz
ewa 10 maja, 2017 - 11:05 am

Mój rower to wspomnienie wiejskich dróżek które przemierzałam jako mała czteroletnia dziewczynka. Dom mojej babci i sień w której stał. Ten rower co roku jeździł ze mną na wiejskie wakacje i przemierzał ponad 200 km w naszym Fiacie 126p. Co wieczór razem z babcią czyściłam małe kółeczka roweru. Rower był w kolorze żółtych słoneczników które rosły tuż za płotem, na kierownicy dziadek zamontował dzwoneczek którym dzwoniłam strasząc kury. Z tyłu na bagażniku zawsze przywoziłam polne kwiaty które potem babcia wstawiała do słoika ,a słoik stawiała na wielkim dębowym stole w salonie. Rower to wspomnienie obitych kolan na które dziadek przykładał babkę urwaną tuż przy drodze i wtedy wszystko przestawało boleć. Ten żółtym rowerek to głównie wspomnienie moich dziadków których już nie ma i ich domu który w 1997 roku zabrała powódź stulecia. Wraz z wielką wodą odpłynęły przydomowe zabudowania, a w śród nich warsztat dziadka w którym stał mój rower zostawiony któregoś lata bo nagle okazało się że mała Ewunia jest już za duża na mały żółty rowerek…dziadek nigdy go nie wyrzucił i mówił że nauczy na nim jeździć swoje prawnuki nigdy tego nie doczekał.

Odpowiedz
Marta 10 maja, 2017 - 11:34 am

Moje wspomnienie rowerowe jest w przeciwieństwie do wspomnień większości z Was zupełnie świeże i dotyczy mojego pierwszego, wymarzonego roweru zakupionego w wieku … tadam! ..trzydziestu ośmiu lat. Do tego majowego dnia, tylko myślałam sobie jakby to było fajnie przejechać się na rowerze, jednak ciągle były w moim życiu jakieś niezbędne rzeczy, które trzeba było finansować. W pewnym momencie powiedziałam jednak: stop! Przecież „ważniejsze” wydatki nigdy nie znikną a ja… kiedy wreszcie będę miała szansę śmignąć przed siebie na dwóch kółkach? Podjęłam decyzję. Niech inne „niezbędności” czekają – kupuję rower! Rozpoczęło się szalone przeczesywanie stron internetowych w poszukiwaniu idealnego modelu ale kluczowa okazała się jednak wizyta w sklepie rowerowym, gdzie odkryłam, jak różne istnieją marki i ceny rowerów. Wypatrzyłam tam nawet model, który mnie zachwycił, ale sprzedawca był tak niemiły, że nie miałam szans niczego konkretnego dowiedzieć się na jego temat. Od czego jednak wspomniana „sieć” ? W trymiga odnalazłam obiekt marzeń w internecie wraz z listą częstochowskich sklepów, które zajmują się dystrybucją rowerów tej firmy. Prócz sklepu niemiłego pana, którego jak się domyślacie nie brałam już pod uwagę, pozostawał duży sportowy sklep sieciowy w galerii handlowej i jeszcze jeden prywatny. Zdecydowałam się na „sieciówkę” bo to i z infolinii można było skorzystać i dostępność do 22… ale, no właśnie… Po ustaleniu z infolinią, że rowerek jest i czeka w sklepie, po przyjeździe okazało się, że niestety : „tego modelu nie posiadamy w ofercie”.
„Ale ja przecież z infolinią się kontaktowałam i zapewniono mnie, że jest, na 100%”
„No dobrze, sprawdzę w komputerze” klik, klik „O, rzeczywiście jest na magazynie, tylko w kartonie, nieskręcony. Ale jak Pani przyjedzie wieczorem, to my go skręcimy i będzie się Pani mogła nawet przejechać”
„Ok. To będę o 19”
W sumie przecież jak człowiek ma małe dziecko, pracę na cały etat i remont w domu, to chętnie straci jeszcze trochę cennego czasu na powtórny przyjazd do sklepu.
Jakież jednak było moje zdziwienie, jak po przyjeździe usłyszałam:
„Rower? Jaki rower? Może kolega z pierwszej zmiany Pani obiecał i zapomniał? Zrobimy to dla Pani oczywiście, proszę podjechać jutro”
„Hmm… nie dziękuję, jutro to ja niestety nie mogę tu przyjechać … trzeci raz”
Moją ostatnią szansą okazał się sklep rowerowy znajdujący się w drodze powrotnej do domu. Wszystko się tam zgadzało. I miła, profesjonalna obsługa i rower wymarzony, seledynowy, retro tylko okazało się, że ja za niski wzrost mam do tych kół 28 cali i za duży ten piękny rower dla mnie i wsiąść na niego nawet nie mogę nie tracąc równowagi…
I mówię do sprzedawcy, już bliska łez, że ja w dzieciństwie to tylko kilka razy wcześniej jechałam na rowerze, który moja siostra na I Komunię dostała. Wigry 3 się nazywał.
I on na te słowa piękny rower dla mnie wyciągnął. Może nie taki retro w wyglądzie jak ten wymarzony, ale dla mnie wprost stworzony wielkością, bo pomknęłam na tym Giantcie Sedona z kołami 26 cali po parkingu jak rasowa rowerzystka, choć mąż nie wierzył, że ja w ogóle na rowerze potrafię jeździć i już oczami wyobraźni widział rachunek za uszkodzone samochody stojące na parkingu …:)

Odpowiedz
Zoinens 10 maja, 2017 - 1:43 pm

Moje pierwsze wspomnienie związane z rowerem to dumą rodziców. Duma kiedy po raz pierwszy udało mi się przejechać rowerem kilkadziesiąt metrów. Miałm wtedy 4 latka, a rower był brata-komunijny, składak. Pamiętam każdy szczegół tej chwili, dziury w asfalcie,pogodę ale najważniejsza dla mnie była ta duma. Latem na wsi zawsze jest więcej obowiązków, a rodzice przerwali je wszystkie zeby moc podziwiać moja radość. Dziś 24 lata później nadal jest to moje najważniejsze wspomnienie rowerowe. 🙂

Odpowiedz
hamartus 10 maja, 2017 - 11:34 pm

Pamiętam ten dzień, kiedy nauczyłam się jeździć na rowerze, jakby to było wczoraj, ponieważ… wcześniej mi się to przyśniło! Do dziś wspominam te nieudolne próby zrezygnowania z dwóch dodatkowych kółek i ten strach, że się przewrócę. Ale przecież inne dzieci umiały już śmigać na rowerze, a przede wszystkim mój starszy brat. Marzyłam o wspólnych rowerowych przygodach, a jednak nie mogłam się przełamać. I wtedy pewnej nocy miałam sen, w którym stałam obok mojego kolorowego rowerka w naszym ogrodzie. Pomyślałam ‘czego ja się właściwie boję?’, wsiadłam i po prostu ruszyłam! Nie minęło parę dni, a będąc na ogródku postanowiłam spróbować i stało się dokładnie to samo, co w moim snie. Odtąd zaczęły się przygody, zabawy w superbohaterów, tajnych agentów, no i oczywiście wyścigi. Pamiętam tez, jak raz zapakowałam sobie kanapkę do małego bagażnika z tylu mojego pojazdu i przypomniałam sobie o niej, gdy po 2 tygodniach tam zajrzałam… To był dopiero niezapomniany widok! 🙂

Odpowiedz
Joanna Mielczarska 11 maja, 2017 - 1:36 am

Miałam 5 lat….czyli był to rok 1995. Pamiętam, że to było ciepłe, letnie popołudnie. Dziadkowie (wychowywali mnie od urodzenia) kupili mi śliczny seledynowo-lila rower z czterema kółkami (dwa z tyłu poboczne) i tego dnia pierwszy raz jechałam nim bez „deski” (tak- dla bezpieczeństwa, pomimo tych bocznych kółek dziadek zawsze trzymał mnie na kijku :D). To było na włocławskich bulwarach, ale spokojnie- z dala od wody. Pamiętam, że czułam się taka wolna, przyroda była taka piękna i ogólnie świat był taki piękny….zachodzące słońce, zieleń naokoło. Nagle mój rowerek się zachwiał i (nie pamiętam dlaczego) wywróciłam się na kolana. Zdarłam je do krwi i płakałam z bólu i z tego, że moje seledynowo fioletowe cudo mnie zdradziło…Potem zapakowali mnie, i rowerek, w samochód i tyle pozostało z mojej pierwszej jazdy… Skończyło się to jeszcze gorzej. Bałam się jeździć, a gdy już się zdecydowałam to…rowerek okazał się za mały, bo szybko wyrosłam. Niestety dziadkowie nie mieli na nowy, nie przelewało się nam. 🙁 Ale ten moment pierwszej jazdy zapamiętałam na całe życie.

Odpowiedz
Sabina Kobus-Śmietanka 11 maja, 2017 - 10:17 am

Witaj. Po pierwsze mam takie same trampki!!!!!:) To kolejny dowód, jak bardzo jesteś mi bliska.
Moja rowerowa opowieść będzie związana z bratem. Gdy zginęła nasza mama Ja miałam 17 lat, Maks 9 lat. Kiedy wszystko zostało wywrócone do góry nogami, kiedy świat nam się popsuł, kiedy rozleciało nam się wszystko w jeden dzień, postanowiłam zostać mamą w wieku 17lat. Mamą mojego brata. Oprócz codziennego „ogarniania” go, postanowiłam nauczyć go jeździć na rowerze. Co to była za nauka to tylko my wiemy. Mój brat był „pączuciem”. Takiego klocucha utrzymać „na kiju” to było nie lada wyzwanie. Do dziś się śmiejemy, że koordynacji ruchowej to mu raczej Bozia nia dała. Gdy już miałam pierdziulnąć rower w krzaki, poddać się i zapłakać nad nieporadnością mego brata i moim brakiem sił wpadłam na pomysł!!!! ROLKI!!!!! Włożyłam rolki, wsadziłam go na rower i…..pojechaliśmy. BO o prędkość tu chodziło!!! Za wolno za nim biegłam z tym kijaszkiem. Na rolkach nabraliśmy prędkości, równowaga się znalazła. BRAWO JA. Z przyjemnością wezmę udział w konkursie. Właśnie zdałam prawko…ale kilometr do stacji pkp miło by było jechać na tej ślicznotce.

Odpowiedz
Weronika Montowska 11 maja, 2017 - 12:22 pm

Promienie słońca orzewały moją twarz, słyszałam dzieci grające w piłkę. Ja 5 lat mały różowy rowerek i duża pusta ulica z dwoma pagórkami ograniczającymi prędkość kierowców. Tata, babcia i dziadek byli tam ze mną. Do mojego malutkiego rowerka został przymocowany długi drewniany kij aby tata mógł podąrzać za mną i asekurować bym nie spadła z rowerka czy nie przewróciła się. Babcia z dziadkiem bacznie obserwowali. Zaczęło się ja zaczęłam pedałować rowerek swoimi małymi nóżkami a tata asekurował mnie, w pewnym momencie nie mówiąc nic puścił kij a ja jechałam juz sama, wolna czując promienie śłonca na twarzy i radość z samodzielnego przejechania dwóch pagórków z góry na dół. Niezapomniane chwile oraz radość taty biegnącego równo ze mną w razie czego jak i radość dziadków. Pamietam do dziś w co byłam ubrana jaka była pogoda i jak wszyscy się cieszyliśmy z mojej pierwszej samodzielnej jazdy na rowerku. Najlepsze niemerytoryczna z dzieciństwa to zawsze te na rowerze. Zawsze kojarzą mi się z radością, słońcem na twarzy i wieloma miłymi wycieczkami.

Odpowiedz
Weronika Montowska 11 maja, 2017 - 12:24 pm

Najlepsze wpomnienia z dzieciństwa to zawsze te na rowerze. *

Odpowiedz
Gosia 11 maja, 2017 - 4:09 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienia..cóż.niestety za dobre nie są:(Będąc małą dziewczynką,bardzo uwielbiałam jeźdźić z moim ukochanym tatą na wycieczki do pobliskiego lasu.Zawsze brałam pod pupę podusię i siadałam z tyłu na bagażniku kurczowo trzymając się taty,a moje długie włosy rozwiewał wiatr..do dziś pamiętam zapach lasu i czuję ten wiaterek na twarzy.Niestety pewnego ,słonecznego dnia,w połowie wycieczki niefortunnie włożyłam stopę między szprychy roweru i solidnie ją skręciłam.Nasza wycieczka skończyła się strachem w oczach taty,moim przerażeniem i wizytą na Izbie Przyjęć.Minęło dobrych kilka lat wtedy zanim znowu polubiłam rower,ale teraz po kilkunastu latach jestem mamą dwóch szalonych chłopczyków i na nowo pokochałam rowerowe wojaże:)Taki rower byłby dla mnie wspaniałą radością:)Pozdrawiam Gosia Woźniak

Odpowiedz
Marek S. 11 maja, 2017 - 7:19 pm

To wspomnienie jest bardzo mgliste, ale ma niekończący się termin ważności, bo często do niego wracam i należy do tych najcenniejszych. Różowy rowerek z trzema kółkami i kołkiem z tyłu i Tata, który jeszcze był z nami. Byłem tak szczęśliwy, że nie przeszkadzało mi, że to kolor dla dziewczynek. (dostał go od kolegi po jego córeczce)
Nauczył mnie jeździć. Niestety, odszedł przedwcześnie i pogrążona w żałobie mama nie zabierała mnie na rower. Zwyczajnie nie miała do tego głowy. Wyrosłem z niego.
Dopiero gdy zacząłem studiować dziewczyna namówiła mnie na zakup i razem jeździmy. Za każdym razem kiedy wsiadam na dwa kółka przypominam sobie twarz ojca, której nie widziałem od 20 lat. Myślę, że już zawsze rowery będą mi się z nim kojarzyć.

Odpowiedz
Ahaja 13 maja, 2017 - 2:56 am

Moje dzieciństwo to lata 80, obfitujące w… wiele ciekawych rzeczy, między innymi w 4 typy rowerów:
1. Wigry 3 – powszechny i dostępny, do wyboru – do koloru (czyli czerwony albo zielony).
2. Wigry 5 – nieco rzadszy okaz, aczkolwiek spotykany na ulicach.
3. Jubilat – chwaliła się nim Dorota spod szóstki i Anetka spod dziewiątki.
4. Kolarzówka – unikat dla wybrańców. Gdy kolega Tomek śmigał nią po podwórku, my, zwykli śmiertelnicy, czyli reszta dzieciaków – tkwiliśmy z nosami przy szybach.
Rower był też bardzo popularnym prezentem komunijnym. I ja zaliczałam się do grona tych szczęśliwców. W tym wyjątkowym dniu dostałam rower nr 1 – prezent od ukochanego Dziadka. Nie miał dzwonka, ale Dziadziuś zamontował mi trąbkę – klakson. Pamiętam jak z dumą prowadziłam go przez miasto. Moja duma przygasła nieco, gdy mijane dzieciaki zaczęły mnie wyśmiewać: „Taka duża, a nie umie jeździć!” A, niby kiedy miałam się nauczyć?!
Przez pierwsze dwa dni schodziłam do piwnicy i patrzyłam na rower jak na zrzut z obcej planety. Patrzyłam i patrzyłam, i bawiłam się trąbką – klaksonem. Trzeciego dnia przyszedł Dziadek. Jego silne ramiona, przytrzymujące ten kosmiczny sprzęt sprawiły, że poczułam się bezpiecznie. Opowiadałam Dziadkowi o szkole i o coś zapytałam, a gdy nie uzyskałam odpowiedzi, zorientowałam się, że… jadę sama!
Przeżyłam z moim Wigruskiem mnóstwo cudownych przygód. Przemierzyliśmy wiele kilometrów. Pięć lat później padł łupem złodzieja, który włamał się do piwnicy. To była moja ostatnia ocalała pamiątka po Dziadku, więc stratę roweru przeżyłam bardzo… Tak bardzo, że nigdy już na żadnym nie jeździłam.
Teraz patrzę na moją siedemnastoletnią córkę, która uwielbia swój rower i tylko pyta: „Mamo, kiedy pojeździmy razem?”
Myślę, że czas już odświeżyć moje wspomnienia, bo przecież ja będę częścią Jej wspomnień…

Odpowiedz
Kamila Zaorska 13 maja, 2017 - 10:51 am

Jako mała dziewczynka mieszkałam w mieście w bloku. Gdy miałam iść do pierwszej klasy przeprowadziłam się na wieś. Tak we wakacje rozpoczęło się Moje pierwsze rowerowe wspomnienie. Poznałam tam kolegów i koleżanki, które całymi dniami jeździli na sowich rowerach. W ciągu kilku dni nauczyłam się jeździć na rowerze. Bawiłam się z dzieciakami od rana do nocy. Już o świcie rysowaliśmy na polnej drodze naszą całą trasę-sklepy, domy, ulice i co tylko wyobraźnia nam podpowiadała. Rowery były naszymi samochodami. Natomiast tajne bazy w pobliskim lasku tajnymi miejscami spotkań. Gdy o tym myślę o miło mi jest na sercu i uświadamiam sobie, że to rower i przyjaciele dali mi piękne dzieciństwo. 🙂

Odpowiedz
Dawid S 13 maja, 2017 - 11:13 am

Jadąc na pierwszym rowerze(prezent komunijny) rozpędzony z stromej górki, spanikowałem. Brat zatrzymał się na środku ulicy na własnym rowerze. Zamiast zahamować albo wyminąć, jak wspominałem spanikowałem i sparaliżowało mnie. Efektownie uderzyłem przednim kołem prosto w tylne kolo jego roweru, po czym z impetem wyrzuciło mnie z roweru i przeleciałem w powietrzu nad bratem który siedział na tym rowerze. Upadek był bolesny i widowiskowy, ponieważ uderzyłem twarzą w asfalt lądując przed bratem. Efekt? Pozdzierana skora na twarzy oraz ułamany ząb, który jest pamiątką do dziś.

Odpowiedz
Nataly 13 maja, 2017 - 2:42 pm

Rowerowe wspomnienia…
Każdy je ma.
Ja miałam całe życie jeden rower. Od ojca dostałam „białą kolarzówkę”, ze skórkowym brązowym siodełkiem. Piszę od ojca, a powinnam pisać po ojcu. On na niej przejeździł takie trasy, że mi i tak się o nich nie śniło, 80km dziennie bez trzymania kierownicy… to było na porządku dziennym. Ja i ten rower przeżyliśmy też sporo, nawet oblepianie rogów modnym w latach ’90 futerkiem… Przyznaję się bez bicia że też tak zrobiłam… Pompowanie opon, mycie łańcucha, znałam ten rower na pamięć. Każdy sezon zaczynał się od odpinania go z wieszaka, witania się i pytania „no cześć stary, jak tam, cieszysz się na nowy sezon? powstały nowe drogi rowerowe wiesz?”. Tylko, że z roku na rok coraz gorzej było o specjalistyczne części, klejone opony, szprychy… starzał się i starzał, rdza to były już nie pojedyncze punkty, a połacie, skórka z rogów całkiem się skulała i odpadła. W poprzednim sezonie po tradycyjnym „cześć stary…” już nie udało się zreanimować łożyska, o klejonych oponach mogłam zapomnieć, a zapas się wyczerpał. Tak musiałam się rozstać z częścią swojego życia. Rower miał je dwa, najpierw dalekie, szybkie trasy z moim ojcem, potem starość u mojego boku na spokojnych ścieżkach z koszykiem na kierownicy. Miał i był, już jest w rowerowym niebie.

PS: post udostępniony na fb :), pozdrowienia i miłego rowerowania !

Odpowiedz
Sylwia Brożyna 13 maja, 2017 - 6:24 pm

Nie mam wspomnień rowerowych z dzieciństwa ale za to mam wspomnienia kiedy byłam nastolatką i przeżyłam chyba swoje najwspanialsze wakacje we Włoszech. Poznałam tam wiele świetnych osób i codziennie jeździliśmy na wyprawy rowerowe. Wszystko tam było magiczne i działało na zmysły, przynosiło wiele niesamowitych emocji: pogoda, morze, śmiech znajomych, muzyka, wiatr we włosach, pikniki na plaży, kwiaty, głębokie spojrzenia w oczy, swoboda, jedzenie, gwiazdy na niebie, zapach powietrza, dotyk. Każdy dzień był wypełniony wojażami na rowerach, dzięki temu zobaczyłam wiele wspaniałych miejsc. Miałam wtedy chyba17 lat i niezmiernie tęsknię za tymi odczuciami i przygodami.

Odpowiedz
Patrycja Story 13 maja, 2017 - 6:49 pm

haha no moje wspomnienie może być tylko jedno: że w końcu się udało! Pamiętaj jak mama uczyła mnie jazdy na rowerze, ja tam bardzo chciałam, ale ze względu na wrodzony lęk (nie wiem po kim i dlaczego) wciąż bałam się jehać dalej kiedy mama puszczała kij przyczepiony do roweru, na szczęście nie wyglądało to tak, że ja upadałam, ja po prostu hamowałam i przestawałąm jechać, tak bardzo bałam się upadku…aż wrecznie pamiętam jak dziś miałam jakieś 6 lat, byłam w kolorowej sukience w kropki, słońce pięknie świeciło w korzyku miałam moją ulubioną Barbie i kiedy mama puściła kij, ja pojechałam dalej! <3 i tak już zostało, poczuła wiatr we włosach i już nie można było mnie zdjąć z roweru ;)))

Odpowiedz
Justyna 14 maja, 2017 - 12:43 pm

Witam wszystkich bardzo serdecznie,
Kłaniam się również grzecznie.
Gdy miałam pięć lat,
Odkryłam całkiem nowy świat.
Mam brata o rok starszego,
od zawsze ode mnie wyższego.
Rodzice rower mu podarowali,
szybko na przejażdżkę powędrowali!
A ja-młodsza siostra:
„Jaki ten rower jest ekstra!”
W chwilę się rozpłakałam,
pod noskiem cicho smarkałam.
Mama to zobaczyła
dynamicznie do mnie kroczyła.
Mała Justynka od razu się wyżaliła,
bo strasznie do jazdy się paliła.
Rower troszkę był za duży,
a ja nie mogłam uniknąć kałuży.
Straciłam panowanie nad pojazdem
Wpadłam do rowu za wjazdem.
Rów był bardzo głęboki
Rodzina ku dziecku kieruje swe kroki.
„Nic się nie stało córeczko?”
Z pokrzyw wystaje tylko kółeczko.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem
i wyjęli mnie z wielkim uśmiechem.
Pierwszą jazdę na rowerze wspominam miło,
chociaż wydarzenie plotki uruchomiło.
Byłam sensacją na spotkaniach lat kilka
Od tamtych zdarzeń minęła już chwilka.
Nadal kocham jazdę na rowerze
Chociaż kałużom już nie wierzę. 🙂

Odpowiedz
Justyna 14 maja, 2017 - 12:47 pm

Witam wszystkich bardzo serdecznie
Kłaniam się również grzecznie.
Gdy miałam pięć lat,
odkryłam całkiem nowy świat.
Mam brata o rok starszego,
od zawsze ode mnie wyższego.
Rodzice rower mu podarowali,
szybko na przejażdżkę powędrowali!
A ja-młodsza siostra:
„Jaki ten rower jest ekstra!”
W chwilę się rozpłakałam,
pod noskiem cicho smarkałam.
Mama to zobaczyła
dynamicznie do mnie kroczyła.
Mała Justynka od razu się wyżaliła,
bo strasznie do jazdy się paliła.
Rower troszkę był za duży,
a ja nie mogłam uniknąć kałuży.
Straciłam panowanie nad pojazdem
Wpadłam do rowu za wjazdem.
Rów był bardzo głęboki
Rodzina ku dziecku kieruje swe kroki.
„Nic się nie stało córeczko?”
Z pokrzyw wystaje tylko kółeczko.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem
i wyjęli mnie z wielkim uśmiechem.
Pierwszą jazdę na rowerze wspominam miło,
chociaż wydarzenie plotki uruchomiło.
Byłam sensacją na spotkaniach lat kilka
Od tamtych zdarzeń minęła już chwilka.
Nadal kocham jazdę na rowerze
Chociaż kałużom już nie wierzę.

