fbpx

Szczęście z terminem ważności.

by Home on the Hill

1 5 13 8 14 7 6 12 3 polka-kuchenna 10 15 11 4maj

Często mam tak, że jak wszystko jest dobrze to łapię się na tym, że spodziewam się, że zaraz nadejdzie coś najgorszego. Zadzwoni telefonu, odbiorę a potem nic już nie będzie jak przedtem. Wyobrażam sobie rożne scenariusze, choroby, upadki. Tak jakby szczęście miało swój limit, jakby nie mogło być dane ot tak na zawsze. Zawsze z terminem ważności, z gorszym czasem w pakiecie. Mój mąż nie rozumie tego mojego strachu, uspokaja, tłumaczy. Mówi, że przecież to nasze życie zwyczajne, takie ciepłe, ale normalne, że to, że mamy siebie, pełną lodówkę i kilka spełnionych marzeń to jeszcze nie oznacza, że jako jedyni na świecie wygraliśmy los na loterii, który zaraz ktoś będzie kazał oddać. I ja sobie to układam w głowie, ale i tak zawsze gdzieś tam mnie ten strach dopada…

Bo ileż ludzi na tym świecie ma tak, że wstaje rano i żaden ciężar go nie przygniata? I mi tu nie chodzi o jakieś bzdury, że wstać się nie chce, że szaro na dworze, że obowiązki domowe, że dzieci denerwują, a w tym miesiącu wydatki przekroczyły wyznaczony limit itd. Tylko o to, czego nie da się ot tak strzepnąć, machnąć ręką, przejść do porządku dziennego. O te sprawy, które są w stanie przygnieść człowieka, do gorączki doprowadzić, że błądzi się myślami i przerażenie gdzieś tam w gardle staje, że może i nawet jest jakieś wyjście, ale tak ciężko do niego dotrzeć, a proza życia wiecznie daje po nosie. I ja już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak miałam żeby musieć się czymś martwić, tak naprawdę, tak wgłębi siebie. Nie te moje wszystkie problemy na poczekaniu wymyślane, co bardziej w głowie niż w rzeczywistości, o których już na drugi dzień nie pamiętam. Ale taki prawdziwy problem, który przygniata i sprawia, że ciężko się oddycha. A mi oddycha się całkiem lekko, odważnie i wiecznie tylko kolejne marzenia sobie wizualizuje i one jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spełniają się. I czym ja sobie zasłużyłam? I gdzie ten limit? Kiedy będzie koniec i los się odwróci? Bo czyż może być komuś tyle szczęścia dane a drugiemu tyle, co nic? I ma rację ten mój mąż, że przecież to tylko taka ciepła, zwyczajna normalność… Ani miliony na koncie, ani żadne pałace, podróże raz bądź dwa razy do roku i odkładanie na kolejną zimową wyprawkę dla dzieci. Ale z drugiej strony… Tyleż ludzi wokół o tyle mniej ma, tylu ludzi coś uwiera, męczy, choroba dosięga. Tyle dzieci bez mam się wychowuje, tylu ludzi nie ma nawet jak za głupie rachunki zapłacić i wiecznie muszą liczyć czy starczy im do pierwszego. I tej lodówki nie mają jak napchać i za co do teatru się wybrać. I dzieci… Piękne takie, cudne, nie każdemu też są dane a iluż to o tym marzy, walczy latami.. A my?… Tyle miłości mamy wokół, tyle przyjaźni, tyle jakiś dóbr i zawsze ciepły obiad na stole. Tyle pasji, które ot tak możemy spełniać i dobrą pracę. Dzieciaki, które jedyne co to czasami katar złapią i spać o przyzwoitej porze nie chcą… I jak to tak, że my tyle a do mnie codziennie nagłówki gazet krzyczą ileż to rozpaczy i smutku na świecie…

Lubię tą ciepłą, zwyczajną normalność. Lubię te wszystkie spełnione marzenia i te, do których dążę. Te plany w zapasie i naszą codzienność. Te wszystkie chwile łapane w przelocie i te, które kontempluję powoli. Książki na półkach, słowa w głowie, dwa uśmiechy najpiękniejsze. Tą beztroskę w sercu.

Zawsze się mówi, że w życiu są gorsze i lepsze okresy. Ach, były takie dni, kiedy budziłam się z łzami i zasypiałam, były momenty kiedy klęłam siarczyści i z nadzieją patrzyłam na kolejny rok, że pewnie będzie lepszy. Ale nigdy nie spotkało nas nic, z czego nie dalibyśmy radę się podnieść.