Odpowiedz
Marta 14 maja, 2017 - 11:32 pm

Moje pierwsze wspomnienie rowerowe oczywiście jest związane z nauką jazdy na nim. Blokowisko, lata 80-te, biegające dzieciaki po podwórku, i ja pełna strachu, że się przewrócę, rozbiję kolana i całe podwórko będzie patrzyło. Za mną krzyczący tata: kierownica prosto! I w końcu się udało, poczułam to! Wiatr we włosach i uczucie, że mogę jechać tak przed siebie i jechać, mijając znajome ulice, podwórka, potem coraz mniej znane, aż zupełnie nieznane miejsca, coraz dalej i dalej…to było chyba takie pierwsze poczucie wolności, że coś zależy tylko ode mnie. A może tak to widzę teraz, a wtedy to była po prostu ogromna radość i ulga. Umiem jeździć na rowerze!

Odpowiedz
Ania Z. 15 maja, 2017 - 1:35 pm

Ja mam wiele pięknych wspomnień rowerowych. Najpierw wycieczki rodzinne-mały rowerek na trasie kilkunastu kilometrów z rodzicami. Później eskapady z siostrą i przyjaciółką w nieznane-wracałyśmy często podrapane od wtargiwania rowerów na górki, ale zawsze z przerwą na lemoniadę w wiejskim sklepiku wracałyśmy całe, zdrowe i szczęśliwe. Później miałam plan „wyjeździć” sobie chłopaka na parafialnej wycieczce rowerowej-400 km w 4 dni, podrywałam Piotrka, ale to mnie poderwał Kuba, urzekł bogatą osobowością i tym, że pożyczał mi maść na bolące kolana sfatygowane jazdą pod górki. Jego nie podrywałam, bo twierdziłam, że podoba mu się moja przyjaciółka, ale tylko mi się wydawało, bo jest teraz moim mężem. Wycieczka na Bornholm z naszymi dziećmi też była magiczna… Ach rozmarzyłam się, ale pierwsze wspomnienie to jak rodzice z dziadkami uczyli mnie pewnej pięknej niedzieli jeździć na dwóch kółkach. Było to na działce dziadków, na betonie ze sporym nachyleniem terenu. Miałam wtedy 4 lata i okulary z metalowymi oprawkami i szklanymi soczewkami. Do domu wróciłam jadąc sama, z odartymi kolanami, ale bez okularów czego nikt nie zauważył. Tata na działce znalazł je rozbite i połamane w krzakach gdzie się wywróciłam i zraniłam, ale od tego czasu umiałam już jeździć sama. Do teraz o tym myśląc uśmiecham się.

Odpowiedz
Zosia 15 maja, 2017 - 2:15 pm

Moje pierwsze wspomnienie…. Hmmm…
Miałam taki fajny, kolorowy rower z podpórkami, strasznie go lubiłam. Nie mam rodzeństwa, a samej trochę smutno jeździć, więc wycieczki rowerowe wchodziły w grę tylko wtedy, kiedy mama się zgadzała wyruszyć na nie ze mną.
Oczywiście najpierw musiałam nauczyć się jeździć. Na początku mama z ojcem kłócili się, czy lepiej uczyć się jadąc szybko (tata) czy wolno (mama). Sama zdecydowałam, że będę jeździć średnio szybko 🙂 I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że zaraz potem nie wyrobiłam na zakręcie i wpadłam do rowu pełnego pokrzyw 🙁 Brrrr… nigdy tego nie zapomnę. Ale na szczęście traumy nie mam, a rowerowe przejażdżki, te bliskie i te dalekie, są jedną z moich pasji. Pozdrawiam!

Odpowiedz
koza13 15 maja, 2017 - 4:32 pm

Pierwsze rowerowe wspomnienie? Składak złożony z 3 innych rowerów, pospawany, naprawiony i pomalowany przez dziadka. Wsiadając na niego, miało się wrażenie, że pędzi się wehikułem czasu. Teraz? Ktoś powiedziałby, że takim to „wstyd”, wtedy? Była to moja największa duma. I tak, gdy tylko dziadziu mu go podarował, odbyła się pierwsza „jazda próbna”. Jazda pod górkę, pot, wysiłek i to wielkie szczęście, gdy resztkiem sił się udało. Teraz „z górki na pazurki”, już nie było tak wesoło. Rower wybił się na kamieniu, podskoczył a ja? bach! Upadek dość ciężki. Złamana noga, pocharatane ręce. Ale? Rower ocalał! To moje oczko w głowie. To on dawał mi siłę by dbać o zdrowie, by rehabilitować złamanie i uczyć się cieszyć drobnostakmi. Dziś? Wiem, że zdrowie jest najważniejsze! I z takim wspaniałym rowerem jakiego komuś podarujesz (w duszy mam nadzieję że mi) życie nabrałoby tempa, koloru i radości.

Odpowiedz
Anka 15 maja, 2017 - 4:42 pm

Moje pierwsze wspomnienia związane są z rowerem który dostałam z okazji Pierwszej komunii świętej. Był to niebieski romet (jakże byłam z niego dumna ..mój własny rower!) Pewnego słonecznego dnia wybrałyśmy się z koleżankami na jagody …pamiętam ciepły letni waitr we wslosach I nasze kolorowe sukienki powiewające wokół nog . Wspaniałe uczucie wolności i beztroski….pędziłyśmy na tych rowerach jak szalone . Koleżanka zabrala nas w swe ulubione miejsce gdzie objadałyśmy się jagodami a potem leżałyśmy na pachnącej łące ciesząc się słońcem i nowym rowerem !Och jakie to były wspaniałe czasy !!!

Odpowiedz
Natalia 15 maja, 2017 - 5:41 pm

Rowery od Le Grand są naprawdę przesłodkie! A co do mojego pierwszego rowerowego wspomnienia, to musimy się cofnąć jakieś 15 lat wstecz! Byłam wtedy bardzo małą dziewczynką i jak każda mała dziewczynka marzyłam o pięknym rowerze. Co wbrew pozorom nie było taki łatwe do zrealizowania, bo rower był dość sporym wydatkiem, dlatego też mój pierwszy rower dostałam po moim starszym ciotecznym bracie. Pomimo, że był to rower dla chłopczyka, to pamiętam że bardzo mi się podobał, w końcu spełniło się moje marzenie! Nazwałam go jakże wdzięcznym imieniem – Stink, taka nazwa została mi w głowie, nie wiem czy wymyśliłam ją sama, czy była to po prostu nazwa marki, ale w każdym bądź razie miałam Stinka! Babcia, chcąc chyba sprawić by rower stał się bardziej dziewczęcy przywiązała mi do rączek kierownicy dwie różowe kokardki, a tata przykręcił dodatkowe kółka, bo bardzo ciężko szła mi nauka jazdy ( z resztą teraz mam podobnie z samochodem). Od tamtej pory rowerem jeździłam codziennie! Tata mył samochód, ja myłam rower, tata chował samochód do garażu, ja chowałam rower! Gdy byłam już teoretycznie zaawansowanym kierowcą roweru, nadszedł ten moment, gdy tata postanowił odkręcić mi boczne kółeczka. Czułam się już taka duża , wsiadłam na rower i pełna strachu z pomocą taty ruszyłam przed siebie, rower rzeczywiście jechał i nawet trzymałam się na nim w miarę stabilnie, jednak z każdą chwilą jeżdżenia narastał we mnie strach związany z zatrzymaniem tej pędzącej maszyny. Pamiętam, że nogami nie dostawałam do ziemi (tata tak wysoko podniósł siodełko). Płakałam i jeździłam w kółko, bo nie wiedziałam jak mam się zatrzymać, wszystkim poza mną było do śmiechu! Skończyło się to oczywiście upadkiem i zdartymi kolanami, do dziś z resztą mam na kolanie pamiątkę na całe życie – czarną bliznę, ponieważ nie dałam mamie dokładnie oczyścić rany. Pomimo bólu, ran i łez do rowerów nigdy się nie zraziłam i nie zrażę, zawsze każdą wolną chwilę staram się wykorzystać na małą przejażdżkę w nieznane!

Odpowiedz
Konkurs rowerowy! | Ineffable 15 maja, 2017 - 6:01 pm

[…] zyskac, przy okazji można sobie troszkę powspominać! O wszystkich szczegółach dowiecie się tutaj. Życzę wszystkim […]

Odpowiedz
Kasia 15 maja, 2017 - 10:40 pm

Mała Kasieńka rowerek miała,
Na czterech kółkach po wciąż pomykała.
Po łąkach, parkach, lasach jeździła,
Z innymi dziećmi chętnie psociła.
Rowerek mknął jak błyskawica,
Przeraziłoby to niejednego rodzica.
Na drodze gałąź, biedronka mała…
Kasia przeszkody te omijała.
Ten nasz kolarz mały,
Był też bardzo wytrzymały.
Butelka wody, czapka na głowę
I czas zaczynać nową przygodę.
Lecz pewnego dnia pięknego
Stało się coś strasznego.
Kasia nie wie jak to się stało,
Kółko się po prostu odłamało.
Dziecko bardzo cierpiało,
Płakać nie przestawało.
Łzy mamusia ocierała,
Rowerek naprawić obiecała.
Lecz Kasia rower swój bardzo kochała
I ciągle jeździć na nim chciała.
Pewnego dnia gdy z rana wstała,
A rodzina jeszcze spała,
Wymknęła się z domu w pidżamie.
Poważnie! Nie kłamię.
Wzięła rower trójkołowy
I pomknęła w świat szeroki.
Jeździła tak po podwórku,
Wśród wesołego psiego chórku.
Nagle z domu wyszła mama,
Śmiejąc się ze swego Szkraba.
Na dwóch kółkach dziecko jechało,
Gdzie jest trzecie? Co się stało?
Potem prawda na jaw wyszła,
Nikt wcześniej o tym nie pomyślał.
Brat rower chciał naprawić,
Zgubił śrubkę, tak zostawił.
Rano Kasia zaspana była,
Braku w rowerze nie zauważyła.
Wsiadając na niego się cieszyła
I tak na dwóch kołach jeździć się nauczyła.
Morał z tego mamy taki:
Najlepsze wspomnienia tworzą dzieciaki:D

Odpowiedz
Kasia 26 maja, 2017 - 7:33 pm Odpowiedz
Pink Lipstick 16 maja, 2017 - 12:04 am

Zawsze gdy pomyślę o rowerowym wspomnieniu, przychodzi mi do głowy myśl z dzieciństwa, kiedy to uczyliśmy się jazdy na rowerach, równocześnie bawiąc sie w „Policjantów i Złodziei”. Zabawa polegała na tym, że ‚Policjanci’ rysowali kredą na chodniku strzałki, według których mieliśmy grzecznie się poruszac, a także znaki drogowe. „Złodzieje” oczywiście nie przestrzegali wytycznych. Wówczas, gdy przepis został złamany, zaczynał się pościg i gonitwa za winowajcami. Jako że wolałam męskie zabawy niż lalki, byłam jedyna między chłopakami. Zabawa była niesamowita i mogliśmy jeździc na rowerach całymi dniami. Oczywiście wolałam byc Złodziejem 😀 Teraz kiedy dorosłam marzy mi się grzeczna jazda, bez łamania przepisów na pięknym rowerku 🙂

Odpowiedz
Martyna 16 maja, 2017 - 1:06 am

Historia miała miejsce wieki temu 🙂 mała Martynka, czyli ja jako drogowy wariat jechałam sobie spokojnie drogą na swoim niewielkim pierwszym rowerze. Pech chciał, że w tym okresie bardzo, ale to bardzo bałam się psów. Kilometr dalej moje oczy zauważyły maleńkiego kundelka (serio, maleńki był). Niewiele myśląc zaczęłam pedałować ile sił w nogach, jechałam dość szybko…niestety. Mój mały rozum kazał mi wiać, więc skręciłam do sąsiadki. Jednak ze względu na moją prędkość i niezdarność, zaczepiłam się małym kółkiem roweru o krawężnik. Poleciałam jak torpeda po żwirowym podjeździe. Do tej pory mam ślad na brodzie.. Wypadków miałam jeszcze wiele, lądowań w rowie również. Co nie zmienia faktu, że kocham jeździć rowerem. Tylko tym razem unikam rowów i nie uciekam przed psami:)

Odpowiedz
Kinga 16 maja, 2017 - 9:01 am

Mój pierwszy wymarzony i upragniony rowerek dostałam od mojego Dziadka, który zrobił mi wielką niespodziankę i wracając z sanatorium (swoją drogą nie wiem gdzie miał tam możliwość zakupu roweru 😉 przywiózł go do domu. Były to lata osiemdziesiąte. Długa, prosta, kamienista droga przed moim domem…a na niej ja i mój biały rower Reksio. Radość była ogromna, tym bardziej, że rower w tamtych czasach to było coś. Lekcje nauki jazdy udzielał mi mój Tata. Razem z tradycyjnym kijem zamontowanym z tyłu roweru oraz pomocą i dopingującym mnie Tatą szybko opanowałam jazdę. Pamiętam, że byłam z siebie bardzo dumna. Jest to bardzo ważne i piękne dla mnie wspomnienie, tym bardziej, że mojego Taty nie ma już z nami. Ja jestem dorosłą kobietą, mam swoją Rodzinę i ogromne szczęście patrzeć, jak mój mąż uczy jeździć na rowerze naszą córeczkę.

Odpowiedz
Dominika 16 maja, 2017 - 9:58 am

Miałam siedem lat i marzyłam o rowerze. Moje pierwsze rowerowe wspomnienie to właśnie moje 7 urodziny. Przyszli dziadkowie z prezentem, a był nim niebieski rowerek, którym od razu zaczęłam jeździć wkoło pokoju, a nie był to przestronny pokój :D. Był to zwykły składak, który rósł trochę razem ze mną, później dostał go syn mojej siostry.

Odpowiedz
maburekk 16 maja, 2017 - 4:38 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie jest takie, ze gdy uczyłam się jeździć, to pewnego razu wjeżdżając na podwórko nie zmieściłam się w otwartą bramę, uderzyłam w słupek i wylądowałam prosto w rowie. 😀 Na szczęście nie było w nim dużo wody. Tak czy owak, to wydarzenie mocno osłabiło moją pewność siebie.

Odpowiedz
Julita 16 maja, 2017 - 6:24 pm

Szperając we wspomnieniach,wracam do lat dzieciństwa. Ja, wtedy 9-letnia dziewczynka idąca do komunii,doświadczam niemiłego,wręcz fatalnego rozczarowania. Jako jedyna z rówieśników,nie dostaje w prezencie roweru górskiego. Rozżalenie i rozgoryczenie sięgało zenitu. Wydawałoby się ,że jest to problem wagi państwowej!….Przecież w tamtych czasach,rower na komunię,był pewny jak kręcąca się Ziemia,a tymczasem taki pech.Niestety moi rodzice ,choć bardzo chcieli, nie byli w stanie kupić mi wymarzonego „górala”. Musiałam przeboleć ten fakt. Temat roweru umierał śmiercią naturalną do pewnego ,słonecznego dnia.
To właśnie wtedy, tata podarował mi przemalowany na ZŁOTO rower „składak”. Własnoręcznie upiększył go,tylko po to ,abym czuła się wyjątkowo,jak księżniczka. Oh-ów i ah-ów rówieśników nie było końca. W końcu…złoty składak był tylko jeden 🙂
Dziś te wspomnienie wywołuje na mojej twarzy uśmiech i świadomość,jaka ze mnie szczęściara.
Mam złoty rower i złotych rodziców. Szczęściara do potęgi.

Odpowiedz
Jakub 16 maja, 2017 - 8:33 pm

Cóż… może nie typowe, może nie kolorowe ale wspominam to z wielkim uśmiechem!

Otóż, gdy na moim pierwszym rowerku, różowym składaczku nazwanym Reksio sunąłem hasiową boczną drogą, na horyzoncie zamajaczył warsztat samochodowy znajomego rodziców. Niesiony wiatrem w włosach 10 latka ściętych na jakże popularnego „jeża” zbliżyłem się do zakładu. Jednocześnie kręcąc pedałkami Reksia spoglądałem na wehikuły typu Opel Corsa na placu, gdy uwagę mą przykuł całkiem rozebrany samochód na kanale, a pod nim Pan Grzesiek, mechanik. Już miałem przywitać się z Panem Grzesiem, gdy nagle okazało się… Że znikąd, przede mną wyrósł biały opel ze skasowanym przodem, a konkretniej maską dociśniętą do ziemi.

Od tego momentu wszystko działo się szybko, podbicie przedniego koła do góry, lekki wjazd na maskę i… majestatyczny lot wraz z Reksiem na haś. A potem już tylko powrót na nogach do domu, nogach z powbijanymi maleńkimi kamyczkami ale… co tam, Reksiowi nic się nie stało!

Odpowiedz
Wiśniowy Mąż 17 maja, 2017 - 12:17 pm

Lat 16 , cóż za dziwy – prezent jednak to prawdziwy,
rower boski, pełen werwy- jadąc w siną dal bez przerwy,
nie nowiutki, leż używka – dla mnie szczęścia to najdwyższka
przyjaciele się zmówili , w głowie wielce zawrócili,
plan był taki „10 km” przed siebie , piknik, ognisko, zabawa jak w niebie!
Pod namioty , na polane – mleko już zostało rozlane!
Zabawa niesamowita, jazda wspaniała – cieszyła się gromadka nasza cała.
I w dniu powrotu, pęd niesamowity – nutką konkurencji o jakże spowity !
I bach! Ciach! Z koła ósemka powstała – szkoda inna nikomu się nie stała!
A mój rower ? Urlop otrzymał, jednak jeden plus się z tego wyrzynał!
Znalazłem miłość swego życia, która moją żoną już jest – i to wspomnienie jest the best!
Bo gdy upadłem, to ona pierwsza pomocy udzieliła, i swą uroda mnie onieśmieliła.
Niczym anioł nade mną się schylała, i boskim wzrokiem się wpatrywała .
Nie wiem czemu, ale ją wtedy pocałowałem, czym wielkie emocje wśród znajomych wywołem!
Teraz? To moja żona i ten dzień połączył serca dwa – lecz obecnie żonka roweru nie ma!
Afajnie by było wybrać się na wycieczkę z nią i dziećmi wiecie? dlatego startuje w konkursie najlepszym na świecie.
To żony ulubiony blog, lecz konkusu tego jeszcze nie widziała i robię wszystko by nie zobaczyła
bo mam nadzieję że gdy ogłosisz wyniki, będzie osobą która wynikiem się zachwyciła!
Bo bez roweru jest nam ciężko, pogoda się poprawia więc marzę o wygraniu – i prezentu najlepszego pod słońcem żonie swej daniu.
I choć wiem że to złudne marzenie, bo konkurencja nie lada- to z miłości do żony wziąć udział wypada … Pozdrawiam, rowerowy miłośnik 🙂

Odpowiedz
Kama 17 maja, 2017 - 1:24 pm

Matko, to było tak dawno! Moje pierwsze, świadome wspomnienie, to seledynowy składak chyba Rometu. Miałam najlepszą przyjaciółkę, która niestety roweru nie miała, ale jako że byłyśmy nierozłączne łobuzice woziłam ją zawsze na bagażniku. To była jedna z naszych ekapad przez osiedle naszego małego miasteczka. W pewnym momencie drę się na Sabinę żeby siedziała spokojnie i się nie wygłupiała, ona na to, że nic nie robi. Ja coraz bardziej zdziwiona zachowaniem mojego roweru nie mogę go opanować… Okazało się, że bolec się wysunął, a rower zaczął się nam składać podczas jazdy! Nic się nikomu nie stało, ale pamiętną wycieczkę obśmiewałyśmy potem wielokrotnie 🙂 Szkoda, że od tyłu już lat nie mam roweru, bo mój ukochany jeszcze z czasów liceum został skradziony…Teraz mieszkam na wsi, a tu bez 2 kółek to jak bez ręki…

Odpowiedz
Lilla 17 maja, 2017 - 1:36 pm

Trudno po tych wszystkich komentarzach napisać coś oryginalnego. Tym bardziej ,że moja pierwsza przygoda z rowerem nie zszokuje chyba nikogo. Lata 60-70 to raczej była walka o rower, ja swój odziedziczyłam po starszym bracie. Dumnie na nim jeździłam mimo,że miał 4 koła ale miło to wspominam.

Odpowiedz
Monia 17 maja, 2017 - 1:36 pm

Moj pierwszy rower dostalam na komunie od chrzestnego.Pamietam ten blysk pedalow srebrnego dzwonka ta barwe niebieska byl cudowny.Ale mam od tamtej pory blizne na kolanie.To znak ktory bede miala na cale zycie.Chcialam pochwalic sie rowerem wsrod calej rodziny ale gdy wsiadlam na niego przewalilam sie na wejsciu na bramie.Zrobilam widowisko przed calutka rodzina.Wszyscy sie smiali a ja z placzem ucieklam do domu bo na kolanie zrobily sie rany a zdarta skora bolala przerazliwie.To wspomnienie dzieki bliznie pamietam do dzis:)

Odpowiedz
Marta 17 maja, 2017 - 1:45 pm

Miałam osiem lat, gdy nauczyłam się jeździć na rowerze. Nauka jazdy na rowerze to miłe wspomnienie, na dodatek uwiecznione kamerą.
Co roku cała rodzina zjeżdża się do prababci na wieś. Między wioskami jeździmy na wycieczki, a wujostwo i ciotki wspominają stare czasy. Ja zawsze jeździłam w foteliku na bagażniku i słuchałam opowieści. Przyszedł dzień, że powiedzieli, że jestem już za duża na bycie pasażerem. Wujek od znajomych pożyczył rower dla dzieci. Gdy go zobaczyłam, przeraziłam się! On nie miał ani kółek po bokach, ani kija z tyłu- jak ja się miałam nauczyć!? Mama opowiadała, że ją tak samo potraktowali i nauczyła się jeździć na tej samej drodze co ja. A co to była za droga? Kocie łby przed domem! Ja po nich ledwo jechałam, jeden wujek mnie asekurował, drugi ze śmiechem kręcił film ze mną i rowerem w rolach głównych, a ciocie i mama mi kibicowały.
Takie to moje pierwsze wspomnienie z rowerem. Teraz jest dla mnie normą jazda po nierównym gruncie. Miło, jak mnie bierze na wspominki i trafiam akurat na to przeżycie- przecież nie można sobie wyobrazić lepszych wspomnień od tych połączonych z rodziną, wakacjami i rowerem!

Odpowiedz
Mały szkrab - Małgorzata 17 maja, 2017 - 1:48 pm

Pierwszy rower, pierwsze szczęście.
Wyczekiwałam dnia zapowiadającego jazdy rowerowej rozpoczęcie.
Pamiętam jak przez mgłę lecz zdjęcia podpowiedzieć mogą,
Mały szkrab w zielone spodenki w groszki ledwo dosięga chodnika nogą.
Buzia roześmiana, ale cała odrobinę rozedrgana,
Jedno spojrzenie w stronę taty i wiem, że nie jestem z tym sama.
Tata podszedł pewnym krokiem, spojrzał oczami pełnymi miłości,
I powiedzał, że zaraz w moim sercu radość zagości.
Przytrzymując rower zachęcał: „Śmiało, no już, jestem obok”.
Mały szkrab podszedł niepewnie do roweru, spuściwszy wzrok.
„Tato, ale nie dam rady, przewrócę się” – powiedziałam.
Jechać beztrosko, tak dzielnie żeby tata był ze mnie dumny – tak w głębi serca myślałam.
Przygotowana do jazdy, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia,
Rączki kurczowo trzymające kierownicę, głowa pełna skupienia,
Oderwałam nóżki i moja pierwsza samodzielna jazda się rozpoczęła,
W mgnieniu oka mała dziewczynka na rowerze mknęła.
Odwróciłam się żeby zobaczyć twarz taty,
Biegł za mną, rozradowany, pewien, że nie spotkają nas żadne tarapaty.
Szybkie spojrzenie na niego, o mały włos nie przypłacone upadkiem,
Mały szkrab jechał szczęsśliwy, spoglądając na biegnącego tatę co chwilę ukradkiem.
Tata sprawił, że dzień pierwszej przejażdżki był niezapomniany.
Mały szkrab poczuł się, jeśli to możliwe, jeszcze bardziej kochany.
To, co łączyło nas kiedyś, łączy nadal,
Największym szczęściem pozostaną przejażdźki rowerowe z tatą w siną dal.

Odpowiedz
Edka767 17 maja, 2017 - 2:12 pm

Cóż! Moje pierwsze rowerowe wspomnienie jest wspaniałe! Pamiętam to jak dziś. Mój kochany Tata, wziął mnie na pole, tam na spękanym chodniki stał biały rowerek na dwóch kółkach, obwiązany welką, czerwoną wstążką. Siedział na nim także uroczy mały piesek! Moje dwa marzenia spełiły się w ciągu jednego dnia. I … Od razu postanowiłam się nauczyć. Tato, co chwile biegał przytymując mnie, a ja? Piszczałam z radości. Cieszyło mnie każde obkręcenie się koła, każdy pełen obrót pedałami, dzwonkiem cieszyłam się jak oszalała. I wtedy ! Tato spojrzał mi w oczy i powiedział… „już pora”, chwile mnie poprowadził, dał kilka cennych rad i … puścił ! Pędziłam na rowerku, sama nie wiedziałam co się dzieje! Było wspaniale, ale ! Ale jak tu zatrzymać ten rower! Spanikowałam! Próbowałam hamować nogami, jednak zdarłam tylko buciki. Wywróciłam się na trawę. Od razu podbiegł piesek i się do mnie tulił. Wszyscy śmialiśmy się. Było cudownie. Dziś? Niestety dzieci nie doceniają tak wspaniałych chwil, zapatrzeni w technologiczne nowości. Chciałabym móc teraz, jako dorosła kobieta, móc wyjechać na przejażdżkę rowerową, zabrać ze sobą dzieci i pokazać im dzieciństwo które przeżyłam ja! Bo niestety to dzieciństwo które mają dzieci teraz… znacznie odbiega od dawnych wyobrażeń!

Odpowiedz
kasia 17 maja, 2017 - 2:22 pm

To tata uczył mnie jazdy na rowerze, a że jest twardzielem – w takim też stylu dawał mi nauki. Plan był prosty : pożyczony składak i szybkie „ogarnięcie” jazdy dwukołowcem. To, czego nigdy nie zapomnę, to jazda z górki :)) Z jednej strony frajda, z drugiej paniczny strach. Zamiast skupić się na utrzymaniu równowagi i patrzeniu przed siebie – wylądowałam na brzegu jeziora. Tata nauczył się wtedy biegać sprintem z górki, a ja ? Zdzierałam kolana na równym terenie przed blokiem i pokochałam rower wielką dziecięcą miłością 🙂

Odpowiedz
Zofia 17 maja, 2017 - 2:40 pm

Hejka wszystkim moja przygoda z rowerem była wielkim wydarzeniem w moim życiu , pierwsza nauka jazdy na rowerze a był nim wspaniały składak Romet niebieski. Byłam niską dziewczynką i nauka na rowerze była trudna bo ledwie sięgałam do siodełka. Moje siostry uczyły mnie b mój tatko był zapracowany a mama zajmowała się domem więcej obowiązków jak za tamtych lat było. Siostry do rowera przymocowały mi patyk który prowadziły mnie. były upadki i to dużo aż w końcu siostry krzyczały „Zosiu jedziesz sama ” A ja taka przerażona że jadę sama wjechałam do rowu i pechowo na krowie odchody….. Było dużo śmiechu , ale za to mama miała co szorować . Moje najlepsze wspomnienie z nauki jazdy na rowerze . Teraz czas przyszedł abym nauczyła swoje dzieci dwójka już umie została najmłodsza córeczka. Jeżdzimy razem na wycieczki rowerowe , wspólne pikniki rodzinne.

Odpowiedz
Joanna Kuras 17 maja, 2017 - 3:00 pm

Moje pierwsze wspomnienie rowerowe, to oczywiście nauka jazdy rowerowej. Tata mnie uczył jeździć rowerem z ,,kijem” 😉 Ten dreszczyk emocji, ta fascynacja, to coś nie do opisania. A później radość gdy przez kilka sekund udało mi się samej jechać! Wspaniałe uczucie ;))

Odpowiedz
Jola 17 maja, 2017 - 3:04 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie było dość bolesne 😀 Mam wrażenie że rower w mojej rodzinie uchodził za towar niezwykle luksusowy – mama zdobyła swojego czerwonego „składaka”z wielkim wysiłkiem i był on dla niej głównym środkiem lokomocji 😉 Wszyscy rower traktowali z szacunkiem, pożyczanie go było surowo zabronione, rower zawsze musiał być czysty i stać w wyznaczonym do tego celu (przez mamę) miejscu. Niestety kiedy miałam ok 5 lat odezwała się we mnie dusza buntownika. Zdarzyło mi się wtedy m.in. wybić za pomocą młotka przednie światło w „maluchu” ojca a także pożyczyć ten właśnie drogocenny rower. Oczywiście mając te 5 lat nie byłam w stanie na niego wsiąść a już samo prowadzenie go było wyzwaniem! Niemniej jednak udało mi się razem z nim wywrócić 🙂 Byłam t5ak zawstydzona swoim wybrykiem, zakrwawionym kolanem i ubrudzonym rowerem, że aż postanowiłam się ukrywać, trwało to jakoś ok pół godziny a później zostałam złapana 😉 Mama mi wybaczyła, kolano się zagoiło a moja pasja do roweru nie osłabła przez to pierwsze niepowodzenie 😉

Odpowiedz
Basiaaa 17 maja, 2017 - 3:35 pm

Oh kocham rower,kocham rowerowe wycieczki –
zdążyłam o tym zapomnieć, przytłoczona domowymi obawiazkami, wychowaniem dzieci, pracą,a kiedyś przecież była to moja pasja, ulubioną rozrywka, mój sposób na rozładowanie stresu!
A moje pierwsze wspomnienie..jest bardzo odległe, Boże to już 40 lat temu!!Siostra dostała z okazji I Komunii rower, to był tzw składak Wigry4 miał piękny niebieski kolor. Ja mimo że starsza, miałam w prezencie zegarek- takie wtedy były prezenty, oj jak ja zazdrościłam siostrze, wtedy ten rower to było coś!! Goście się gościli a ja z siostrą poszlyśmy z nowiutenkim rowerem na ulicę. Było z górki. Ubłagałam siostrę,że jako starsza muszę go wypróbować. Nadmienię że ani ona ani ja nigdy wcześniej nie miałyśmy okazji i możliwości nauki jazdy….Pamiętam że wsiadłam na siodełko, i zjechalam z górki z nogami wcale nie na pedałach ale rozstawionym, oczywiście hamować też nie umiałam…..Wiadomo jak się to skończyło, fiknęłam jak długa, były siniaki i rany, cud że się nic poważnego nie stało, oczywiście Mamie nie przyznałam co się stalo…Ale najbardziej było mi żal że rower się w jednym miejscu trochę zadrapał….Mimo ran i upadku nie podałam się i nauczyłam się jeździć,potem był egzamin na kartę rowerową….A jeszcze później nam ten rower ukradli…Dużo dużo później kupiłam swój pierwszy poważniejszy rower z pierwszej wypłaty, dużo wtedy korzystałam, a stoi do dziś w piwnicy, dorobił się fotelika dla dziecka i łysych opon.

Odpowiedz
Ania 17 maja, 2017 - 3:56 pm

Gdy wspominam moja pierwszą przygodę z rowerem zawsze się uśmiecham pod nosem.
Chodziłam wtedy do 1 klasy podstawówki. W maju, gdy zrobiło się ciepło, moja wychowawczyni zaplanowała wycieczkę rowerową.
Niestety ja nie umiałam jeżdzić na rowerze, a bardzo chciałam pojechać na tą wycieczkę. Miałam około tydzień aby się nauczyć.
Nie miałam swojego roweru, więc wzięłam duży, o wiele za duzy jak na małą dziewczynkę rower mamy i razem z koleżankami z podwórka zaczęłam cwiczyć jazdę.
Pamiętam, że smiechu i upadków było co nie miara, niektórzy oczywiście dziwili się ze jeszcze nie umiem jeżdzić, ale dzięki nim nauczyłam się jeździć.
Niestety jezdziłam jeszcze niepewnie, ale byłam szczęśliwa ze będę mogła pojechać na wycieczkę z całą klasą.
Pamiętam , ze w dniu wycieczki cała się trzęsłam z przerażenia jak ja sobie poradzę, bałam się jechać na tak dużym rowerze i inny nauczyciel który pojechał z nami na wycieczkę jechał ze mną jako ostatnią, za wszystkimi z klasy, aby w razie upadku nikt we mnie nie wjechał.
Wycieczka bardzo się udała, a ja do dziś pamiętam, ile kawałów opowiadano na mój temat.
Na szczęście nie wywróciłam się ani razu!
🙂

Odpowiedz
Agnieszka 17 maja, 2017 - 4:31 pm

Moje wspomnienie rowerowe jest bardzo traumatyczne. Jeżdziłam do 2 klasy podstawówki na rowerze. Pewnego dnia postanowiłam, ze zamkne oczy i puszcze kierownice – efekt był taki, że wylądowałam w rowie obok ulicy. Zapłakana i brudna zostawiłam rower w rowie i pieszo pobiegłam do domu. Przebrałam sie i razem z mamą wróciłam do szkoły spóżniona 🙂

Odpowiedz
Kinga 17 maja, 2017 - 4:42 pm

Pierwsze wspomnienie rowerowe zaczyna się jak u wielu, od długiego kija i taty, który szybciej niż ja wiedział, że jestem gotowa, żeby go odpiąć. Po kilku dość spektakularnych upadkach (do czego zdolność pozostała mi do dzisiaj :)) i pozdzieranych kolanach „załatwił mnie” jak klasycznie – w pewnym momencie po prostu puścił kij. Kilka metrów zajęło mi zorientowanie się, że jadę sama – kiedy to do mnie dotarło byłam z siebie tak dumna, że musiałam pochwalić się czekającej na podwórku mamie (rodzice nadal mieszkają na tzw. ślepej uliczce). Odwróciłam prawie czteroletni pysiek w stronę rodzicielki, aby ją (i przy okazji wszystkich sąsiadów) poinformować o moim sukcesie. Niestety zapomniałam, że wypadałoby uważać na przeszkody po drodze więc z bananem na twarzy w przepięknym stylu wjechałam w płot sąsiadów mieszkających na końcu ulicy 🙂 Na moje szczęście był z siatki :D. Mamie dedykuję ten komentarz, bo jeśli udałoby mi się wygrać chciałabym rower własnie jej przekazać – sama posiadam innego le granda i wiem, że ciężko o lepszy sprzęt 🙂

Odpowiedz
Mania56 17 maja, 2017 - 4:58 pm

Odkąd pamiętam kocham rower! Pierwsze z nim wspomnienie? Padał deszcz! Rower pożyczyłam od przyjaciółki. Miałam może z 9 lat. Wzięłyśmy parasole i udałyśmy się na pobliską polanę (gdzie było idealne miejsce do pierwszej jazdy). Szło mi nieźle! Byłam zachwycona. Na zmianę pędziłyśmy. Całe mokre od deszczu , ale było wspaniale 🙂 I już wracałyśmy (ja na rowerze, przyjaciółka pieszo) gdy najechałam na dołek, wywróciłam się i wpadłam w błoto 🙂 Wiecie co ? To był najwspanialszy dzień mojego życia. Obie z przyjaciółką zaczęłyśmy skakać po tej błotnej kałuży, wyrzucając z siebie wszystkie emocje. Coś niesamowitego! Mama? Nie mogła uwierzyć w to jak wyglądam . Ale przecież mnie kochała, ciuchy wyprała i do dziś pamiętam jaki ten dzień był niesamowity 🙂

Odpowiedz
Agnieszka (Matysek) Grzeszczyk 17 maja, 2017 - 4:59 pm

Za oknem wreszcie słońce, wiosna pewnie szybko ustąpi latu. Tegoroczna przedłużająca się niemiłosiernie zima do granic możliwości rozbudziła apetyt na ciepło, zieleń, łagodne powietrze i jasność dnia. Teraz, gdy już to wszystko znajduje się w zasięgu wystawionej przez otwarte drzwi ręki… czuję, że czegoś mi brakuje, mój apetyt wciąż jest niezaspokojony. Ostatnio często wracam do wspomnień dzieciństwa. Dzieciństwa spędzonego na świeżym powietrzu, oczyszczonym przez otaczającą teren zieleń – wyciszający porywy wiatru las i miękką trawę pod stopami. Tak dobrze mi znane miejsce pełne kojących dźwięków natury ozdobionych gwarem plotkujących w polu dorosłych i szczebioczących dzieci… dziś pozostaje głuche i puste. Miejsce, do którego prawie codziennie pokonywałam rowerem 12 km… Ha! Ha! Już na rowerku z małymi bocznymi kółkami. Trudno dziś w to uwierzyć wyglądając za okno i widząc jak w zasięgu wzroku dorosłych dzieci jeżdżą rowerkami dookoła blokowiska. Jestem taka dumna z moich wspomnień. Jeździliśmy tak we czwórkę – ja, starszy brat i rodzice – niemal codziennie (jak już wspomniałam) wyłączając oczywiście okres zimy. Cóż, nie mieliśmy samochodu. I bardzo dobrze, nie miałabym tylu wrażeń, gdyby droga trwała 10 minut. Czy mogę wskazać konkretne wspomnienie? Jakąś niezapomnianą przygodę? Nie, choć wszystko takie zwyczajne i powszednie, wrażeń było tak wiele…. Panika przy zetknięciu z zaskrońcem i jego cudowne ocalenie od rozjechania, uciekanie przed burzą, rozchlapywanie kołami kałuż podczas jazdy w deszczu, unikanie zderzeń ze ślepymi trzmielami, omijanie żuczków w leśnym odcinku trasy, gonienie dostrzegalnej w oddali kałuży na asfalcie w upalny dzień, rodzinne błąkanie się z rowerami po jagodowym lesie, wypady nad widoczną z ganku Wisłę czy niezapomniany ubaw po tym jak ni z tego ni z owego wysłużony rower brata pękł na pół a resztę drogi trzeba go było nieść w dwu kawałkach (oczywiście rower, nie brata)… Moje najwspanialsze wspomnienie związane z rowerem to chłodny jeszcze letni poranek, śniadaniowa kanapka z masłem i rzeżuchą i kawa zbożowa, a w tle perspektywa rodzinnej wyprawy rowerowej w dobrze znane i lubiane miejsce. To muśnięcia wiatru podczas drogi, ciepło i blask słońca, zapach jak zwykle wilgotnego lasu i ból jazdy pod górkę… No, czasem jeszcze jakiś owad zaplątany we włosach. 😉 Wszystko to i jeszcze więcej drobnych dziecięcych doznań i obserwacji.
Nie da się chyba nie dostrzec nuty melancholii w całej tej mini-opowieści, w końcu wracam do czasów, które niestety minęły, choć chciałoby się by trwały niezmiennie. Pisaniu mojemu towarzyszy jednak również sporo entuzjazmu młodej mamy, której dziecięce „ja” pragnie zabrać rówieśnika – syna – do swojego świata, na własne podwórko, pokazać mu swoje zabawki i nauczyć nieznanych zabaw. On będzie miał kiedyś swoje unikatowe wspomnienia, ale chcę by przybliżenie mu tych moich rowerowych wrażeń zbudowało między nami nić porozumienia na tym polu. Kiedyś wspominając wspólne wyprawy uśmiechniemy się do siebie porozumiewawczo… Tak! Było super! … A pamiętasz jak… Ba!

Odpowiedz
BEATA KOCÓJ 17 maja, 2017 - 6:23 pm

Kiedy byłam małą dziewczynką mieszkałam na wsi.Moimi sąsiadami byli chłopcy za którymi wszędzie chodziłam a oni o dziwo chętnie się ze mną bawili.Jak to chłopcy mieli szalone pomysły i w pewnego letniego popołudnia wymyślili że będziemy gonić kombajny 🙂 Oni na rowerach i ja także miałam swój malutki.Był to czas żniw a kombajny były wtedy jeszcze nowością na polach .I tak jeździliśmy po pagórkach polnymi drogami ,po wertepach i miedzach goniąc kombajny które kosiły zboże.Czasem objadaliśmy się owocami z sadów.Pamiętam jak dziś zapach tamtego wieczoru.Zapach koszonej pszenicy i tańczące na wietrze pyłki .Babie lato rozciągające się po trawach a potem… świetliki 🙂 Czas mijał nam beztrosko i oddaliliśmy się na tyle daleko ,że kiedy wróciliśmy było już ciemno.W domu czekała mnie mała bura od rodziców ale było warto ! Dziś mam prawie czterdzieści lat ale wciąż pamiętam tamten dzień i czasem kiedy jeżdżę wieczorem na rowerze wydaje mi się ,że czuję znów tamten zapach lecz kombajnów już nie widzę na horyzoncie .

Odpowiedz
danka 17 maja, 2017 - 6:56 pm

MAŁA WIEŚ W POZNAŃSKIŁATWEM I JA TEŻ MAŁA ,CHUDZIUTKA DZIEWCZYNKA 6 LETNIA .MAMA MNIE TAM WOZIŁA KAŻDEGO LATA I WŁAŚNIE W TYM CZASIE POSTANOWIŁAM SOBIE ,ŻE NAUCZĘ SIĘ JAZDY NA ROWERZE CHOĆBY NIE WIEM CO.NIE BYŁO TO ŁATWE NIESTETY BO DZIADEK MIAŁ ROWER ALE Z RURKĄ ALE JA DZIELNA BYŁAM I NOGĘ PRZEKŁADAJĄC Z BOKU PRÓBOWAŁAM SWYCH SIŁ Z RÓŻNYMI EFEKTAMI .UCIERPIAŁAM BARDZO W TEJ POTYCZCE A ILE SIĘ NAPŁAKAŁAM TO NIE WSPOMNĘ ,ROWER TEŻ DOSTAŁ ZA SWOJE A DZIADEK MIAŁ CO NAPRAWIAĆ .MÓJ POBYT TAM TRWAŁ MIESIĄC I GDY MAMA PO MNIE WRÓCIŁA TO KOLARZEM JESZCZE NIE BYŁAM ALE JECHAĆ MOGŁAM CHOĆ STYL BYŁ MARNY.

Odpowiedz
marzencia2007 17 maja, 2017 - 7:01 pm

Pamiętam jakby to było wczoraj. 1.06.1998r w prezencie od rodziców na dzień dziecka dostałam mini górala. Tato pracował w Berlinie więc był gościem w domu. Wiedziałam, że to mój tato jednak tak naprawdę go nie znałam. Właśnie w ten dzień zajmował się tylko mną. Na nowym rowerku zabrał mnie w zaciszne miejsce wioski i uczył pokonywać pierwsze kilometry na dwóch kółkach. Podnosił z asfaltu po upadkach, całował obite kolana żebym nie płakała, podnosił na duchu mówiąc, że jeszcze chwila i będzie lepiej. Właśnie wtedy poczułam ojcowską, ogromną miłość, opiekę i chęć spędzania ze mną czasu.
Po dziś dzień-kocham rower. Kocham wracać w to miejsce, gdzie zaliczałam pierwsze wywrotki i pierwsze kilometry na jednośladzie.

Odpowiedz
Anna Ch. 17 maja, 2017 - 7:27 pm

Beskidy, środek wiosny, wszędzie pełno zamieniającego się w dmuchawce mleczu. Droga wyboista, cały czas pod górkę. Wreszcie dotarliśmy – siostra mamy i kuzyni już czekali. Miałam wtedy niecałe 6 lat i dumnie pomykałam na rowerze z podpórkami. Nie zdążyłam się dobrze przywitać ze wszystkimi gdy niczym błyskawica śmignął mi mój kuzyn, 2 lata ode mnie młodszy, powtórzę M-Ł-O-D-S-Z-Y :), pewniakiem zjeżdżający z górki BEZ podpórek. Ten widok to było +1000 do mojej determinacji i ambicji. Oczywiście od razu poprosiłam o odkręcenie podpórek, bo skoro dzidziusie (2 lata młodszy kuzyn wydawał mi się taki mały 🙂 ) potrafią jeździć bez podpórek to ja tym bardziej! 🙂 To wspomnienie jest bardzo silne, dosłownie jakby to było wczoraj. 🙂 Rower kocham do tej pory a zdeterminowana i ambitna jestem jeszcze bardziej. 🙂

Odpowiedz
Monika 17 maja, 2017 - 8:07 pm

Moje pierwsze wspomnienie, do tej pory wywołuje uśmiech na twarzy całej rodziny… a mianowicie .. miałam około 6-7 lat, jechałam pierwszy raz na większym rowerze i od początku miałam problem z nawracaniem. Droga wydawała mi się zbyt wąska aby nawrócić więc często po prostu schodziłam z roweru, kierowałam go w drugą stronę i jechałam dalej. Jednak pewnego razu zdecydowałam się ‚wziąć’ spory łuk… z nadzieją że mi się uda.. ba! byłam przekonana że dam radę. Pomyślałam, że jak zacznę przy samym brzegu drogi (a było to na wsi u babci) to się wyrobię i nawrócę… zamiast nawrócić rowerem wylądowałam w rowie pełnym pokrzyw przy ogrodzeniu jakiegoś domku.. był płacz ale wspomnienie do dziś zostało. A moja starsza siostra patrzyła na mnie i płakała ale ze śmiechu.
A kolejne moje wspomnienie…. również u babci na wsi podobna sytuacja, jadę rowerkiem aż tu nagle przede mną idą cztery krowy (których się bałam w dzieciństwie) oczywiście z właścicielem, nie wiedziałam czy zawrócić czy coś zrobić no bo przecież te krowy mnie zjedzą …. 😉 zjazd z drogi na pobocze był niemożliwy … bo tam znowu były te nieszczęsne pokrzywy. Sytuacja bez wyjścia. A jednak! tak skręciłam kierownicą, do tej pory nie wiem jak… że przecięłam sobie kolano przerzutkami i wracałam do domu z krwią kapiącą po kolanie, ale zadowolona że uniknęłam konfrontacji z krowami i pokrzywami.. Niestety całą sytuację obserwowali chłopcy, to dopiero był wstyd :))) cudowne wspomnienia!