I boję się, boję się tak zwyczajnie, tak po ludzku. Bo może i my nie jako jedyni wygraliśmy los na loterii, bo może dla innych to tyle, co nic, ale dla mnie to szczęście wielkie. Takie, co to się je pisze z wielkiej litery. I jasne, chciałabym jeszcze więcej. Chciałabym jeszcze dalsze i egzotyczniejsze miejsca zwiedzić, wymarzony dom wybudować, w końcu książkę napisać i własne koce wyprodukować. Chciałabym na ten kurs urządzania wnętrz się zapisać i z mężem częściej się na randkę wybierać. Ale…to są plany, cele, osiągnięcia, to kolejne rzeczy do zrealizowania. To nic, bez czego nie dam rady żyć. A to, co najważniejsze już mam. Mam obok siebie, mam na wyciągniecie ręki. Mam ten mój osobisty wygrany los na loterii. I gdyby tak on był bez mijającego terminu ważności? To to mi wystarczy. A do reszty krok po kroczku będę sobie dochodzić…

I zawsze z tyłu głowy, że takie myśli to wszystko, co najgorsze przyciągają. I wiecznie trzy głębokie oddechy. Powtarzanie bez ustanku jest dobrze, nie wariuj, nie analizuj. Tylko, że z głową jest tak, że nie można jej ot tak wyłączyć, przeprogramować. I ja się boję tak zwyczajnie, tak po ludzku, że któregoś dnia ten telefon, ta wiadomość…

Póki co łapię wszystkie chwile zachłannie, doszczętnie. O szczęściu wszystkim wokół opowiadam. Po kieszeniach je sobie upycham.

Bo ja tak lubię ta ciepłą, zwyczajną normalność.

I niech mi nikt nie mówi, że to niej jest jak wygrany los na loterii…

 

Zobacz również

26 komentarzy

Gosia 19 października, 2016 - 8:55 am

I ja tak ostatnio mam, jakiś taki strach wymyślony nie daje im spokoju, a przecież nie muszę się bać. Pozdrawiam cieplutko:)

Odpowiedz
arleta 19 października, 2016 - 9:47 am

Jak Ty to pięknie napisałaś, mam tak samo – może troszkę rzadziej, staram się o tym nie myśleć… też czasem obawiam się, że gdzieś ta bańka mydlana pęknie, że to aż nienormalne, że ja codziennie wstaje szczęśliwa i że potrafię się cieszyć tymi malutkimi rzeczami. Z jednej strony myślę, że przecież wcale nie mam dużo, że tylko takie małe szczęścia, a z drugiej strony może i wiele, bo kochający mąż i zdrowe dzieciaki, i mamy gdzie mieszkać i czym jeździć i co z lodówki wyciągnąć 🙂 ale i tak się te obawiam, że kiedyś to się skończy, że przyjdzie coś i rozłoży mnie na łopatki, że nie będę potrafiła się ogarnąć i pozbierać… Jednak mam wrodzony optymizm i staram się odkładać takie myśli jak najdalej ciesząc się tym co mam i dbać o to jak tylko potrafię 🙂 Wiesz co jeszcze sobie powtarzam, żeby nie mieć tych obaw zbyt często – że dobro wraca 🙂 Więc daję tyle dobra ile tylko mogę 🙂

Odpowiedz
Home on the Hill 21 października, 2016 - 9:12 am

To bardzo mądra i świetna myśl z tym, że dobro powraca i żeby dawać od siebie jak najwięcej. Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób… Ale z drugiej strony znałam osobę, która była istnym chodzącym Aniołem i zmarła na raka w młodym wieku… Ale nie ma też co już wszystko tak w pesymistycznych barwach, masz rację trzeba z optymizmem patrzeć na życie. Buziaki wielkie!

Odpowiedz
Anul 19 października, 2016 - 10:16 am

Mam dokładnie tak samo… nie wiem na ile to normalne, ale moja przyjaciółka też tak ma… więc pewnie nie my jedne… Myślę, że warto mieć świadomość szczęścia, które się odczuwa i poczucie tego, że to wszystko jest ulotne i nie dane na zawsze. Mam 40 lat i naprawdę uważam, że to cudowny okres – jeszcze są rodzice, jeszcze są siły a dzieci już takie fajne i coraz fajniejsze… Fajny blog, piękne zdjęcia! Pozdrawiam

Odpowiedz
Home on the Hill 21 października, 2016 - 9:19 am

Może rzeczywiście w większości nas takie myśli, lęki?… Najważniejsze to właśnie doceniać to co się ma, zatrzymać nad tym, pochylić, złapać to szczęście w obie dłonie. Dziękuję pięknie za komentarz i pozdrawiam serdecznie!:)