Odpowiedz
Kasiula 17 maja, 2017 - 9:47 pm

Moje wspomnienie pielęgnuję w moim sercu wiele lat.
Mały beżowy rowerek, mała czteroletnia dziewczynka w kucykach z czerwonymi kokardkami…i ten duży, mój ukochany Tata.
Pamiętam jak biegł za mną i trzymał z tyłu kij od szczotki. Ciągle słyszałam Jego głos, jak świetnie sobie radzę. Byłam ukochaną córeczką Tatusia, który czekał na mnie bardzo długo…
I gdy po raz setny puścił rower od razu poczułam, że nie biegnie za mną.
– Tato tsymas?
– Tato tsymas???
No i się odwróciłam…
– Tato nie tsymas!!!
I spadłam. W jednej sekundzie Ten Duży był przy mnie. Wziął mnie na ręce i biegł ile sił w długich nogach. A ja wrzeszczałam ile sił w czteroletnich płucach.
Mama widząc ogromną śliwkę na czole pobiegła do lodówki. Urywając drzwiczki od zamrażarki wyrąbała siekierą kawałek lodu i podeszła do mnie. Ja widziałam tylko tę siekierę. I powiedziałam tekst wspominany na każdej rodzinnym spotkaniu.
– Nie zabijajcie mnie!!!
Taty nie ma z nami 25 lat. Nie widział jak dorastam. Nie poprowadził mnie do ołtarza. Nie widział jak się rozwodzę. I nie poznał swojej jedynej wnuczki, której z pewnością by strugał koniki z drewna. Dlatego pielęgnuję to wspomnienie z Tym Dużym, beżowym rowerkiem i małą dziewczynką w kucykach z czerwonymi kokardkami…

Odpowiedz
Paulina Cyranik 17 maja, 2017 - 10:58 pm

ROWER…czerwona damka marki ROMET
Och, jeszcze teraz na tę myśl serce zaczyna szybciej bić 🙂 A pierwszej przygody z nim związanej nie zapomnę do końca życia. Pierwszy dzień po Komunii Świętej – poniedziałek – po szkole Mama pozwoliła pojechać mi do Babci . Dom Babci oddalony był jakiś kilometr od naszego rodzinnego domu. Mieszkaliśmy na wsi, droga do Babci biegła wzdłuż wysokiego sosnowego lasu, z jednej strony, z drugiej zaś wzdłuż soczystej zielonej łąki, gdzie zawsze wypasały się krowy. Cóż to były za widoki…wspomnienia…zapachy wiejskiego, majowego powietrza, pięknie kwitnące bzy, polana kwitnących konwalii…mmmm.
Wjeźdżając na podwórko przed domem dziadków, gdzie zawsze można było spotkać kury, gęsi, czy też kaczki…nagle pojawił się ON… ogromny, napuszony indyk – król podwórka! (z reguły zamknięty był w ogrodzeniu, lecz tym razem było inaczej). To on był postrachem wszystkich dzieci, zawsze omijaliśmy go wielkim łukiem. Wielki drapieżnik 😉 wskoczył na bagażnik mojego roweru i zaczął bez opamiętania „dziobać” mnie po plecach 🙂 🙂 🙂 a ja jeździłam po podwórku w kółko, wrzeszcząc POMOCY!!!!!!! Teraz wydaje mi się to śmieszne, wówczas drżałam ze strachu…może nie o siebie, ale o ten piękny , wymarzony, nowiutki, czerwony rower, a raczej jego bagażnik ;P Oczywiście na pomoc przybyła jak zawsze kochana Babcia, która wyrwała mnie ze szponów groźnego indyka. 🙂

Odpowiedz
Ada 17 maja, 2017 - 11:02 pm

Zgłasam się
A więc tak moje pierwsze rowerowe wspomnienie hmmm, miałam chyba 5 lub 6 lat z Polski przeprowadzilośmy się na rok do taty do Irlandii , chodziłam tam do pierwszej klasy podstawówki. Wszystkie koleżanki i wszyscy koledzy potrafili już jeździć na dwu kołowych rowerach, a ja cały czas miałam malutki rowerek z dodatkowymi kółkami. W końcu stwierdziłam że chce nauczyć się jeździć na dwókoławym rowerze jak inne dzieci, a swojego staruszka oddałam 2 lata młodszej siostrze. Niestety nawet dziecięce rowery były bardzo drogie więc myślałam, że chyba jednak muszę trochę zaczekać ze spełnianiem rowerowych marzeń. Na szczęście wójek mieszkający w Dublinie dostał używany różowy rower od znajomych , a z powodu iż moje kuzynki były jeszcze za małe by na nim jeździć oddał go nam! Przed pierwszą jazdą poszliśmy do wielkiego sklepu dziecięcego gdzie kupiliśmy błyszczący srebrny kask i różowe ochraniacze z Barbie (które mam do teraz) wtedy tata zaczął mnie uczyć. Zasuwając po osiedlu obtarłam sobie chyba każdą część ciała. Kiedy tylko nauczyłam się utrzymywać na rowerze pedałowałam jak szalona. Mama krzyczała żebym zwolniła, a tata biegał za mną i co chwila zbierał mnie z ziemi . Najgorszy był jeden zakręt w rogu między ogrodzeniem o budynkiem. Zawsze się tam wywracałam. Jednak pewnego razu z domu wybiegła moja znajoma ze szkoły. Lubiłam ją ale z nieznanych mi pobudek zaczęłam uciekać na rowerze jak najszybciej umiałam. Prechss goniła mnie w jednym bucie i jednej skarpetce po całym osiedlu a ja nawet nie zauważyłam kiedy przejechałam „zdradliwy zakręt” bez wyrotki pamiętam, że byłam wtedy naprawdę szczęśliwa. Poszłam do domu żeby się pochwalić ale zdziwieni rodzice stwierdzili że to chyba nie możliwe. Więc mimo własnych wątplitości wsiadłam na rower rozpędziłam się i przejechałam, ku własnemu zdumieniu bez zderzenia z ziemią. Rodzice byli dumni więc zabrali mnie i siostrę na pizze do pobliskiej restauracji Pizza Hat. Wspomnień związanych z jazdą mam jeszcze o wiele więcej ale to utkwiło mi w pamięci najbardziej bo to dzięki niemu mogłam przeżyć resztę min. czołowe zderzenie z tatą, podążanie ścieżką z dzieciństwa Mamy i nagłe urwanie drogi , jazda przez pola po śladach traktora, felerne zdawanie karty rowerowej, jechanie rowerem na złamanie karku do weterynarza z psem w koszyku i wiele wiele innych . ❤

Odpowiedz
Mirosława 17 maja, 2017 - 11:43 pm

Mój pierwszy rowerowy przebłysk pamięci?
To on: https://zapodaj.net/b63980cb60bab.jpg.html

Na tym zdjęciu czarno-białym w podkolanówkach szałowych
i z hełmem włosów przyciętym przepięknie 😉 do kształtu głowy
siedzę JA, choć nieco młodsza niż się teraz prezentuję.
Co robię? No cóż, udaję, że przed siebie pedałuję… 😉

To mój rower. Ciut za duży,ale za to mój i basta!
Bo rower musi być duży! Do roweru się dorasta! 😀

A tak serio – w domu bieda była, a ja o rowerze
marzyłam nader gorąco, namiętnie, długo i szczerze,
aż się zawziął mój kochany dziadek i swojej kruszynie
uzbierał na stary rower oszczędności i w wiosczynie

sąsiadującej z mym miastem nabył nieco wysłużony
wehikuł. Potem naprawiał, wyginał go w różne strony,
wyklepywał i szlifował, prostował koła zawzięcie,
by się na nim dało jeździć. W powodzenie wierzył święcie.

Wreszcie nadszedł dzień wiosenny. Z wrażenia straciłam głowę,
bo przy domu bez okazji czekał na mnie ten tu rower!
Wielki i majestatyczny, wyklepany, ogarnięty…
Dziś tak łatwo w każdym sklepie nabyć takie cudne sprzęty,

ale wtedy to był wręcz cud! Taki piękny! Taki duży!
Wsiadłam… Zapedałowałam… i wjechałam do kałuży. 😀
Trochę trwało, nim pojęłam tajniki jazdy bezpiecznej,
i tak się uzależniłam – tak, to są wnioski bezsprzeczne!

Bo jak mam to wytłumaczyć, że od tamtych lat dziecinnych
nie odpowiada mi pojazd prócz roweru żaden inny? 😀
Na dwóch kółkach jestem sobą. Czuję się dobrze i pewnie.
Bez nich – ciągle się potykam albo cichcem płaczę rzewnie…

Pamiętam do dziś ten zachwyt, że to mój, że ma dwa koła,
że kierownica tak piękna o dotyk dłoni wprost woła,
że ten rower używany będzie wozić mnie po świecie –
choć mozolnie i powoli, bo nie sięgam ziemi przecież… 😉

I ten lęk – że oto w dłonie trafia moje sprzęt bezcenny.
Że dziadek mi go powierza – ale taki lęk przyjemny. 🙂
Że będę musiała zadbać o każdy detal i szprychę
i na drodze walczyć nieraz z gumą albo innym lichem…

Czy dam radę? Czy podołam? Czy nie chciałam nazbyt wiele?
Pamiętam to drżenie serca, uroczyste – jak w kościele…
A potem – po pierwszych wpadkach – pierwszy taki rajd udany,
bez potknięć i bez upadków. Test na dorosłość w mig zdany !:D

I tak od dziecka aż do dziś bez przerw w kolarskiej karierze
świat przemierzam bez problemu raźno, rześko – na rowerze!
I kiedy tak pedałuję na kolejnych wehikułach,
w myślach do serducha mego dziadka serdecznie przytulam,

bo gdyby nie jego upór, by dać wnuczce ukochanej
dwa kółka – i przez to skrzydła – byłoby pozamiatane…
A tak – mam spokój od auta, wydatki tnę na paliwo,
a codzienna jazda sprawia mi wciąż przyjemność prawdziwą!

Mirka

Odpowiedz
Jolanta 17 maja, 2017 - 11:47 pm

W dzieciństwie mieszkałam na wsi i miałam daleko do szkoły. Chodziłam pieszo, ale w drodze powrotnej często ktoś z sąsiadów podwoził mnie furmanką. Pewnego dnia, o 4 lata starszy brat jechał akurat dużym rowerem , wziął mnie na ramę, aby mnie podwieźć do domu. Od kilku dni padały deszcze, więc droga była błotnista. Koła roweru zaczęły ślizgać się w błocie, brat nie utrzymał równowagi i…wylądowaliśmy w sadzawce, koło której właśnie przejeżdżaliśmy. Zaczynała się dopiero wiosna, więc woda była bardzo zimna. Na szczęście do domu było już nie daleko. Za jakiś czas, do szkoły zaczęłam jeździć sama swoim rowerkiem. Nie trzeba było długo czekać, wkrótce, spiesząc się do szkoły, nogawka szerokich spodni wkręciła mi się w łańcuch. Wywróciłam się, a potem szamotałam, aby uwolnić nogę i jakoś wstać. Skończyło się to podartą nogawką, którą udało mi się wyszarpać z łańcucha, ale ten spadł z zębatki. Odprowadziłam rowerek do domu i miałam tego dnia wolne, bo do szkoły było już za późno jechać. Potem długo już takich przygód nie miewałam, poza jakąś wywrotką lub wjechaniem na drzewo, pędząc krętą ścieżką przez las. 🙂

Odpowiedz
Kasia B. 18 maja, 2017 - 12:54 am

Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień rowerowych nie należy do najszczęśliwszych. Swój pierwszy czerwono żółty rowerek miałam bardzo krótko. Udało mi się kilka dni „poszaleć” na nim po podwórku, do czasu kiedy to został na chwilę sam przed drzwiami do mieszkania. Rowerek po prostu zniknął sprzed nich… Bardzo ciężko było mi zrozumieć co się stało, że ktoś tak po prostu sobie go wziął, „pożyczył” i nie odda!? Oczywiście po jakimś czasie na jego miejsce pojawił się kolejny już taki bardziej dorosły, z którego byłam bardzo dumna. Ale przyznam, ze po tej historii każdy następny rower był moim oczkiem w głowie i pilnowałam go na każdym kroku 🙂

Odpowiedz
Małgorzata 18 maja, 2017 - 1:04 am

Mój pierwszy rower (ek)………………..
To wspomnienie o ukochanym dziadku, którego, mimo iż jestem dorosła i mam już pełnoletnie dzieci, strasznie mi brakuje.
Są moje 4 urodziny, cały dzień jestem nieznośna, bo mama powiedziała mi rano, że jak wróci z pracy to będzie miała dla mnie prezent. Nie mogłam się doczekać, zamęczałam dziadka pytaniami:
– dziadek kiedy mama wróci?
– dziadek czy ty wiesz jaki prezent dostanę?
– dziadek, a może dostanę rowerek, taki czerwony, z czterema kółkami, ja mam 4 lata to i rowerek będzie miał 4 kółka, no wiesz taki jak ma Dorotka, no wiesz mówiłam Ci
– dziadek, dziadek,dziadek……..
A dziadek znosił to cierpliwie i tylko się uśmiechał.
Wreszcie mama wróciła i wpadłam w histerię, bo weszła do domu z czerwonym rowerkiem z czterema kółkami.
Piszczę, krzyczę, skaczę z radości.
Biegnę do dziadka..
– dziadku, dziadku, wiesz co dostałam na urodziny? rowerek, czerwony!!!
– no to wspaniale! A od kogo dostałaś ten rowerek?
– no jak to od kogo? nie wiesz? od Ciebie przecież!!!
Rzucam się na niego i ściskam z całej siły, a potem bardzo poważnie mówię:
– no to jak już kupiłeś mi dziadek ten rowerek to może teraz naucz mnie na nim jeździć!
Mój pierwszy rower(ek)……
Mój wspaniały dziadek……

Odpowiedz
Adrianna Michalska 18 maja, 2017 - 9:58 am

Za każdym razem kiedy leżę na łóżku i zamykam oczy, przenoszę się myślami do dnia, w którym przyszedł moment na moją pierwszą samodzielną przygodę z rowerem. Czuję, jakbym za każdym zamknięciem oczu przeżywała te chwile na nowo. Wspaniałe wiosenne południe, pierwsze promienie słońca…moje siostry starsze ode mnie, wszystkie po komunii, więc swoich rowerów się doczekały, a na mnie schowana w stodole czekała wysłużona, ale wierna „koziunia” – szary, obdrapany i pokrzywiony składak. Nie liczyło się to, że ma wiele lat. Nie liczył się jego wygląda, ani fakt, że przede mną miał wielu właścicieli. Liczyła się tylko i wyłącznie świadomość, że teraz wreszcie należy do mnoe i będę mogła nauczyć się jeździć. Mała kilkulatka, blondyneczja z barankami na głowie, uśmiechnięta od ucha do ucha, z wielkimi puckami – dokładnie tak wtedy wyglądałam. Bez namysłu wraz z mamą wyprowadziłam koziunię na ulicę, na szczęście mało ruchliwą, bo mieszkam na wsi. Z rozmachem wskoczyłam na składaka…i…bam ! Bęc na ziemię ! Twarda byłam, wstałam. Jeszcze wielokrotnie powtorzyłam wywrotki i wreszcie, kiedy utrzymałam równowagę puściłam się z górki na nic nie zważając. To przyśpieszenie, teb wiate we włosach i rodzina pędem biegnąca za mną ! Śmiałam się w niebogłosy! Oczywiście nie wyhamowałam i przekoziołkowałam na kamieniach kończąc z obdartym ciałem, ale wcale nie płakałam. Opowiadałam wszystkim jak to sama nauczyłam się jeździć. Poprosiłam nawet rodziców, aby wprowdzili mi nawet składaczka do pokoju na noc. T najwspanialszy rower jaki mogłam sobie wymarzyć na pierwszą jazdę. Na myśl o tym wspomnieniu, o tej chwili, mam łzy w oczach, ale takie szczere i radosne.

Odpowiedz
Joanna 18 maja, 2017 - 10:10 am

To jedno z moich ulubionych wspomnień, z czasów kiedy życie było sielskie-anielskie. Mial może z 5 lat. Pamiętam, że był piękny, wiosenny dzień. Polana w środku mojego ukochanego lasku. Tata trzyma za kij od szczotki przyczepiony do mojego rowerku. Rozpędza się, pchając mój rower i nagle…Jadę!!! Jadę sama!!! Ależ wspaniałe uczucie. Taka wolna, jak nigdy. Do dzisiaj czuję tę wolność, kiedy jeżdżę na rowerze…

Odpowiedz
renatak0 18 maja, 2017 - 10:31 am

5 albo 6lat ,nie pamiętam dokładnie ,minęło ponad 35 lat.Podwórko,mała ja, rece wysoko podnoszę,w rękach kierownica.Roweł składak, żółty, odrapany na małych kółkach,własnośc siostry starszej o dziesięć lat.No, i zaczyna się moja jazda,lato piasek,powiewa wiatr, kurzu tumany a ja niestrudzenie odpycham pedały.Raz i drugi, trzeci i czwarty,toczę z grawitacją i równowagą pojedynek zażarty,w końcu tak, super, jadę przed siebie i ląduję na podwórka na jedynym drzewie.Wisienkę trochę obtłukłam,kolana zadrapania miały, ale ja z uśmiechem na twarzy poszłam do mamy,by mnie pochwaliła za to co sama dokonałam!

Odpowiedz
Madziula P. 18 maja, 2017 - 10:44 am

To był wyjątkowo upalny kwiecień, odkąd sięgam pamięcią nigdy tak gorącego nie przeżyłam, ani wcześniej, ani później. Pogoda zdecydowanie rozpieszczała. Dziadek postanowił, że owszem, dostanę rower na komunię, jednak będę musiała na niego zaczekać dwa lata aż trochę urosnę. Był bardzo pragmatyczny, chciał, by zakupiony przez niego i babcię podarunek starczył mi na jak najdłuższy czas. I jest, doczekałam się, dwa lata minęły szybciej niż się spodziewałam. Teraz stał w garażu błyszczący, pachnący nowością, nadal na mnie za duży, ale zdecydowanie najpiękniejszy ze wszystkich. Bordowy, wybrany przeze mnie, z męską ramą i dużymi kołami. Do pedałów dosięgałam delikatnie przechylając się na boki, mimo, że siodełko było ustawione na najniższy poziom. Góral był w tamtym latach szczytem marzeń i hitem sezonu. Byłam prze szczęśliwa, w końcu mogłam mknąć gdzie dusza zapragnie, mieć wiatr we włosach a na buzi promienny uśmiech. Od tej pory codziennie po szkole wsiadałam na mojego „górala” i razem z grupą koleżanek jechałyśmy nad pobliskie jezioro. My, rowery, woda, piękna pogoda, a w plecaku kanapka z serem i woda rozrobiona z sokiem w plastikowej butelce po oranżadzie. To był szczyt marzeń. Nic więcej nie było nam potrzebne. Rower do dziś stoi w garażu. Nadal jest na mnie za duży. I choć ma już paręnaście lat, jednak wiem, że nigdy go nie wyrzucę. To prezent, który ma wartość dodaną – schowaną gdzieś między szprychami.

Odpowiedz
Klaudia 18 maja, 2017 - 10:59 am

Ah, wspomnienia rowerowe. Niestety od dawna roweru nie posiadam, choć bardzo bym chciała, dlatego w zasadzie pozostają mi same wspomnienia 😉
Jedno z tych, które najmocniej zapadły mi w pamięć, opowiada o tym, jak w wieku ok. 5-6 lat pojechałyśmy z moja koleżanką i jej tatą do pobliskiego parku.
(Pole Mokotowskie w Warszawa, część zachodnia, gdyby ktoś chciał sobie tę historię zwizualizować)
Koleżanka była ode mnie starsza 3 lata, więc już dorosła kobieta (jak podpowiadał mi mój małoletni umysł!), dlatego wszędzie po praku podążałam za nią.
(gdzie w tym czasie był jej tata już nie pamiętam, widać nie było to dla mnie ważne)
Jeździłyśmy tak różnymi ścieżkami, między drzewami, stawikami, między ludźmi. W pewnym momencie, już niedługo przed powrotem, moja DOROSŁA koleżanka wpadła na pomysł, żeby rowerem przejechać przez kamienny niby-mostek, nad jednym ze stawików.
(Czemu niby-mostek? Tak na prawdę były to kamienne płyty poukładane jedna za drugą w odległości ok. 10cm od siebie.)
Koleżanka jednym susem przejechała z gracją na drugą stronę stawiku. Ja, przyzna, że z lekka obawą, postanowiłam pójść w jej ślady, bo przecież wstyd byłby, gdybym tego nie zrobiła! Zaczęłam pedałować moją żółtą strzałą ku mostkowi, już sie rozpędzam, wjeżdżam na pierwszy kamień i….chwilę później coś się stało, coś nie wyszło. Być może rower był za mały na takie szczeliny między płytami, być może w panice skręciłam kierownicą. Nie wiem. Wiem, że razem z rowerem runęłam do wody. A woda, o zgrozo, była tak bardzo głęboka! Widziałam tylko pod wodą topiący się obok mnie rower, i tę ogromną odległość do świata zewnętrznego i powietrza. Nie wiem jak długo spędziłam pod wodą, ale wiem, że chwilę mi zajęło wypłynięcie na zewnątrz. Na szczęście nic sie nie stało, ani mi ani rowerowi. Poza byciem mokrym oczywiście.
Cała historia z perspektywy czasu wydaje się być śmieszna, zwłaszcza, że było mi niesamowicie głupio i wstyd. Teraz przechodząc znów tą samą drogą, tym samym mostkiem w tym samym parku, trochę się sama z siebie śmieje, bo wody to w tym „stawiku” jest może do połowy łydki. Ale co widziała 5-letnia Klaudia to jej. 😉

Odpowiedz
Magdalena 18 maja, 2017 - 11:11 am

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie pochodzi z czasów, gdy miałam 5 lat. Mój rok starszy brat śmigał już na jego czarno-seledynowym góralu. A ja zapatrzona w niego też chciałam jeździć! Poprosiłam więc mamę, czy by mnie nie nauczyła jeździć na rowerze. Wzięłyśmy tego górala do parku i próbowałam, próbowałam, próbowałam… Nie udało się. Jak tylko mama puszczała mnie samą na rowerze – panikowałam. Zamiast patrzeć przed siebie patrzyłam na koło i nie potrafiłam utrzymać równowagi. Po tym zdarzeniu próbowałam jeszcze kilka razy, ale z takim samym skutkiem. Przełomem były wakacje, które spędzałam u babci na wsi. Poprosiłam wtedy moją kuzynkę, żeby mi pokazała jak się jeździ. Potem wsiadłam na rower, ona mnie lekko pchnęła i stał się cud! Jechałam! SAMA! To było niesamowite, że na równej powierzchni w parku nie mogłam się nauczyć a na nierównej ziemi podwórka na wsi bezproblemowo. Od tej chwili pokochałam jazdę na rowerze. Po dziś dzień podróżuję rowerem wszędzie, gdzie się da. To najlepszy środek lokomocji dla mnie. Świeże powietrze, wiatr we włosach i potęga własnych mięśni. Kocham to!

Odpowiedz
Ewa 18 maja, 2017 - 11:16 am

Moje pierwsze wspomnienie rowerowe… zacznę od tego, że w czasach mojego dzieciństwa zakaz wyjścia na podwórko to była największa kara ever! A kiedy dołączyć do tego ” nie pójdziesz na rowerek” to dosłownie świat się walił. Tego dnia kiwał mi się ząb – jeden z mleczaków i strasznie byłam z tego powody rozdrażniona, gdyż nie mogłam jeść. Ponieważ tata zawsze „oszukiwał” nas mówiąc,że tylko sprawdzi jak się kiwa i wyrywał zęba – nie dałam się już nawet tknąć na to hasło. Jednak wystarczyło,że powiedział „nie pójdziesz na rowerek” a od ręki stawałam na baczność z otwartą buzią, tak uwielbiałam jazdę na moim ukochanym czerwonym rowerku. Nigdy tego nie zapomnę 🙂

Odpowiedz
Karolina 18 maja, 2017 - 11:31 am

Mam 25 lat.
Choć nigdy nie miałam swojego osobistego roweru zawsze musiałam pożyczać go od kuzynki to tylko jak nadarzyła się okazja chciałam wykorzystać ten dzień jazdy na rowerze w jak najlepszy sposób, a majowe dni były najpiękniejsze.
Moi rodzice są po rozwodzie, nie miałam i nie mam częstego kontaktu ze swoim ojcem, a właśnie z nim kojarzy mi się moje pierwsze rowerowe wspomnienie i chyba jedyne wspomnienie taty z dzieciństwa.
Pamiętam jak mnie odwiedził, nie wiem mogłam mieć z 5-6 lat i chciałam się nauczyć jeździć na rowerze, to była moja pierwsza próba życiowa, doczepił jakiś kołek i mnie prowadził, tłumacząc co mam robić i w pewnym momencie mnie rozpędził i puścił, a ja jechałam przestraszona i dumna, nie zaliczając nawet upadku.
Chciałam, żeby mnie docenił, może do nas wrócił, w sumie nie pamiętam czego oczekiwałam, ale dzięki temu nauczyłam się tej skomplikowanej jazdy dość szybko i zostało mi miłe wspomnienie ojca z dzieciństwa .
Myślę, że każde pierwsze rowerowe wspomnienie z dzieciństwa dziecka zostanie w pamięci na długie lat, więc zachęcam by być ze swoimi dziećmi w każdym ważnym dla nich dniu, przede wszystkim razem, wspólnie oboje rodziców.
Pozdrawiam serdecznie

Odpowiedz
Kacper 18 maja, 2017 - 11:33 am

Tak to już jest z człowieka wspomnieniami
Że często zapamiętuje upadki, gardzi zaś swymi wręcz wyczynami
Bo każde zdarzenie pozytywne wyczynem być może
A nawet jest nim i dla mnie zostanie jako takie o każdej świata porze
Lecz trzymając się zdania stwierdzonego wprzódy
Powiem Wam wszystkim bez cienia ułudy
Że gdy już niby rowerem na dwóch kółkach jeździć samemu umiałem
I nie pamiętam, a bym pamiętał, tak, nic nie udawałem
Przechodząc do sedna – rozpędzony całkiem, bez hamowania, uderzyłem w Malucha
Samochód produkcji polskiej, nazwa wpada do ucha
Maluch kolizję przeżył, bez szwanku, ja i rower też
I jeżdżę do dziś, a na drodze mi nie staje nawe jeż

Odpowiedz
Basia 18 maja, 2017 - 11:34 am

Z niecierpliwością czekałam z nosem przyklejonym do okna aż tato wróci z pracy. To nie była taka prosta sprawa! Musiałam uzbroić się w cierpliwość, w końcu czas na przepranie się w strój podwórkowy i posilenie się najpyszniejszą na świecie zupą pomidorową mojej mamy troszkę jednak trwało. Jakaż to była udręka, kiedy z niecierpliwością liczyłam każdy kolejny kęs licząc na to, że będzie tym ostatnim… Nareszcie ! Udało się ! W końcu możemy pójść na podwórko pograć razem w piłkę. Tato tym razem miał jednak inny pomysł na popołudnie. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie pobiegł za mną na zrobione przez siebie mini boisko za domem a skierował się do garażu. Pomyślałam : ” No nie ! Co jak co ale dłużej czekać już nie chcę !” i tupnęłam małą nóżką w miękki trawnik. Kiedy tato wyłaniał się powoli zza drzwi garażowych ja gotowa do zaprezentowania moich skrzyżowanych fochem rąk i skrzywionej miny przechadzałam się z ignorancją przed nim. Nie zdążyłam nawet wzdychnąć z niezadowolenia kiedy ujrzałam, że razem z tatą wyłania się również żółte dwukołowe cudo ! Krótkie rączki same opadły a skrzywione usta uniosły się tworząc półksiężyc. Krzyknęłam i podskoczyłam z zadowolenia ! Był piękny. Tato wręczył mi dwukołowy prezent a ja czym prędzej wsiadłam na siodełko. Nie potrafiłam jeździć jeszcze na dwóch kółkach, przyzwyczajona byłam do moich przyjaciół- bocznych wspomagaczy. Ten model tego nie miał. Tatko przymocował jednak patyk do tyłu i uspokoił mnie, że będzie za mną podążał wspomagając moją równowagę. Ależ byłam szczęśliwa! Usadowiłam się wygodnie, położyłam rączki na kierownicy, nogi lekko położyłam na pedała, jeszcze dla pewności zerknęłam czy tato stoi na straży i w gotowości do wspomagania i bach – ruszyłam do przodu. Pamiętam to szczęście wypełniające moje małe serduszko i te krzyki radości ! Kiedy zerknęłam w trakcie jazdy lekko w lewo, spostrzegłam, że nikogo tam nie ma ! W mig moje ciało stało się jak twarde i nieruchome jak cegła a ja powędrowałam wraz z nowym cackiem na mięciutki, niedawno przystrzyżony trawnik. Zerknęłam za siebie. Tato stał w miejscu, z którego ruszałam. Oczy napłynęły mi łzami a w główce królowała myśl : ” Oszukał mnie ! A przecież obiecał, że będzie! ” i wybuchnęłam płaczem. Do tej pory pamiętam ten moment jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu i to nie tylko dlatego, że dostałam rower, o którym marzyłam ale dlatego, że dopiero po czasie zrozumiałam jego sens. Tato wcale mnie nie oszukał, on mnie uczył. Nie tylko jazdy na rowerze ale podejmowania nowych wyzwań.

Odpowiedz
Ewa 18 maja, 2017 - 11:35 am

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie, hmm to dość zabawne zatem uśmieję się pisząc tego posta ale przecież miło jest powspominać czasy beztroskiego dzieciństwa. Pamiętam moją pierwszą w życiu przejażdżkę rowerem miałam jakieś 6 -7 lat ……..rower ten był w kolorze morskim, byłam nim zachwycona, piękny pastelowy kolor no i z łatwością dosięgałam pedałów. Moja ulubiona trasa to wjazd pod samiuteńką górę ulicy i zjazd z górki tuż pod mój dom, dodam że nie byla to dość ruchliwa okolica. Wiatr we włosach, dreszczyk adrenaliny? nie wiem, miałam jakieś 6 lat i ciężko tu mówić o moich ówczesnych odczuciach. Prawdopodobnie było to zwykłe podekscytowanie, że robię coś sama, że coś fajnego i inni mogą na mnie patrzeć… W każdym razie, nie myślałam o tym, że coś może mi się przytrafić, nie bałam się niczego… wjazd pod górkę był dosyć męczący, ale zjazd z tej góry wynagradzał mi cały mój trud włożony w dotarciu na samiuteńki szczyt ulicy. Jeździłam wraz z bratem, rok ode mnie starszym…. pewnego dnia zjeżdżając zablokował mi się łańcuch, następnie spadł,a to był rower , którym hamowało się pedałami poprze ruch w tył! Pędziłam jak szalona, na dole, pod domem stała moja starsza siostra, która nadzorowała naszą zabawę.. zaczęłam hamowań nogami, ale nie pomogło za dużo..siostra stała na drodze próbując mnie zatrzymać , ale efekt był taki, że 3 metry dalej zrobiłam ilka kółek wokół własnej osi i wylądowałam na ziemi, nie pamiętam nawet czy płakałam ,bo tak byłam wściekła na siostrę, że ona się śmieję, ale teraz już wiem dlaczego…..wyobrażam sobie moją minę w tamtej chwili ;D Najwazniejsze jest to, że ten incydent nie skreślił mojej przygody z rowerem……… miałam ich chyba z 5.. ale co z tego skoro w tamtych czasach były modne tzw. składaki i nie miałam nówki prosto ze sklepu,gdyż moich rodziców nie było na to stać…. tak jak ten , który kupiono mi w dniu mojej Komunii św..który był na mnie za duży mimo to jeździłam na nim .. ale nie trzeba było długo czekać na wypadek, wjechała we mnie dużo starsza dziewczyna, która jechała z górki nie po tej stronie ulicy co trzeba i wylądowałam na asfalcie….więc później jeździłam mniejszym rowerem, mojego brata… Po moim pierwszym pastelowym rowerku miałam z 5 innych składaków, z każdym miałam przygodę, a to łańcuch ,a to hamulec nie działał,a to pedało odpadło, kiedyś nawet mi kierownica odpadła! Mimo to nadal czuję sympatię do rowerów :))))))))) w tej chwili nie mam roweru a szkoda…….przydałby mi się ten rowerek :))

Odpowiedz
Grzegorz Dymon 18 maja, 2017 - 11:42 am

Rower, ach rower… jeżdżę na nim odkąd zacząłem chodzić. Pamiętam, gdy jako malutki chłopiec, ganiałem po podwórku i ścigałem się rowerem na czterech kółkach. Pewnego dnia tata powiedział, że mam zostać prawdziwym mężczyzną i zacząć jeździć na dwóch kółkach. Uczył mnie kijem, zamocowanym do roweru. Wszystko było ok do momentu, kiedy zauważyłem, że kija już nie trzyma. Wtedy nastąpił pierwszy i zarazem ostatni upadek 😀 Cudowne czasy! Właśnie odstawiłem warszawskie Veturilo z takim marzeniem posiadania swojego własnego… rowera… ach…

Odpowiedz
Kamil 18 maja, 2017 - 11:44 am

Mój pierwszy raz na rowerze, był taki że aż sam w to nie wierzę . Miałem wtedy 6 lat i bardzo mnie ciekawił świat.
Mój kochany dziadek w stresie uczył mnie jazdy na rowerze, Ja jako osoba o silnym charakterze gdy coś mi wejdzie do głowy nie ważne czy to pomysł jest niezdrowy, na wszystko jestem gotowy. Do sedna moja babcia była trochę wredna. Mówiła ‚Janek Ty Go naucz jakichś układanek’ . Gdy wsiadłem na rower kopary opadły, babci prawie wypadła sztuczna szczęka, dziadek z radości aż padł na kolana, Ja mknę jak dziki koń, lecz na mojej drodze ( Ku innych przestrodze ) stanął mi drewniany płot. Nie było rady, niczym dla mnie są takie blokady, choć pewnie ze strachu byłem blady… rower został w płocie a Ja byłem w locie. Takie to były przygody, kiedy byłem dzieciak młody.

Odpowiedz
Krzysiek R. 18 maja, 2017 - 12:05 pm

Uwielbiam, mknąć przed siebie ku Wolności, Marzeniom i Szczęściu. Im dalej od domu, tym bliżej Satysfakcji i Radości. Im większe zmęczenie, tym mniejsze są problemy dnia codziennego. Każdy przejechany Rowerem kilometr to krok ku Zdrowiu i Spełnieniu.
W pierwszym się zakochałem. To był skomplikowany związek, bo dzieliłem go ze starszym bratem, który wykorzystywał swoją przewagę. W tym okresie pobiłem rekord w płakaniu, bo bardzo chciałem jeździć, a rzadko mogłem. W końcu rodzice kupili jemu większy model. Nie czułem się pokrzywdzony, że mam stary lecz zawładnęła mną Euforia. Dużo rzeczy dziedziczyłem po bracie, więc byłem do tego przyzwyczajony.
Gdy był już tylko mój, chciałem podzielić się swoją radością z ukochaną prababcią i postanowiłem pojechać nim do niej, a mieszkała w miasteczku oddalonym o… 30 km. Miałem 7 lat! Zabłądziłem, bo pomyliłem drogę i wróciłem do domu w asyście policji. 🙂 Zrobiłem furorę na podwórku. Nawet brat przestał mnie dręczyć. 🙂
Rower, który jest nagrodą podarowałbym mamie, bo ten, który ma nadaje się do Muzeum Techniki. 😉

Odpowiedz
Gosia 18 maja, 2017 - 12:08 pm

Dostałam swój pierwszy rower w 6 urodziny. Czerwono-niebieski, wyglądał tak dorośle. Niestety nie umiałam na nim jeździć, a tato wciąż powtarzał „jutro, jutro”. Kilka dni mu wierzyłam, jak to dziecko, ale w końcu nie wytzymałam 😀 Wyszłam z domu, tata pobiegł za mną, a ja mu powiedziałam, że jak on mnie nie chce nauczyć to się sama nauczę. Podziałało, bo po chwili wyciągał rower z balkonu i znosił go na dwór. Wychodzimy, a tu burza nadchodzi. No nic! Mnie burza nie straszna. Poszliśmy z tatą pod taki zadaszony budynek po drugiej stronie ulicy i tam mnie nauczył. Od następnego dnia już sama śmigałam z kolegami po podwórku. Zostało mi to do dziś, bo nie wyobrażam sobie życia bez roweru.

Odpowiedz
Urszula 18 maja, 2017 - 12:37 pm

Mój pierwszy rower miałam gdy na niego zapracowałam zbierając jagody w czasie wakacji. Ale wcześniej uczyłam się jeździć na prowizorycznym rowerze ponieważ miał tylko ramę, koła i kierownicę, był bez pedałów, łańcucha i hamulców. Później jak tata miał męski rower z ramą to dopiero zaczęła się moja prawdziwa edukacja jazdy na rowerze. Był za duży i jazda z pedałowaniem odbywała się pod ramą. Wywrotka za wywrotką, ale mój upór i zawzięcie zwyciężyło. Dzisiaj wspominam z uśmiechem i radością te wspaniałe chwile …..

Odpowiedz
Natasza 18 maja, 2017 - 12:42 pm

Traumatyczne i zabawne, tak wspominam moją pierwszą przygodę rowerową. Wiosna, często padał deszcz, burze. Jechałam z moim tatą do babci. To tylko 5 kilometrów, ale polnymi drogami, które były błotniste, do tego wszędzie kałuże. Ja jechałam na ramie i podpuszczałam tatę, żeby wjechał w kałuże. Bo kto by nie chciał mieć frajdy i wjechać w kałuże krzycząc „łiiiiiii!”. Wjechaliśmy w jedną, w drugą, trzecią. A potem była ona, czwarta, największa. Udało się namówić tatę, wjeżdżamy z dużą prędkością…ups. Kałuża głęboka i szeroka, a pod taflą wody jeszcze głębsze błoto. Prędkość wytracona do zera…stoimy na środku, rower się przechyla na bok i lądujemy w wodzie. Cała mokra byłam, ale nie płakałam. Ani trochę!

Odpowiedz
Agata 18 maja, 2017 - 12:58 pm

Tej jesieni w końcu nauczyliśmy jeździć na rowerze moje 6-letnie córki. Dziś praktykujemy małe wypady (w bezpieczne miejsca ;)) gdyż wszyscy kochamy rower. Na szczęście zdążyłam się już zabezpieczyć na ten moment i wykupiłam polisę OC w życiu prywatnym, która pomoże mi w przypadku, gdyby któreś z nas uszkodziło czyjąś własność 😉
Skąd ten pomysł?
Kiedy dostałam swój pierwszy wymarzony rower na komunie (tak, tak, dzieciaczki, kiedyś dostawało się rowery, a nie plejstejszyny i ajpady/ajpody/ajfony) to pomimo niskiego wzrostu względem roweru – bez przerwy trenowałam jazdę, będąc dumna z mojego rumaka. Poprzednie dwukołowce to pozostałości po rodzinie, głównie bracie, więc nie bałam się, kiedy zepsułam doczepiane kółka, czy zniszczyłam łańcuch bo wkręciłam w niego znienawidzone spodnie (tak, zrobiłam to z premedytacją).
Tą czerwoną perełkę przez pierwsze trzy dni traktowałam z największym uznaniem! Kąpałam w promieniach słońca, aby błyszczał ze wszystkich stron. Co się stało po trzech dniach? Pojechałam do sklepu po lody i w biegu położyłam rower przed schodami. Najwyraźniej właściciel auta, które chciał zaparkować przed sklepem nie zauważył tego i z pewnością siebie zaparkował… na moim rowerze!!
Wybiegłszy ze sklepu i zobaczywszy co się stało wpadłam w płacz (i ze strachu i ze smutku o rower), a wściekły kierowca zamiast załagodzić sytuację to nawyzywał na mnie i powiedział, że to z mojej winy uszkodził zderzak. Trzęsłam się ze strachu i darłam wniebogłosy, póki nie nadjechał mój tata. Z rozpaczy nie byłam w stanie niczego powiedzieć i się wytłumaczyć, dlatego zapłacił kierowcy za zderzak a ja.. pozostałam bez roweru 🙁 Dziś wiem, że to nie moja wina, a tego (@#%^^$&$$$@@! – tu wstaw przekleństwa według własnego uznania) kierowcy. Przez niego musiałam znowu jeździć na starym i zniszczonym rowerze mojego brata…
Do dziś jeżdżę używanymi rowerami – nie kupuję nowych. Boję się, że znowu spotka mnie jakaś katastrofa za którą będę musiała zapłacić płaczem… Dlatego przynajmniej wykupiłam polisę OC 🙂

Odpowiedz
Joanna 18 maja, 2017 - 1:15 pm

Niestety pierwsze moje wspomnienie z rowerem niemal skończyło się tragicznie. Miałam niecałe sześć lat i tata wpadł na pomysł, że czas na ujarzmienie podwórkowego składaczka. Rozpędził mnie na górce przydomowego, długiego podwórka i nie zdążył mnie utrzymał za kij zamocowany przy siodełku. ,,Bęcłam” w kutą, ręcznie wykonaną przez kowala bramę. Obrażenia miałam duże, jednak ta porażka nie zniechęciła mnie do dalszej nauki. Dziś tę sytuację wspominam z rozrzewnieniem i łezką w oku, bo niestety taty już nie ma przy mnie, a dalszych losów rowerka nie pamiętam:(

Odpowiedz
Ola_vln 18 maja, 2017 - 1:20 pm

Pierwszy rower. To było coś. Pierwsze spełnienie marzeń o…. wolności. 🙂
Pamiętam jak wspólnie z tatą wybrałam się do wujka gdyż miał mi podarować piękny rower, koloru czerwonego. Pierwszy, prawdziwy BMX. Wiadomo dla kobiety, nawet małej (5 lat) kolor liczy się najbardziej i to jeszcze CZERWONY. 🙂 Przyjechałam nim do domu, wiadomo niezdarnie i powoli z doczepionymi 2 kołami, aby dojechać bez złamań nóg i rąk do domu.
I zaczęło się! Wakacje! 🙂
Żmudna nauka jazdy na dwóch kołach na boisku przed blokiem. Dzięki niech będą calej rodzinie, że przez kilka tygodni biegali za mną z kijkiem przymocowanym do siodełka, pomagając mi utrzymać równowagę. Na szczęście udało się i po kilku tygodniach śmigałam już dokookoła bloku czując smak pierwszej wolności. 🙂 Smak w te wakacje się zmieniał, bo poczułam jak smakuje, trawa, piach, krew. Upadkom nie było końca, małą pamiątkę tamtych letnich dni mam na kolanie, ale za nic bym nie oddała możliwości nauki „latania na dwóch kółkach”. WOLNOŚĆ! 🙂

Odpowiedz
Aneta 18 maja, 2017 - 1:35 pm

Gdy miałam kilka lat, tato pewnego dnia wrócił do domu z rowerem. Piękny był. Czerwony. Duży…. Okazało się jednak, że jest to rower dla mojego starszego brata. Płaczu nie było końca. Chcąc nie chcąc, tata wyruszył na poszukiwanie kolejnego dwuśladu. Nie było to jednak takie łatwe na początku lat 80-tych. Udało się kupić dla mnie jedynie używany w zielonym kolorze. Ale był! I to było najważniejsze. Mogłam zacząć naukę… Ale tata był tylko 1, a nas dwoje 🙂 Ja w prawo, brat w lewo, jak jedno z nas upadło, zaraz przewracało się drugie. Tata miał dość, a nam było mało. Jednak w końcu oboje z bratem nauczyliśmy się jeździć na rowerze i kolejne dni tata mógł przeznaczyć na odpoczynek.

Odpowiedz
Monika 18 maja, 2017 - 1:42 pm

Pamiętam jak przez mgłę, miałam może ze 3 latka i MARZYŁAM o rowerku, lecz zapytana co bym chciała mieć odpowiadałam „bejeju”…tylko rodzice wiedzieli co oznacza to magiczne słowo 🙂 a kiedy ktoś poprosił żebym powiedziała słowo „rower” mówiłam grzecznie „lowel”, ale gdy zapytał co Ci kupić Monisiu to od razu szczebiocząc wołałam „bejeju”. Nikt kompletnie nie wiedział skąd ta nazwa moja. I pamiętam ten wyjątkowy dzień, sąsiadka wyjęła z piwnicy rowerek na trzech kółkach, był żółty z czerwonym siodełkiem, obdarty i brudny ale wiedziałam, że dla mnie i wtedy był on dla mnie uosobieniem najlepszego roweru na świecie. Siodełko notorycznie spadało, pedała się zacinały ale czy to miało jakieś znaczenie? z opowieści wiem, że nawet jak wyrosłam już z niego to ciężko było mi znieść na nim moją młodszą siostrę. Wręcz czułam wewnętrzny ból, że ona siedzi na moim „bejeju” 🙂

Odpowiedz
Marzena 18 maja, 2017 - 1:50 pm

Moja historia z pierwszym rowerem jest krótka 🙂 zawsze uczyłam się jeździć na pożyczonych rowerach, ale wreszcie w dniu komunii dostałam mojego składaka…radość i szczęście malowały się na mojej twarzy krótko niestety. Jeszcze w sukience komunijnej wsiadłam na niego i pojechałam przed siebie. Jechałam niesiona na skrzydłach radości i nagle bach!!! Na skrzyżowaniu dwóch chodników stała hala metalowa, ja jechałam na wprost przez skrzyżowanie tych chodników a z prawej jechał chłopak. Nie widzieliśmy się kompletnie gdyż hala zasłaniała chodniki. Zderzyliśmy się czołowo na rowerach, moje koło zostało zósemkowane…. z płaczem wróciłam do domu, nie ważna była podarta sukienka, nad którą ubolewała mama i babcia -bo jeszcze cały biały tydzień miałam w niej chodzić, nie ważne były zdarte kolana i lejąca się krew, nie ważne łokcie obdarte i potargane włosy….najważniejsze było zepsute koło i obdarta rama NOWIUTKIEGO, PIERWSZEGO roweru. Tato tydzień później na giełdzie dokupił mi koło a ramę okleiłam naklejkami 🙂

Odpowiedz
Urszula 18 maja, 2017 - 2:41 pm

Tata zabrał mnie na polną drogę wzdłuż pól ze zbożem i uczył jeździć na rowerze. Byłam słaba uczennicą, ciągle się przewracałam. Tata tracił cierpliwość . W końcu tak się wkurzył, że wziął rower, wyrzucił go w żyto i poszedł do domu. Mój płacz i krzyk słychać było daleko. Wzięłam mój piękny żółty rower, wsiadłam na niego i dogoniłam Tatę. Do dzisiaj wspominamy tę super naukę.

Odpowiedz
Iza 18 maja, 2017 - 2:45 pm

Moje pierwsze wspomnienia i emocje z rowerem to przygoda kiedy dostałam nowy rower, którym postanowiłam się przejechać wraz z mamą oraz babcią. Podczas powrotu z naszej jazdy próbnej zobaczyliśmy bobry na drodze, chcąc je ominąć zaatakowały nas wtedy rzuciliśmy rowery i uciekliśmy od nich i czekaliśmy aż bobry odejdą żeby je odzyskać. Od tamtej pory mój rower jet już stary i psuje się dlatego muszę pomyśleć o zmianie go na nowy 🙂

Odpowiedz
Karolina Janowska 18 maja, 2017 - 2:53 pm

Moje pierwsze wspomnienie z jazdą na rowerze było jeszcze w dzieciństwie. Miałam może 7 lub 8 lat. Pamiętam jak dzisiaj jaka byłam szczęśliwa kiedy tata w końcu znalazł do mnie i mojego brata czas po ciężkiej pracy. Rower miałam już wcześniej ale nie było okazji na nim jeździc. A tego pięknego, letniego dnia było inaczej. Z racji tego, że mieszkaliśmy nad morzem zostałam „wrzucona na głęboką wodę” i nauczyłam się jeździc w trakie wycieczki z Gdańska do Gdyni. Pamiętam jak szkliły mi się oczy kiedy mknęłam nadmorską ścieżką, a wiatr bawił się moimi włosami. Jest to piękne wspomnienie i za każdym razem kiedy do niego wracam robi mi się ciepło na serduszku, a zarazem trochę smutno, że te beztroskie dni dzieciństwa minęły.

Odpowiedz
Martyna 18 maja, 2017 - 3:07 pm

Pierwsze rowerowe wspomnienie? Zdarzenie miało miejsce krótko po tym, jak nauczyłam się jeździć bez dodatkowych kółek. Chciałam zaszpanować przed koleżankami jako ta, która pierwsza dosiadła dwukołowca. Udaliśmy się do parku z rodzicami jednej z dziewczyn, ja oczywiście prowadziłam swojego „mustanga”. Na miejscu postanowiłam dać upust emocjom i natychmiast wykonać parę popisów kaskaderskich! Oczy koleżanek lśniły, a z ust opiekunów słyszałam słowa łechtające moje ego („ooo, Martynka już umie na rowerku jeździć? widzisz, Kasiu, musimy częściej jeździć to też się nauczysz!”). W pewnej chwili podjechałam zbyt blisko stawu w centrum parku…, ale to nie on był przyczyną wypadku. Przyczyną był duży kamień, na który najechałam. To on spowodował, że straciłam panowanie nad moim wehikułem i wpadłam do wody. Na szczęście wyłowił mnie ojciec koleżanki i nic poważnego się nie stało… ani ze mną, ani z rowerem. Ale na dwukołowca nie wsiadłam przez najbliższe tygodnie po wypadku.

Odpowiedz
Anna 18 maja, 2017 - 3:23 pm

Wspomnienie z przygodą rowerorą dopiero po latach nabrało koloru. Utkwiły mi w głowie słowa taty „niekupimy roweru bo juz kupiliśmy Twojej siostrze jeden wystarczy!”Płakałam codziennie siadałam na schodach w korytarzu tak zeby sie troszke izolować a jednak zeby kazdy widział ze jest mi smutno…Byłam zwyczajnie zazdrosna i troche pokrzywdzona. Minoł jakiś rok przyszło kolejne lato wracając ze szkoły przed domem stał ON ten moj tylko „MÓJ” wymarzony wyśniony rower o którym tak marzyłąm ze szcześcia sie znów rozpłakałam 😀 rodzice zaczeli sie śmiać i powiedzieli ze woleli zeby kupić mi wiekszy rower by wystarczył na dłużej 🙂 Moje siostry sie smieją ze jestm beksa 😀 i wymusiłam rower:D Do dzisiaj mam kolorowe nakładki na szprychy kótre stukały o koła gdy wolno sie jechało ! To był HIT mieć coś takiego:)

Odpowiedz
Katarzyna Dróżdż 18 maja, 2017 - 3:26 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie to nauka jazdy. Miałam może 5 lat, więc rodzice uczyli mnie jeździć na 4- kółkowym rowerku. Ale mi to nie wystarczało. Z zazdrością obserwowałam jak mój 3 lata starszy brat Michał jeździ na 2- kołowym rowerze. Gdy rodzice myśleli, że bawię się w piaskownicy, ja wtedy po cichu przymierzałam się do roweru brata. Jak już Michał zauważył moją fascynację i chęć nauki na 2- kołowym rowerze, postanowił mnie nauczyć (oczywiście bez wiedzy rodziców). Jednak było jedno „ale”! Za małą opłatą. Przez tydzień musiałam oddawać mu swoje kieszonkowe. Ale ja jako mało świadoma 5 latka, pragnąca sama jeździć dużym rowerem i czuć ten wiatr we włosach, bez wahania zgodziłam się. Nadeszła ta chwila. Mój starszy brat, wtedy 8 letni zaczął moją naukę. Pamiętam to jakby było wczoraj! Wytłumaczył mi jak się pedałuje i trzyma kierownice, żeby nie stracić równowagi. Wsiadłam na rower, nie przejmowałam się, że z siodełka roweru nie sięgałam do pedałów. Kazał mi się rozpędzić na podjeździe do garażu jak najszybciej mogę (oczywiście pomógł mi pchając od tyłu rower). Jadąc rozpędzona rowerem, z dumą rozglądałam się czy moje koleżanki, sąsiadki mnie widzą. Ale po chwili, widząc przed tuż sobą zamkniętą bramę ogrodzenia uświadomiłam sobie, że mój brat nie wytłumaczył mi jednej rzeczy… Mianowicie- jak się HAMUJE!!!! W panice nie wiedziałam co robić! Na szczęście obok bramy rosły duże tuje i mój brat krzyczał : SKACZ NA TUJE!!! Ja bez namysłu skoczyłam, a rower pojechał do przodu. Przerażony brat szybko pomógł mi się wydostać ze środka krzewu, aby zdążyć zanim rodzice przybiegną po usłyszeniu mojego krzyku. Niestety nie udało się… Rodzice przybiegli pierwsi… Krótko podsumowując ich reakcję- nie byli z nas dumni… Dostaliśmy szlaban na miesiąc! A rower brata, poobijany z wykręconą ramą trafił na wysypisko śmieci.

Odpowiedz
Anna Szwajcowska 18 maja, 2017 - 3:44 pm

Wspomnienie z przygodą rowerorą dopiero po latach nabrało koloru. Utkwiły mi w głowie słowa taty „niekupimy roweru bo juz kupiliśmy Twojej siostrze jeden wystarczy!”Płakałam codziennie siadałam na schodach w korytarzu tak zeby sie troszke izolować a jednak zeby kazdy widział ze jest mi smutno…Byłam zwyczajnie zazdrosna i troche pokrzywdzona. Minoł jakiś rok przyszło kolejne lato wracając ze szkoły przed domem stał ON ten moj tylko „MÓJ” wymarzony wyśniony rower o którym tak marzyłąm ze szcześcia sie znów rozpłakałam 😀 rodzice zaczeli sie śmiać i powiedzieli ze woleli zeby kupić mi wiekszy rower by wystarczył na dłużej 🙂 Moje siostry sie smieją ze jestm beksa 😀 i wymusiłam rower:D Do dzisiaj mam kolorowe nakładki na szprychy kótre stukały o koła gdy wolno sie jechało ! To był HIT mieć coś takiego:)

Odpowiedz
Dorota 18 maja, 2017 - 4:11 pm

Mój pierwszy rower…tak był na spółę ze starszym o rok bratem. Bobo z bordowym lakierem, białym siodełkiem, z rurą – czyli „męski” i trzeba było cały czas pedałować. Jak chciałam stanąć, to stawałam na pedale i robiło się „krechy”. Mój brat był fajny – brał mnie na rurę, albo na kierownicę, albo siodełko. No bo jak wspólny – to wspólny. To było lat temu 54… Dziś mam rower niby góral, niby damka, z przerzutkami…Nie dla mnie. Nie mam do niego sentymentu – może dlatego że po jeździe bolą mnie ręce, kark, plecy. W moim wieku muszę pewno wymienić model na taki by siedzieć prosto jak na fotelu. Mimo wszystko z jazdy nie zrezygnuję może po prostu zmniejszę dystanse. I już.

Odpowiedz
Karolina 18 maja, 2017 - 4:22 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie… słońce, lato i my trzy 🙂 moja siostra i kuzynka, która często odwiedzała nas w wakacje. Miałyśmy trzy rowery w różnych kolorach. Ja miałam kolor czerwony i udawałam straż pożarną, moja siostra żółty była rowerzystą, który łamie prawo- paradoks teraz jest radcą prawnym 😉 a kuzynka niebieski, w związku z tym, że jej tata był policjantem, oczywiście jej przypadł zaszczyt bycia policją. Trzy strzały mknęły przez podwórko wśród śmiechu i odgłosów ijo ijo ijo. Nie ma w tym nic szczególnego dla ludzi, którzy to przeczytają, bo to tylko śmieszna dziecinna historia, ale dla mnie beztroska towarzysząca tej zabawie, była czymś, do czego lubię wracać, kiedy przesiaduje na tarasie w domu rodzinnym.

Post udostępniłam na swoim profilu na fb
https://www.facebook.com/karolina.nowek

Odpowiedz
Karolina 18 maja, 2017 - 4:25 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie… słońce, lato i my trzy moja siostra i kuzynka, która często odwiedzała nas w wakacje. Miałyśmy trzy rowery w różnych kolorach. Ja miałam kolor czerwony i udawałam straż pożarną, moja siostra żółty była rowerzystą, który łamie prawo- paradoks teraz jest radcą prawnym a kuzynka niebieski, w związku z tym, że jej tata był policjantem, oczywiście jej przypadł zaszczyt bycia policją. Trzy strzały mknęły przez podwórko wśród śmiechu i odgłosów ijo ijo ijo. Nie ma w tym nic szczególnego dla ludzi, którzy to przeczytają, bo to tylko śmieszna dziecinna historia, ale dla mnie beztroska towarzysząca tej zabawie, była czymś, do czego lubię wracać, kiedy przesiaduje na tarasie w domu rodzinnym.

Post udostępniłam na swoim profilu na fb jeszcze raz poprawny link https://www.facebook.com/karolina.nowek.9

Odpowiedz
Julia 18 maja, 2017 - 5:34 pm

Pierwsze rowerowe wspomnienie tak na prawdę nie było moje, tylko starszego brata. Był bardzo szczęśliwy jak w końcu nauczył się jeździć bez dodatkowych kółek. Nie nauczył się jednak jeszcze hamować i jeździł kilka godzin dookoła bloku płacząc, bo bał się wywrotki jeśli zahamuje <3

Odpowiedz
Agnieszka 18 maja, 2017 - 5:52 pm

Moje pierwsze wspomnienie na rowerze było jako pasażerki. Miałam może z 4-5 lat i siedziałam na bagażniku roweru mojego taty. Pamiętam to cudowne uczucie wolności, ciepła tatowych pleców i siniaka na nodze, bo przecież spadłam z tego roweru. I pierwsze łzy zarówno smutku ze zdartego kolana, jak i radości bo przekupiono mnie lodem, by mama się nie dowiedziała 😉

Odpowiedz
Julia 18 maja, 2017 - 5:56 pm

Nie zamierzam się rozpisywać, gdyż napisane było: ,,w kilku słowach”. Moja przygoda z rowerem zaczęła się, gdy miałam 8 lat. Jeździłam z bocznymi kółkami, gdy mój tato postanowił nauczyć mnie ,,prawidłowej” jazdy. Odkręcił małe kółka i trzymając rower pouczał. Zaliczałam wiele upadków, jednak nie poddałam się, a mój tato pomagał mi utrzymywać równowagę. Bałam się, że znów upadnę gdy mnie puści, jednak gdy to zrobił pojechałam dalej, myśląc, że tata jest za mną. Pamiętam do tej pory jaka byłam szczęśliwa i dumna z siebie. Chciałabym wygrać ten rower, by móc poczuć tą nieodpartą dumę jeszcze raz.

Odpowiedz
Marzena 18 maja, 2017 - 6:20 pm

Moje pierwsze wspomnienie z udziałem roweru to dzień Mojej Pierwszej Komunii Świętej. Dostałam Wigry 3 zielony od chrzestnej mamusi, używany- wcześniej jeździł na nim jej syn. Byłam w siódmym niebie! (teraz dać dziecku używany rower to istna masakra!) Oczywiście się przebrałam i Tata zaprowadził Mnie z rowerem na sad i mówi…tu jest z górki będzie Ci łatwiej się rozpędzić- dodam że nigdy wcześniej nie jeździłam na rowerze. Pamiętam te emocje taka frajda jak wsiadłam i jadę a raczej jedzie sam a Ja tylko próbowałam utrzymać równowagę…i czuję wiatr we włosach,uśmiech od ucha do ucha i nagle we włosach kwiaty jabłoni! Taa…cały sad dla Mnie prosta ścieżka i to z górki a mój rower musiał zboczyć akurat na jabłonkę, na tak krzywą jabłonkę że z rozpędu wjechałam prawie na czubek. Jakby jeszcze tego było mało to zaczepiłam się za spodnie…i tak sobie wiszę, tata zdycha ze śmiechu na trawie znikąd ratunku aż wreszcie nadeszła mama. Do dzisiaj jak idziemy z mamą na sad i popijamy kawkę to mama mi śpiewa…”kwiaty we włosach potargał wiatr”. Moje dzieci zazdroszczą mi tej przygody i nie tylko tej bo mieszkając na wsi było ich baardzo dużo. Pozdrawiam serdecznie!

Odpowiedz
Izabela 18 maja, 2017 - 7:01 pm

Moje wspomnienie jest bardzo podobne do Twojego Tata prowadził mnie z kijkiem na moim nowym BMX… tzn myślałam, że z kijem. Kiedy się obróciłam, okazało się, że rodzice daleko w tyle zostali, a ten obrót kosztował mnie spotkanie z barierką i kilka siniaków. A mimo wszystko to chyba jedno z najwspanialszych i najwyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa. Mam przed oczami każdy ułamek sekundy z tej sceny i niezmiennie się na to wspomnienie uśmiecham 🙂
Pozdrawiam!

Odpowiedz
Mirosława 18 maja, 2017 - 7:12 pm

Moje pierwsz rowerowe wspomienie jak żadne utkwiło mi w pamięci byłam jeszcze mała w niedługim czasie miała odbyć sie moja Pierwsz Komunia Sw zawsze marzyłam o tym aby dostać mój własny wymarzony rower więc żeby się dotego przygotować zaczełam naukę na rowerze siostry. Jak byłam już gotowa zawołałam cała rodzine aby zobaczyli moją pierwszą samodzielną jazde było świetnie no ale jak to u mnie bywa na zakręcie złapałam przysłowiowego ale i tak było warto. Smutna opowieścia jest to że mimo mych marzen roweru nie dostałam teraz mam 29 lat i własnie wróciła mi nadzieja że jeszcze nie jest zapóżno by sie marzenia spełniły.

Odpowiedz
Natalia 18 maja, 2017 - 7:17 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie jest mało fortunne. Miałam kilka lat, kiedy dosłownie gnałam po chodniku na rowerze w stronę mamy. Chodnik, jak to chodnik w Polsce, w dodatku na początku lat 90. – raczej wyboisty i zdradliwy, niż gładko się prezentujący. Jadąc tak żwawo, wywinęłam więc koziołka na jakiejś wystającej dziarsko płytce i zdarłam sobie kolana i łokcie, szczęśliwie niczego nie łamiąc. Mama spodziewała się ryku i dzikiej rozpaczy, gdy tymczasem ja wstałam, otrzepałam się… i chciałam jechać dalej. Oczywiście zostałam zgarnięta z tego nieszczęsnego chodnika w celu opatrzenia moich ran bojowych, ale pewna twardość charakteru mi została – nie płaczę z powodu byle upadku. A na rowerze kocham jeździć do dziś i mam to szczęście, że dzielę tę pasję z moim mężem 🙂
Pozdrawiam, Natalia

Odpowiedz
Julita 18 maja, 2017 - 7:31 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie…
Dzień Komunii Świętej to czas, kiedy wszystko kręci się wokół dziecka.
Msza Święta, prezenty, czas spędzony z rodziną… Ja do Komunii iść nie chciałam… 🙂
Każdej dziewczynce marzy się różowy rower, z koszykiem, w którym mogłaby wozić swoje lalki.
O takim rowerze marzyłam i ja..
Dlaczego nie chciałam iść do Komunii?? Bo widziałam swój prezent, zanim go dostałam.
Wujek kupił mi rower. CZERWONY. BEZ KOSZA. Był to rower dla CHŁOPAKA.
Ten rower absolutnie nie nadawał się jako prezent dla 8-letniej dziewczynki.
No ale co.. do Komunii przystąpić musiałam.. Prezent w postaci czerwonego roweru przyjąć musiałam..
Po tym, jak zdjęłam swoją albę, wyszłam z domu pojeździć na CHŁOPSKIM rowerze.
Ze łzami w oczach wsiadłam na rower, wszyscy goście zadowoleni, uśmiechnięci, patrzyli jak wyruszam.
Pojechałam. Przejechałam kółko po boisku, wokół świetlicy no i stwierdziłam, że wracam do domu.
Zjeżdżając z górki, wprost pod przednie koło wyleciało mi stado kur sąsiada. Właściwie to tylko na jedną kurę najechałam. Przeleciałam przez kierownice, poleciałam na asfalt, koło scentrowane, ja płacząca leże. Kałuża krwi obok mnie. Szpital. 3 szwy na kolanie, opatrunek na czole, na łokciu.

Jest to moje wspomnienie, o którym NIGDY nie zapomnę. Blizna na prawym kolanie została.
Ale.. czerwonego roweru już nie ma 😉 Jakiś czas później, jak już rany się zagoiły, wsiadłam na RÓŻOWY rower, DZIEWCZĘCY…. Który kupili mi rodzice 🙂

I to się nazywam mieć szczęście w nieszczęściu.
Marzenia się spełniają.

Odpowiedz
Konrad 18 maja, 2017 - 7:39 pm

Ah mój pierwszy rower. Oczywiście ten najprawdziwszy dostałem na komunię, ale nigdy nie zapomnę szarego zardzewiałego składaka dziadka jakim jeździłem z rodzeństwem „na spółkę”. Był niski, tak dla dzieci 6-12 lat. Ale co tam, jeździłem jak tylko udało mi się utrzymać równowagę. Tylko jak ja jechałem to nie „przerywał” – trzeba było umieć pedał nacisnąć odpowiednio. Takie pierwsze najlepsze wspomnienie z moim (tak, już MOIM rowerem) było po komunii. Złoto-czarny „góral”. Marzenie. Robił niesamowite wrażenie na wiosce. Pierwsza przejażdżka (każdy się chwalił co dostał, a dostać rower to było jak wygrać samochód). Chłopaki chwalą się to ile mają przerzutek, jakie koła, jakie hamulce…. tak, tu się zaczyna. Hamulce. Padło hasło „A jak wasze przednie hamulce?”. Pomyślałem „Hm, nie próbowałem jeszcze, ciekawe jak” i w tym momencie nacisnąłem tak jak te tylne. Pamiętam jak nagle zobaczyłem niebo, takie błękitne i czyste, a potem przelatujący nade mną rower. Nic mi się nie stało. Lekko tyłek stłuczony, ale wtedy to nie miało znaczenia. Do tej pory wyraźnie pamiętam jak po chwili luzowałem hamulce. Pierwsze i najświeższe wspomnienie z mojego własnego roweru. P.S. miałem ten rower 15 lat. Kto wie, może gdzieś w garażu nadal stoi?

Odpowiedz
Honorata 18 maja, 2017 - 7:41 pm

Moje najwyraźniejsze wspomnienie z rowerem, to nauka jazdy z moim starszym bratem, który miał mnie trzymać gdy ja nieświadoma niczego zapytałam czy mnie trzyma? Usłyszałam z oddali, że nie 🙂 Doświadczyłam asfaltu na dwóch zdartych kolanach i mojego debiutu bez kółeczek po bokach na tylnym kole 🙂

Odpowiedz
Iga 18 maja, 2017 - 7:43 pm

Wiele lat temu, jako mała dziewczynka, miałam na komunię dostać rower. Oczywiście do tej pory mój prezent nie dotarł! A ja, jako osoba młoda, lecz niezwykle zdeterminowana, rozpoczęłam poszukiwania w rupieciarni. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie gdy znalazłam całkiem sprawny rower! Tu się pojawia pytanie: skąd to zainteresowanie jazdą? Oh, to oczywiste – chciałam być jak ”duże dziewczynki”. Tata naprawił wszystkie usterki i wyruszyłam w pierwszą samotną rowerową wyprawę na moim brzydkim i całkowicie za dużym rowerze. Jednak dzieci łatwo rozproszyć. Zobaczyłam jakiś błysk w trzcinie przy jeziorze i byłam niezwykle ciekawa co to. Oczywiście jako ”duża dziewczynka” musiałam dbać i pilnować swój rower. Tak więc na pomost weszłam z nim. Zakończenie tej sytuacji jest oczywiste, prawda? Rower wpadł do wody, a ja, przerażona skoczyłam za nim. W panice szarpałam coś co wydawało mi się rączką i minęły długie minuty zanim zauważyłam że szarpie rurę od pomostu. Gdy wreszcie udało mi się wyciągnąć rower z jeziora wygladalam jak zmokła kura. Powinno mnie to czegoś nauczyć, prawda? Niedoczekanie moje! Parę godzin później bylam w tym samym miejscu z moimi przyjaciółmi. Czułam się dumna bo tylko ja i jedna z moich koleżanek mialysmy rowery. Historia lubi się powtarzać. Jezdzilysmy brzegiem jeziora, dzieciaki za nami biegały, aż moja koleżanka nie zahaczyła o wystający konar. Odbiła się od drzewa, upadła a rower poleciał w najbardziej bagnistą część jeziora. Nie było możliwości żeby go stamtąd wyciągnąć. Próbowaliśmy aż nagle dostrzegłam, że nasza koleżanka zniknęła. I mój rower też. Jak się okazało zabrała ona rower, nie rozumiejąc, że robi źle i próbowała mi wmówić, że rower jest jej. Co zabawne, jedyną wspólną cechą obu pojazdów był niebieski kolor. Sytuacja została wyjaśniona i wszystko się dobrze skończyło.

Odpowiedz
Lucy 18 maja, 2017 - 8:11 pm

A u mnie to było tak…
Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam ile miałam wtedy lat, ale to był czas kiedy przyszło mi się nauczyć jeździć na rowerze dwukołowym. Byłam też już na tyle duża, że przemawiała przeze mnie jedna z najsilniejszych cech – upartość. To dzięki mojemu Tacie, który nieustannie powtarza mi od kiedy tylko pamiętam „Pamiętaj, nawet jak nie masz racji, to masz rację” i „Jak nie wpuszczają cię drzwiami, to wchodź oknami”. I jak to się przekłada na naukę jazdy rowerem? A no tak, że nie pozwoliłam sobie na pomoc żadnego z dorosłych. Nie było taty i „kija” w rowerze. O, nie. Ja zrobię to sama. Po prostu wezmę rower i pojadę. I wzięłam jakiś rower, taki akurat dla mnie. Byliśmy wtedy u mojej babci w malowniczej wsi Brzeźno (w województwie kujawsko – pomorskim, niedaleko Włocławka). Babcia mieszka tak mniej więcej w centrum wsi koło remizy strażackiej. Do jej domu prowadzi wjazd dla samochodów, taki sobie po prostu piaszczysto – trawiasty. Po jednej stronie pole i drzewa, po drugiej stronie – pole i drzewa. Mówię sobie: Mam rower, jadę. Oczywiście, okazało się, że to nie takie proste (poza tym widzieliście kogoś kto by uczył się jeździć na piachu i trawie?). Wsiadłam, spadłam. Wsiadłam, spadłam. Wsiadłam, spadłam. Gdy to się powtarzało, za każdym „spadnięciu” towarzyszył okrzyk wydobywający się z dziecięcego wnętrza. Jakby kogoś ze skóry obdzierali! Dorośli początkowo zareagowali zdziwieniem i chęcią pomocy, ale ja dalej swoje – Nie! Ja sama! Uda mi się. No i próbowałam. Za każdym upadkiem pojawiał się okrzyk złości. Jak się później okazało, niemal cała wieś słyszała te okrzyki. Ale wiecie co? Nauczyłam się. Sama. Po wielu nieudanych próbach i zdartym gardle – nauczyłam się. Ale w Brzeźnie wciąż wszyscy wspominają… „A pamiętasz jak uczyłaś się jeździć na rowerze? Cała wieś wiedziała, że się uczysz!” Uśmiecham się na to wspomnienie i wzruszam ramionami. A niech i wiedzą. Dałam radę. A to bardzo ciekawe, bo w podobny sposób nauczyłam się czytać. Może nie krzyczałam przy tym, ale byłam równie uparta – „Ja sama. Wezmę książkę i przeczytam bratu bajkę o Calineczce”. I przeczytałam. Ta przygoda z rowerem zawsze będzie mi przypominać, że czasami warto być upartym 😉

Odpowiedz
Joanna 18 maja, 2017 - 8:12 pm

Mimo młodego wieku (nie mam nawet trzydziestki) i jednego zdjęcia na pierwszym trójkołowym rowerze, nic z tej jazdy nie pamiętam! Rodzice też nic nie pamiętali, więc nie mieli mi o czym opowiadać… Pamiętam za to jak przed Pierwszą Komunią Świętą dostałam od Babci rolki w kolorze czarno – różowym. Strasznie mi się spodobało to połączenie kolorów i zaczęłam wszystkie rzeczy kupować w takich kolorach. Zeszyty, długopisy, plecak, buty itd. A moi rodzice? Ależ mi zrobili niespodziankę, gdy w dzień Komunii z garażu sąsiada przyjechał do mnie mój pierwszy rower górski z damską ramą, oczywiście czarno – różowy! 😀 Nie pamiętam dokładnie ile lat na nim jeździłam, ale pamiętam, że z żalem patrzyłam jak tata sprzedaje go znajomemu dla młodszej ode mnie córki, kiedy rowerek był już na mnie za mały 🙁 Ehh.. .Łezka się w oku zakręciła. Ot, takie wspomnienie 🙂
Pozdrawiam
Joanna

Odpowiedz
Madziola 18 maja, 2017 - 8:47 pm

Mój pierwszy rower – piękny biało-różowy z dwoma bialutkimi koszykami. Pierwsza wyprawa na rowerze z mamą do „miasta”, to wizyta w Pewexie w celu nacieszenia oczu zabawkami… po wyjściu ze sklepu płacz – bo ukradli większy koszyk… tego nie da się zapomnieć 🙂 pozdrawiam

Odpowiedz
Patrycja 18 maja, 2017 - 8:54 pm

Początki mojej przygody z rowerem nie była wspaniała ale to zapamiętałam i będę pamiętała do końca życia . Dostałam rower od taty na urodziny . Moje uradowanie na widok pierwszego roweru było ogromne . Wybrałam się na przejażdżkę pierwszą moim cudem i niestety pierwsze co uderzyłam w drzewo po czym wstałam otrzepałam się zaczęłam jeździć dalej . Od tamtej pory nie bałam się roweru chociaż nie miałam dobrego początku .

Odpowiedz
Ilona R. 18 maja, 2017 - 8:55 pm

Słuchajcie, bo historię życia opowiadam!
Ja w wieku 6 lat pierwszy raz na rower wsiadam!
Pewności nabieram i się rozpędzam,
odwracam się, taty nie ma – myślę „o nędza”.
Na lekcji o hamowaniu chyba przysnęłam,
o tej nauczce pamiętam – bo się wyrżnęłam!
Miłość do dwóch kółek jednak pozostała,
a na tym rowerku chętnie bym pośmigała.

Odpowiedz
ilona 18 maja, 2017 - 8:59 pm

Mój pierwszy rower dostałam jak miałam 6 lat to był biało – różowy bmx z różowymi wstążkami i kokardkami:) uczyłam się nim jeździć po mieszkaniu a mieszkałam w bloku 🙂 na drugi dzień wyszłam z koleżanką na rower która wymyśliła wyścig ona miała składaka, a ja nowego bmxa więc byłam pewna, że wygram niestety ona cały czas była pierwsza i kiedy w końcu ją wyprzedziłam na drodze stanął mi pijak i nie umiałam hamować i przeleciałam przez kierownicę 🙂 cała byłam potłuczona i płakałam że kokardki odpadły a najgorsze było że bmx się porysował 🙂

Odpowiedz
Katarzyna Tobiasz 18 maja, 2017 - 9:38 pm

Moje wspomnienie o rowerze…? Hymmm….ciężkie bo tak naprawdę jako małe dziecko nie dostałam własnego roweru. Dostał mój młodszy brat a ja zawsze mu porywalam i się uczylam. Później swój pierwszy rower dostałam na komunię świętą. Mam dużo rodzeństwa i zawsze musiałam się dzielić z każdym. Takie troszeczkę smutne wspomnienie ale jakieś jest. 😉

Odpowiedz
Aldona 18 maja, 2017 - 9:47 pm

Moje pierwsze wspomnienie na rowerze. To był czerwcowe popołudnie, zaczęły mi się wakacje po długim roku w zerówce. Rodzice zabrali mnie i brata do babci. Tam na miejscu czekało na mnie czerwone cudo – lśniące niczym wiśnie na drzewie w pełnym słońcu – mój pierwszy rower, taki tylko mój. Nie miał nawet kółek pomocniczych, a to było już coś! I właśnie wtedy chciałam nauczyć się jeździć na rowerze. Początkowo mama na zmianę z tatą dzielnie przy mnie biegali truchtem kiedy tylko wsiadałam na siadełko, ale pod koniec dnia chciałam sama spróbować. Wsiadłam, pojechałam kawałek, a z dumy to myślałam że wtedy pęknę! Wtedy usłyszałam mamę jak mnie woła, momentalnie się zatrzymałam i… po prostu upadłam. Na szczęście nie zraziło mnie to do dalszych prób, następnego dnia jeździłam już bez pomocy rodziców. Z resztą teraz też nie potrzebuję niczyjej pomocy 😉

Odpowiedz
Natalia 18 maja, 2017 - 9:48 pm

Pamiętam że to było około 20 lat temu. Mój już świętej pamięci ojciec biegał za mną i trzymał kij, który był umieszczony gdzieś przy tylnym kole. I tam jeździłam z ojcem, który cały czas biegł. W którymś momencie, słyszę od ojca: Dawaj! Dawaj! Cały czas biegł za mną ale już wtedy nie trzymał kija ! Jechałam sama !Wspaniałe uczucie – euforia, pewność siebie. Od razu wstąpiłam do podwórkowego gangu rowerowego 🙂

Odpowiedz
Krzysztof 18 maja, 2017 - 9:48 pm

Mój pierwszy rower to nieśmiertelny skaładak Wigry 2. Piękny, czerwony, miał oświetlenie istna bajka. Już go nie posiadam nie wytrzymał ze mną 40 lat. Gdy go dostałem umiałem już jeździć. Pierwszy przejazd rowerem to pod ramą. miałem 6 lat. Rower duży , ciężki – radziecka „Ukraina”. Jeździć tym rowerem w tym wieku to była duża sztuka. Raz na rowerze raz na piachu. Było fajnie.

Odpowiedz
Magda 18 maja, 2017 - 9:50 pm

Moje pierwsze wspomnienie z rowerem zaczęło się koszmarnie złamałam sobie obojczyk w trzech miejscach. Bolało, a zaczęło się to równy tydzień po komunii 20 lat temu. Wraz z siostrą (tak mam bliźniaczkę) dostaliśmy od rodziców nasze pierwsze rowery i byłam taka duma z tego fioletowego górala. Każdy takiego chciał i każdy chciał się na nim karnąć, normalnie pycha we mnie była do kwadratu. 🙂
Ale już za około dwie godziny miałam pożałować swojego zadartego noska. Jeździłyśmy z siostrą po podwórku, a mieszkałam wtedy w wielkim blokowisku na osiedlu bloków 😉 aż pokusiłam się i pojechałam na taką stromą, ostrą górkę, co to starsze dzieci eksperymentowały z saltami i innymi figlami na rowerach. Ah jak im się udaje to mi też się uda, na takim rowerze na pewno. Przeliczyłam się srogo. Zjeżdżając z góry tak się przestraszyłam, że zaczęłam gwałtownie hamować przednim kołem, co w rezultacie skończyło się saltem, ale na kamieniach i bez roweru , który na mnie potem jeszcze upadł i niemiłosiernie poobijał i jak się potem okazało złamał obojczyk i wybił bark(a może to te kamienie?) i tak zakończyła się moja przygoda z ekstremalnymi sportami rowerowymi, teraz uwielbiam, ciche, miejskie rowery w parku i na ulicy, czasami na chodniku.

PS: Moja siostra po tym wszystkim, najpierw zaniosła dwa rowery do mieszkania na 5 piętro bez windy, a dopiero potem powiedziała mamie, co się stało, bo jak się okazało bała się, że ktoś je ukradnie. :)ah ta siostrzana miłość 🙂

Odpowiedz
Martyna Piotrowska 18 maja, 2017 - 9:56 pm

Nigdy nie jeździłam dobrze… Gdy zdawałam na kartę rowerową przydzielony mi sprzęt był tak nieproporcjonalny do mnie, że jako jedyna z klasy zwyczajnie się z niego wywróciłam. U niektórych wywołało to śmiech, a u niektórych przerażenie.. Mimo to nic mi się nie stało i zdałam! Nie poddałam się jednak, bo trening czyni mistrza i wytrwale ćwiczyłam 🙂 Gdy na komunię dostałam swoje ‚cudeńko’ często wybierałam się z przyjaciółką na przejażdżki. Najczęściej jeździłam do niej, bo mieszkała pod miastem gdzie było dużo bezpieczniej i nie groziły mi większe wypadki. Wystarczyła tylko chwila milczenia podczas jazdy, a Asia zawsze pytała mnie czy „żyję tam z tyłu” – i było tak za każdym razem, nawet po dwóch latach 😉 Po czasie jednak rower się popsuł (nie był najlepszej jakości) i już nie było na czym trenować… Minęło trochę czasu i zaczęłam tęsknić za jazdą, więc gdy natrafiła się okazja (moje osiemnaste urodziny) poprosiłam babcię by przywiozła mi jakiś śliczny z Holandii – będąc tam nie mogłam przestać zachwycać się modelami w sklepach. Nie było jednak możliwości by go przetransportować, a pieniądze które dostałam przeznaczyłam na inny, ważny wydatek. Mijają lata, a ja wciąż marzę skrycie o jego posiadaniu… bo zawsze wypada coś ważniejszego i wcale nie łatwo uskładać na coś naprawdę super. Mam nadzieję, że nie zapomniałam jak się jeździ 🙂

Odpowiedz
Oliwia 18 maja, 2017 - 10:16 pm

Swoją pierwszą, taką prawdziwą jazdę na rowerze pamiętam bardzo dobrze. Było lato, południe, miałam 5 lat. Razem z tatą kosiliśmy trawę i pieliliśmy w ogródku. Rower miałam od dawna, ale że byłam dzieckiem nieśmiałym i strachliwym, nie jeździłam na nim. Tamtego dnia wpadłam na znakomity pomysł, żeby może jednak spróbować. Oczywiście tata asystował, bocznych kółek już nie było- jak szaleć, to szaleć. Akcja skończyła się zdartą nogą, ponieważ nie utrzymałam równowagi. Po kilku godzinach w końcu zaczęłam jeździć (prawie perfekcyjnie). Ten dzień i tą sytuację zapamiętam do końca życia. Tata, ja i rower.

Odpowiedz
Joanna 18 maja, 2017 - 10:32 pm

W dzieciństwie byłam małą chłopczycą, wychowywałam się braćmi którzy uczyli mnie praktycznie wszystkiego. Tak samo było z jazdą na rowerze. Pamiętam jak dziś, moment w którym mój starszy brać powiedział, że każda młoda dziewczyna powinna jeździć na rowerze (miałam jakieś 5 lat). Brat widocznie uznał, że jestem już wystarczająco dorosła i wyciągnął z garażu malutki, stary rowerek w kolorze czerwonym. Oczywiście odkręcił dodatkowe kółeczka 😀 Wyszliśmy razem z bratem przed nasz dom i jak prawdziwy nauczyciel tłumaczył mi jak mam jechać. Po mnóstwie prób, zdartych do krwi kolan i łokci jechałam już całkiem sama ! Byłam najszczęśliwsza na świecie i żadne skaleczenie mi nie przeszkadzało. Okazało się, że brat kolejny raz okazał się dobrym nauczycielem.

Odpowiedz
Barbara P. 18 maja, 2017 - 10:40 pm

Jako dziecko nie miałam swojego roweru. Jako jedyne dziecko na osiedlu niestety. Rodziców nie było stać na taki wydatek. Ale nic to, bo miałam fajnego kolegę, który miał równie fajnego, żółtego, „Reksia” – przedmiot mojego niezaspokojonego pożądania. Z Piotrkiem przyjaźniliśmy się od dziecka, razem chodziliśmy do zerówki, a potem do równoległych klas w podstawówce. Był z niego straszny łobuz, ale serce miał gołębie. Zresztą, ma do dziś, bo utrzymujemy przyjazny kontakt. Moje pierwsze wspomnienie dotyczy właśnie Piotrka i jego Reksia. To były czasy zerówki jak w piękny słoneczny dzień kolega postanowił nauczyć mnie jeździć. Na miejsce pierwszej lekcji wybraliśmy Ogródek Jordanowski za osiedlem. Mocno zarośnięty, ale z kamiennymi ścieżkami. Jazdę na rowerze szybko załapałam. Pamiętam jak Piotr asekurował mnie biegnąc za rowerem. Niestety przyłączył się do nas kundelek sąsiadów. Nie miał dobrych zamiarów, bo ugryzł mnie boleśnie w nogę, a ja w panice wylądowałam w pokrzywach…Takie to były moje dobrego początki względem jazdy na rowerze…Niemniej dziś miło wspominam 🙂

Odpowiedz
Iwona Lamch 18 maja, 2017 - 10:48 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie… Mam może 3 lata, siedzę tyłem do kierunku jazdy w wiklinowym koszyku-siodełku umocowanym do kierownicy. Na rowerze wytrwale pedałuje moja Mama. Jedziemy na wieś, do Babci i mimo, że to tylko 7 kilometrów jestem już potwornie zmęczona ciągłym siedzeniem na tyłku i zaczynam marudzić 😉 Zatrzymujemy się na krótki postój w brzozowym zagajniku, zrywamy poziomki i jemy mleczne karmelki. Pora jechać dalej. Mijamy pola rzepaku, połacie dojrzewających zbóż i przydrożną świeżo pobieloną kapliczkę. W powietrzu popiskują jaskółki. Widzę stokrotki na poboczu i już wiem, że za chwilę będziemy na miejscu. Siądziemy na ławce pod ceglanym domem w cieniu jesiona, a Babcia poda mi do ręki kubek pełen truskawek rozgniecionych z cukrem. To takie piękne i beztroskie wspomnienia 🙂 Miło do nich wrócić 🙂

Odpowiedz
Emilia 18 maja, 2017 - 11:01 pm

Moje pierwsze wspomnienie nie należy do najszczęśliwszych. Jazdy na czterech kółkach nie pamiętam zupełnie, ale nigdy nie zapomnę dnia, w którym sama odepchnęłam się od ziemi i utrzymałam równowagę na dwukołowcu. Miało to miejsce w przedszkolu, a ja byłam najdumniejszą 5-latką pod słońcem. Oczywiście, jak każdym osiągnięciem, nie mogłam nie podzielić się z MAMĄ! Jak tylko wróciłam do domu, postanowiłam pokazać mamie jakie zdolne ma dziecko. Wsiadłam na swój rower – niestety, znacznie różnił się od tego przedszkolnego – i pewnie odbiłam się od ziemi, bo przecież już umiem. Na moje nieszczęście, rower „domowy” nie współpracował ze mną tak chętnie i po kilku metrach leżałam z rowerem kołami do góry. Nie obyło się bez płaczu, ale nie obyło się również, bez ważnej lekcji mojej mamy. Od razu przekonała mnie do kolejnej próby, która tym razem, choć ze strachem na ramieniu, wyszła dużo lepiej! To dzięki mamie kocham jeździć na rowerze i nie zraziłam się do niego już pierwszego dnia. Ja swój rower mam, ale nie mam z kim na nim jeździć 🙂 Mamo, trzymaj kciuki, żeby udało się wygrać!

Odpowiedz
Urszula Jaskuła 18 maja, 2017 - 11:06 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie to lata mojego dzieciństwa czyli bardzo ,bardzo dawno temu. Zazdrościłam mojemu sąsiadowi że umie jeździć na rowerze chociaż miał tyle samo lat co ja ,mieliśmy wtedy 7-8 lat. Postanowiłam spróbować swoich rowerowych umiejętności ,wydawało mi się to bardzo łatwe i wziełam rower mojego dziadka,wiecie taki z ramą no i pojechałam.Zrobiłam trzy obroty pedałami i….wylądowałam w krzakach bzu i tak zakończyła się moja nauka jazdy na rowerze.w zeszłym roku już jako stara baba skasowałam mój kochany rower ,chyba potrzebuję nowego nabytku żeby nie było następnego wypadku

Odpowiedz
Agnieszka Cukier 18 maja, 2017 - 11:42 pm

Kiedy byłam mała (do 1 roku życia) moi rodzice mieli ogromny problem z tym, że nie spałam. Jednak szybko okazało się, że rowerowe „kiwanie” sprawia, że odchodzę w ciągu kilkunastu sekund. Mama zamontowała fotelik na swoim rowerze i codziennie robiłyśmy kilkunastu kilometrowe wycieczki, dzięki czemu mogła odpocząć od mojego płaczu, czerpiąc jednocześnie radość z jazdy i poznając okolice. Później mama kupiła mi mały rowerek i jeździłam nim po domu (do dzisiaj mi nikt nie wierzy, że miałam zaledwie 18 miesięcy jak nauczyłam się jeździć na dwóch kółkach). Dzięki pasji mojej mamy sama zakochałam się w rowerze i chciałabym móc jej to udowodnić. Robię codziennie po kilkanaście- kilkadziesiąt kilometrów, a dzięki rowerowi udało mi się bardzo szybko powrócić do zdrowia po ciężkiej chorobie (nawet mój lekarz był w szoku i mówił: „Agnieszka , widziałem cię na rowerze!”. To wszystko dzięki mojej mamie i temu, że pozwoliła mi pokochać rower.

Odpowiedz
Aleksandra Niemczak 19 maja, 2017 - 12:56 am

Pierwsze rowerowe wspomnienie
Mialam 3 lub 4 latka, dziadek przyprowadził dla mnie niebieski rowerek z wygodnym siodełkiem ze sprężynami, pod nim znajdowała się skórzana, brązowa saszetka z narzędziami- takie zboczenie dziadka.
Pamiętam z temtego momentu wielką radość i szczęście ponieważ jako jedyna na podwórku miałam rower bez bocznych kółeczek. Jeszcze większą radość sparwiła mi wieść, że mogłam sama go ozdobić, więc przystąpiłam do obklejania go wszystkimi naklejkami jakie tylko znalazłam. Pękałam z dumy!
Pamiętam także, że sama nauczyłam się na nim jeździć!
Po latach dowiedziałam się, że dziadek zrobił ten rower sam. Znalazł starą połamaną ramę i zespawał ją, pomalował na mój ulubiony kolor, zmontował całą resztę. Kiedy z niego wyrosłam , rowerek został przekazany dalej i kolejne pokolenia uczyły się na nim jeździć …

Odpowiedz
ANETTA WROŃSKA 19 maja, 2017 - 3:59 am

Bardzo piękny rower, kto było na nim swoje jest wspomnienie rower i postanowiłam moja ciocia i nauczyć się jechać na rower i najlepszy ostatnie moja też wspomnienie.Ciężko przyznać ale na rowerze zaczęłam jezdzić.Moje pierwsze wspomnienia to takie na rowerze i cudowne zdjęcie ze jest wspaniałym oczywiście marzy mi się taki na rowerze moje w życiu i zadbaliśmy o nasza na zdrowie diecie,której właśnie chciałabym mieć rower i pamiętam jak bardzo cieszyła się mi przejechać rower.Moja przygody z rower i nadal mówiłam też się na majówkę i przyjechał na rowerze ten rower mi się bardzo podoba.Miałam komentować ponieważ jestem chyba zainteresowana wygraną to nagrodę i jednak chciałabym z całego podziękować ci za wspomnienia.Moja siostra ma córkę ona też na rower i że jechać do siebie mnie do jazda na rowerowych.Jeżeli byłoby mi dane wygrać ten rower,do chciałabym go dać moje siostrze i córkę w za wspomnienia na rowerze.To było i bardzo fajny czas;Pozdrawiam serdecznie Anetta Wrońska

Odpowiedz
Aleksandra 19 maja, 2017 - 4:50 am

To był czerwiec, moje siódme urodziny. Pamiętam tamten niemiecki czterokołowiec, który tata przywiózł specjalnie dla mnie. Miałam wrażenie, że kolorowe plamy z benzyny na chodniku są początkiem tęczy, a ja niszczę ją kołami. Zastanawiałam się wtedy, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę to wielobarwne cudo na niebie. Oczywiście, z czasem o tym zapomniałam, ale przypomniałam sobie od razu, bo pewnego dnia po deszczu tęcza wróciła. Cała, zdrowa i piękna. Ot, moje dziwne, krótkie, pierwsze wspomnienie z roweru.

Odpowiedz
Ania 19 maja, 2017 - 5:59 am

Witam, moje pierwsze wspomnienie?! Hmmm to było dawnooo temu, pogoda słoneczna. Miałam może 5 lub 6 lat. Byłyśmy z siostrą same na podwórku i pamiętam, że jakimś nadludzkim sposobem udało mi się zrobić ‚kółko’ na podwórku! I tak duma! Potem było jeszcze dużo więcej takich wspomnień, nie zapominając o wypadku podczas komunii siostry- pamiętam do tej pory, że przez następny tydzień po komunii chodziłam jak Robocop z powodu okropnie zdartych kolan i łokci, ale to chyba większość osób ma takie wspomnienia, wtedy katastrofalne w skutkach- teraz jedynie śmieszne!!!! Pozdrawiam i życzę powodzenia.

Odpowiedz
Gosia 19 maja, 2017 - 7:22 am

Krótko i na temat. Pierwszy rower kojarzy się z …….
1) na dwóch kółkach nauczył mnie jeździć tata mojego przyjaciela, bo mój nigdy się nie interesował takimi sprawami. Wjechałam w lampę uliczną, ale byłam najszczęśliwsza na ziemi, że się udało.
2) to kolorowe kulki, nałożone na szprychy. Każde dziecko o tym marzyło.
3) ucieczka od domowych kłopotów

Odpowiedz
Ewa 19 maja, 2017 - 8:21 am

Nie będę rozpisywać się na temat moich pierwszych chwil na dwóch kołkach… Uczyłam się cały dzień, miałam wielkie opory,nawet kilka razy upadłam ale po całym dniu walki w końcu przejechałam pierwszych kilka metrów 🙂 Dzień ten pamiętam tylko jak przez mgłę, ale za to idealnie pamiętam mój pierwszy dzień jazdy do przedszkola na moim pierwszym rowerze. Jako, że miałam starszą o kilka lat siostrę, to ona zawsze pilnowała mnie i jechałyśmy razem do szkoły na rowerach. Drogę do szkoły znałam bardzo dobrze więc jechałam pewnie, myślałam tylko o tym jaki będzie mój pierwszy dzień w przedszkolu. Pamiętam, że już pod szkołą, wyprzedziłam siostrę i nagle… jakież było moje zdziwienie kiedy siostra krzyczy: SKRĘCAJ!!! TU ZOSTAWIAMY NASZE ROWERY! Byłam tak rozpędzona, że oczywiście za dużo nie myśląc skręciłam ale było już za późno… trafiłam prostu do głębokiego rowu zarośniętego gęstymi krzakami. Wyobraźcie sobie, że siła uderzenia była tak silna,że wybiłam sobie mleczny ZĄB ! I tak oto z zakrwawioną buzią poszłam do szkoły, tam miłe Panie pomogły mi dojść do siebie. Pierwszy dzień w przedszkolu miał być tak piękny a skończył się tylko bólem mojej szczęki 🙁 Ale przynajmniej pozostał niezapomniany 🙂

Odpowiedz
Wiola 19 maja, 2017 - 11:06 am

Pamiętam jak dziś. To było pewne, czerwcowe przedpołudnie i pierwszy dzień upragnionych wakacji. Ja, 5-letnia, pełna zapału do nauki jazdy na rowerze bez dodatkowych kółek i mój tata- pełny cierpliwości, aby mnie tego nauczyć. Jak każde dziecko podekscytowana wsiadłam na mój mały czarny rowerek, który był ozdobiony różnorodnymi naklejkami z postaciami z bajek i miał długi kij, aby tata mógł mnie asekurować. Ja, jako dziecko odważne nie bałam się niczego. Bo czego? W końcu był ze mną tata.
Po kilku minutach widząc, że świetnie mi idzie tata postanowił rzucić mnie na głęboką wodę i przestał mnie asekurować. Ja pełna entuzjazmu, że „super mi idzie” odwróciłam się, aby wyszczerzyć zęby (których co prawda kilku brakowało) do taty, aby wyrazić swą radość. Widząc, że tata jest ponad 500m ode mnie po prostu spanikowałam i wpadłam wraz z moim rowerkiem do rowu. Cała zapłakana byłam bardzo zła na tatę, że mnie zostawił samą i powiedziałam, że nigdy już nie wsiądę na rower. Co prawda wsiadłam na rower i to całkiem szybko, bo pamiętam, że rany jeszcze do końca się nie zagoiły, ale jak to wiadomo dzieci za długo w miejscu nie usiedzą.
Ta historia jest często wspominana przez mojego tatę i przynosi wiele ciepłych wspomnień z tamtego czasu.
Pozdrawiam 🙂

Odpowiedz
Dagna 19 maja, 2017 - 11:57 am

Pamiętam to bardzo dokładnie… Dwadzieścia lat temu, była wiosna, a ja jechałam razem z Mamą i Siostrą na przejażdżkę rowerową do Babci. Wybrałyśmy drogę przez jeden z wrocławskich parków. Mniej więcej w połowie trasy znajdował się szeroki ‚mostek’ nad rzeczką. Przeprawa była osobliwa, bo nie było barierek, a na całej prawie szerokości, po nocnej ulewie, była ogromna brązowa kałuża. Byłam wystrojona w jasnoróżową koszulę w falbanki, całkiem nową, świeżą, pachnącą. Jechałam na końcu… Mama przejechała, Siostra przejechała i nadeszła moja kolej… Do czasu czułam się naprawdę pewnie, jadąc wąskim, suchym fragmentem, jednak w jednej chwili zaczęłam tracić równowagę i jak w zwolnionym tempie, miałam do wyboru brudną rzeczkę, głęboko w dole lub kałużę, wybrałam opcje numer dwa. Już nie byłam pięknie wystrojona, Mama spokojna, a Siostra w złym humorze, najgorzej, że tego dnia ominęła mnie pyszna babcina szarlotka. Teraz jeżdżę o wiele lepiej i nie straszne mi żadne kałuże 😀
Pozdrawiam

Odpowiedz
Martyna 19 maja, 2017 - 12:02 pm

W czasach przedszkolnych życie było beztroskie i spokojne, dziadkowie często zabierali mnie i moją młodszą siostrę na spacery. Pewnego słonecznego popołudnia wybraliśmy się na wycieczkę rowerową. Po odpoczynku na ławce moja wtenczas 3-letnia siostra (wulkan energii) wskoczyła na swój mały rowerek i od razu puściła się po chodniku. Na jej drodze znajdował się niewielki, pochyły zjazd. Niefortunnie zamiast skręcić w którąkolwiek stronę (chodnik znajdował się na lewo i prawo) jechała prosto. Podczas gdy przerażona babcia krzyczała za nią żeby hamowała, ta jeszcze szybciej pedałowała, jadąc prosto w kierunku stawu. No i z całym impetem (ile mocy miały jej małe nóżki) wparowała w szuwary i wraz z rowerkiem wylądowała w obrzydliwej wodzie. Szczęśliwie szybko ona oraz rower zostali wyciągnięci przez babcię, ale zmoczona do połowy musiała wracać do domu już na nogach, bo babcia bała się posadzić małą aparatkę na jakikolwiek pojazd. Chociaż teraz opowiadamy to jako zabawną historyjkę, wtedy było naprawdę dramatycznie, babcia prawie dostała zawału i zapadło nam wszystkim w pamięci.

Odpowiedz
Aleksandra 19 maja, 2017 - 12:22 pm

Cóż, moje wspomnienia chyba różnią się nieco od złotych myśli Twoich pozostałych czytelniczek! Jestem bowiem kompletną łamagą, a cecha ta towarzyszy mi, niestety, od zawsze. Tak, to ja jestem tą dziewczyną, która desperacko zasłaniała się rękami, gdy tylko piłka od siatkówki leciała w jej stronę. Więc kiedy moi rówieśnicy śmigali w te i we wte we wczesnych latach dwutysięcznych na swoich oldskulowych, odpicowanych jednośladach, ja próbowałam dorównać im kroku z pomocą dwóch bocznych kółek i kija od szczotki przymocowanego do bagażnika, którego operatorem był mój ukochany tata. Podwórko było dość tolerancyjne, więc nikt nie śmiał się za bardzo z żałosnego, toczącego się w ślimaczym tempie pulpecika na niebieskim beemiksie. Więc moje pierwsze wspomnienia z rowerem to nie jednorazowo poobijane kolana i blizny na brodzie, lecz długotrwałe, stateczne popindalanie wzdłuż ulicy, na której się wychowałam, w spokojnej dzielnicy w malutkim miasteczku. Jeździć na dwóch kółkach nauczyłam się, mając 9 lat. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez roweru – dojeżdżam nim codziennie do pracy 🙂

Odpowiedz
Ania 19 maja, 2017 - 12:29 pm

Ja mam ogrom rowerowych wspomnień, bo kiedyś rower był moim ukochanym pojazdem na kołach. Pierwszy – Domino, czerwony pod stertą srebrnej folii ukryty pod choinką… Spełnione dziecięce marzenie wypowiedziane kilka dni wcześniej do Gwiazdki:) I z tym właśnie mi się rower kojarzy, nie z obdartymi kolanami…:) Pamiętam, jak nie mogłam doczekać się wiosny. Pamiętam naukę jazdy pod okiem taty. Do roweru miałam zamocowany kij pod siodełkiem… Pierwsze „wyprawy” z kuzynką do mostu i z powrotem (jakieś 300m od domu), które wydawały się odległością nie do pokonania. Mam w głowie jeszcze jeden rower z tamtych lat, ale byłam na nim zawsze pasażerem w drodze z przedszkola wieziona przez tatę na bagażniku!

Odpowiedz
Aleksandra 19 maja, 2017 - 1:15 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie- czyli jak przekonałam się do dwóch kółek… Po pierwsze dwójeczka to liczba Boża, jak mówił młynarz Kokeszko z kultowej komedii „Sami swoi”. 🙂 Następnie należy zauważyć, że dwa jest liczbą pierwszą, więc ma „pierwszeństwo” :)) A tak na poważnie moja przygoda z rowerem zaczęła się całkiem niedawno, kiedy to postanowiłam, że z czterech kółek przesiądę się na dwa, a to dlatego ponieważ w końcu zrozumiałam, że dzięki nim można złapać trochę zdrówka i kondycji co przy (niestety) coraz częściej spotykanym siedzącym trybie życia jest bardzo wskazane! Oprócz tego dwa kółka są bardziej przyjazne dla środowiska, a jazda na nich to (jak sama niedawno się przekonałam) czysta przyjemność… Łyk świeżego powietrza, brak stania w korku, cztery kółka niestety nie mogą się tym pochwalić… Ponadto taki rodzaj aktywności fizycznej (mówimy tutaj cały czas o dwóch kółkach 🙂 ), co dla mnie bardzo ważne- daje możliwość odstresowania, wyciszenia oraz delektowania się otaczającą naturą, bo przecież świat jest taki piękny… Naprawdę miło wspominam dzień, w którym rower stał się dla mnie przyjacielem i to najlepszym! Niech żyją dwa kółka!!! 🙂

Odpowiedz
Beata 19 maja, 2017 - 1:24 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie?

Pamiętam ten dzień jak dziś,w wieku 8 lat otrzymałam od swoich ukochanych rodziców piękny rower,z radości aż piszczałam,od razu się wybrałam na nim na wycieczkę,pamiętam słowa mamy:Uważaj na siebie! Byłam dzieckiem wsi,wiecznie w ruchu,wiecznie poza domem,wiecznie na łonie natury i wiecznie z siniakami,bo niezła była ze mnie chłopczyca,nie interesowały mnie lalki,czy zabawy z dziewczynami,ja wolałam zabawy chłopięce i spędzanie czasu z chlopakami.Moja jazda rowerem tego dnia zaczęła się dość spokojnie,a skończyła na pogotowiu,bo postanowiłam,że wypróbuję rower w lesie.Rozpędziłam się na leśnej ścieżce i najechałam na gałąź,przeleciałam przez rower i zostałam leżeć na ziemi,poobijana i potłuczona,z rozwaloną głową,a rower biedak wykrzywiony i poniszczony.Na szczęście z pomocą przybył mi kolega,który pomógł mi się pozbierać i poinformował moich rodziców,którzy zabrali mnie na pogotowie.Na szczęście nie było mi nic poważnego.Tego dnia zaznałam wiele szczęście i bólu,ale też pokochałam mojego kolegę,który był moją pierwszą miłością 🙂 A rower-tata naprawił,był trochę otarty,ale nadal go kochałam 🙂
udostępniłam na fb

Odpowiedz
Agata Królak 19 maja, 2017 - 1:49 pm

Pamiętam jak dostałam swój pierwszy rower… Po opanowaniu tej różowej maszyny, moja rodzina nie miała ze mną spokoju. Cały czas chciałam, aby ktoś poszedł ze mną na pobliską drogę asfaltową w celu jednośladowego szaleństwa. Aż w końcu, moja rodzinka wpadła na świetny pomysł! Mianowicie, powiedziano mi, że po godzinie 18 pobliski asfalt jest ZWIJANY, ponieważ wiejską drogą o tej porze nie jeżdżą już samochodami, a szkoda aby droga się marnowała. Uwierzyłam…

Odpowiedz
Daria 2 19 maja, 2017 - 1:55 pm

Była to komunia,
dostałam górala od wujunia.
Był dość większy ode mnie,
czułam się na nim bardzo dumnie.
Mimo, iż ledwo pedałów dosięgałam,
to gdy nim jeździłam promieniałam.
Czasem dochodziło do upadków,
jak i małych zadrapań i siniaków.
Jednak to mnie nie zrażało,
bo lubiłam jeździć i to zwyciężało.
Moje czerwone ferrari bo tak go nazywałam,
i nim 16 lat podróżowałam.
Dziś jest jeszcze ze mną choć już sprawności takiej nie ma,
więc z sentymentu go zatrzymam.
Przydałby się jednak nowy nie ma co ukrywać,
a na razie nie mam pieniędzy by go kupywać.

Odpowiedz
Marcela 19 maja, 2017 - 1:57 pm

To była miłość od pierwszego pedałowania…przed siebie z ciocią pojechałyśmy, okoliczne wioski zwiedzałyśmy, to było coś bo pod górkę i z górki, różnymi drogami, sporo wtedy było kilometrów za nami.Na dworze ciepło a trasa wiodąca przez lasy i łąki , więc pierwsza poważna jazda i próba nowego rowera zaliczona, a ja zadowolona.Z wiatrem we włosach i komfortowym siodełkiem , z dozą relaksu i adrenaliny, przejechałam każde koleiny.Gdy ten wypad wspominam to pamiętam jak dobrze się po nim czułam, energii nie brakowało , a później było mi mało.Następne jazdy były systematycznie planowane, nowe zakątki odwiedzane, z czasem zdjęcia robiłam – na kilku z nich wspaniałe krajobrazy uwieczniłam.Już tą rowerową opowieść ujawniłam, bo miłością do tego sprzętu się skutecznie zaraziłam 🙂

Odpowiedz
Paweł 19 maja, 2017 - 2:24 pm

Nauczyłem się jeździć na rowerze znacznie później od wszystkich moich rówieśników, ale bardzo chciałem jeździć. Kiedy uczyłem się wjeżdżać na krawężniki, bałem się podczas tego stawać na pedałach i potłukłem sobie tyłek aż miałem bolesne siniaki!. 🙂 Po paru dniach tyłek odpoczął i wróciłem na rower. Wiatr we włosach wynagrodził wszystko!

Odpowiedz
Agi 19 maja, 2017 - 2:27 pm

Zgłaszam się i ja! Nagroda jest wspaniała!
Moje pierwsze wspomnienie rowerowe związane jest z rokiem 1987, z resztą nie trudno o nim zapomnieć 🙂
W tym roku przeprowadziliśmy się na nowe osiedle z wielkiej płyty, nowe bloki, nowe chodniki, nowe parkingi (nie wiadomo po co? bo u nas na 55 mieszkań były może ze 3 samochody…). Ale i tak było och i ach! Miałam wtedy 4 lata i dostałam pierwszy piękny czerwony rower. Zabrała mnie mama na ten rower i uczyła jeździć bez podpórek (z reszta nigdy nie miałam żadnych wspomagaczy), uznała że rzuci mnie na głęboką wodę! I nawet dobrze mi szło, jedno popołudnie, zaledwie kilka godzin nauki i jeździłam, tam i z powrotem po nowej osiedlowej jezdni. Było super, byłam z siebie dumna, mama z resztą też! Jednak jak to w życiu bywa zabawa kiedyś musi się skończyć. Mama powiedziała że to będzie ostatni raz „tam i z powrotem” i był… przed jej stopami miałam wypadek, nie pamiętam jak to się stało bo bardzo dobrze mi szło, ale ostatnią jazdę zaliczyłam na chodniku. Tzn upadek był na jezdni jedynie uderzyłam głową w krawężnik. Szok! Mama płacze, pyta się mnie co chwilę czy widzę i co widzę, bo chyba uderzyłam się w okolicy oka, tzn na pewno bo krew leciała ze skroni i zalewała mi oko. Mówiłam że widzę wszystko tylko na czerwono…! Rower pod pachę i biegniemy do domu.
W bloku jeszcze nikt nie miał telefonu stacjonarnego o komórce nie wspomnę. Mama biegnie do klatki obok, do Sąsiadki z 2giego piętra, ponieważ ona jest jedną z nielicznych posiadających samochód. I tak chwilę później jedziemy Fiatem 126P we 3kę na pogotowie. Zakładają mi szwy, tak bez znieczulenia?!?!?! I po chwili czoło wygląda jak nowe!
Reasumując potrafię jeździć na rowerze od 1987r, jednego dnia zaliczyłam jazdę rowerem bez podpórek jak i jazdę samochodem, fajnie co nie? Jedynie co mi zostało to mała blizna, ale można ją uznać za dyplom, potwierdzenie zdanego kursu!
To były czasy! Dziękuję za przypomnienie i możliwość podzielenia się z Wami ta historią 🙂

Odpowiedz
Gosia 19 maja, 2017 - 3:23 pm

Moje wspomnienie do najpiękniejszych nie należy, ale… od początku. Jako młodsza siostra swoich braci zawsze byłam zachęcana do wszelkich aktywności typu wspinaczki, jazda na zamarzniętej rzece i do próbowania sił na dwóch kołach. Jako, że choć nie mam dwóch lewych rąk to przekonałam się, że nogi już tak. Moje rowerowe wspomnienie łączy się z tym, że któregoś dnia rodzice sprawili mi pięknego (bo w morskim kolorze właśnie) składaka ps. Reksio i ku mojej radości cała starszyzna zaangażowała się w naukę opanowania jednośladu. Mimo moich najszczerszych chęci, zaangażowania i niezbędnej pomocy nieomal nie wpadłam nim do rzeki… Na tym jednak nie kończy się moja historia, bo wcale nie porzuciłam roweru na zawsze, tylko z siniakiem na kolanie (pamiątka po dziś dzień) i zapłakanymi oczami wsiadłam spowrotem i zdeterminowana dojechałam do grupki przestraszonych dorosłych. I tak wyglądały moje pierwsze koty za płoty, które nie tylko mnie nie zraził, ale spowodowały, że rowerowe popołudnia są moimi ulubionymi 🙂

Odpowiedz
Ewa 19 maja, 2017 - 3:41 pm

nie pamiętam uczenia się jazdy na rowerze, dodatkowych kółek ani kijka, te wspomnienia zlały się z innymi, natomiast pamiętam inne wspomnienie rowerowe. byłam wtedy może w 5 klasie szkoły podstawowej, pierwsze rumieńce i szepty z koleżankami, pierwsze ukradkowe zerknięcia na chłopaków ze starszych klas. nasze przeważająco babskie ‚podwórko’ zawsze trzymało się razem, i wtedy tak było – z koleżankami jeździłyśmy rowerami wokół placu, ja chyba wtedy miałam słynne Wigry 3 😉 i wtedy przyszli oni, trzech kolegów ze starszej klasy, obiekty naszych nieśmiałych westchnień. jeden z chłopaków pożyczył rower koleżanki, i pojechaliśmy, ja i on. z łomoczącymi sercami – być może dlatego, że dalej niż było wolno, a być może dlatego, że trzymając się za ręce i uśmiechając się nieśmiało 🙂 tą krótką acz znaczącą wyprawę rowerową, pierwszy dziecięcy poryw serca, noszę we wspomnieniach już 25 lat…

Odpowiedz
Karafka 19 maja, 2017 - 3:43 pm

niezapomniana nauka jazdy na rowerze z ramą tzw. „ukrainą” – ledwo ją dałem radę utrzymać ale pod ramą już się dało jeździć. Gorzej było jak nauczyłem się jeździć nad ramą na stojąco bo dostawałem do pedałów – niestety zębatki przepuszczały i co jakiś czas człowiek sobie potłukł to co u faceta dość cenne 🙂

Odpowiedz
Anna 19 maja, 2017 - 3:50 pm

Moje pierwsze rowerowe wspomnienie i tylko to mi przychodzi do głowy jak chciałam popisać się świetną jazdą a wylądowałam w rowie i to tak głęboki, że nie mogłam wyjść samodzielnie. Pomógł mi pewien pracownik melioracji, który potem stał się moim mężem.

Odpowiedz
Łukasz 19 maja, 2017 - 5:52 pm

Moim pierwszym rowerowym wspomnieniem jest moja komunia. Dostałem od wujka rower, a starszy brat poustawiał mi biegi itp. Jeździłem jak szalony na pełnej prędkości, lecz po chwili okazało się, że brat zapomniał podkręcić hamulce, więc rozbiłem się o ławkę stojącą przed blokiem, a ja wylądowałem tuż za nią.

Odpowiedz