Odpowiedz
Kasia 19 października, 2016 - 10:36 am

W takim razie nie jestem osamotniona z tymi ciągłymi lękami i strachem przed czymś strasznym. Najbardziej boję się chorób wszelakich 🙁 Wiem, że nie udźwignęła bym czegoś takiego…poważnej choroby dzieci, męża czy swojej. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała tego sprawdzać. Boję się wypadków samochodowych, lotniczych…najprościej mówiąc utraty najbliższych.
Pracuje nad tym by ten paniczny strach eliminować ze swojej głowy. Mąż mi zawsze powtarza „zaczniesz się martwić jak będziesz miała powód, nie rób tego na zapas”
Mam identycznie jak Ty, że gdy dłuższy czas jest dobrze, normalnie, szczęśliwe zaczynam się martwić, że stanie się coś złego…dla równowagi.
Pocieszam się tym, że trochę już w życiu przeszłam i wyczerpałam już mój limit strachu.
Cieszmy się tym co mamy, naszym szczęśliwym, normalnym życiem 🙂
Pozdrawiam 🙂

Odpowiedz
Home on the Hill 21 października, 2016 - 9:09 am

Mój mówi dokładnie to samo!!! I brzmi to całkiem logicznie, i staram się nie zamartwiać na zapas, ale to nie jest takie proste… Jakoś lepiej mi na duszy, że nie jestem w tych uczuciach osamotniona. Uściski Kasieńko!

Odpowiedz
Panna Matka 19 października, 2016 - 10:46 am

Ja też tak mam ale gdy pojawia się ten strach od razu probuje odciągnąć te mysli w innym kierunku aby nie przyciągać ich do siebie.

Odpowiedz
Danka 19 października, 2016 - 11:43 am

Nie jesteś sama, jak widać jest nas więcej 🙂 po wielu trudnościach życiowych, wiem jak cenne jest szczęście. Zdrowie, rodzina. I boję się, że to się kiedyś skończy. Ech… Wierzę jednak, ze dużo od nas zależy! Jeśli będziemy pielęgnować to nasze szczęście, starać się, pracować nad tym… To będzie dobrze!

Natomiast mam pytanie dotyczące kotka. Ja też mieszkam na parterze, również z wyjściem na ogródek. Chcielibyśmy mieć kota, ale boimy się, że po prostu sobie pójdzie.. Jak to u Ciebie wygląda?

Pozdrawiam gorąco!

Odpowiedz
Home on the Hill 19 października, 2016 - 7:28 pm

Wiesz co Danusiu nasz to taka typowa powsinoga, lata po całym osiedlu, wygrzewa się wiecznie na trawniku, ale zawsze do domu wraca. Podobno koty tak mają, że nie uciekną, że zawsze mimo wszystko blisko domu się trzymają. Ale ogólnie dobrze przemyślcie decyzję z kotem, bo to róznie bywa…. Z naszego to taki dzikus, nie da się go do końca oswoić mimo, że mamy go od małego. Czasami potrafi zadrapać dzieciaki, no i niszczy rzeczy, drapie meble, zdarza mu się też coś zasikać, więc to z kotami rożnie bywa… Pozdrawiam ciepło:)

Odpowiedz
Danka 19 października, 2016 - 10:25 pm

Bardzo Ci dziękuję za odpowiedź.
Czekam na następne wpisy, Twój blog jest moim ulubionym. Chyba już to kiedyś tu pisałam…
Dobrej nocy 🙂

Odpowiedz
Cinnamon Home 19 października, 2016 - 12:33 pm

A myślałam, że tylko ja tak mam… Cały czas obawiam się, że ta nasza sielanka kiedyś się skończy, bo jak to tak…? Cały czas pięknie, szczęśliwie? A potem sobie myślę, że to nie do końca jest tak. Że sami sobie na to szczęście zapracowaliśmy, że nie wymyślamy niepotrzebnych problemów, że nie oczekujemy gwiazdek z nieba i złotych klamek, że dla nas szczęście to my. Tak niewiele, a tak wiele…

Odpowiedz
koza domowa 19 października, 2016 - 3:10 pm

OCh, jak dobrze wiedzieć, że jest nas więcej… 😉 Normalność to luksus w naszych czasach. Uściski!

Odpowiedz
Paulina 19 października, 2016 - 3:53 pm

Mój mąz ma podobnie…Ja już znacznie mniej, bo zwyczajnie zauwazyłam, że większość moich czarnych wizji się nigdy nie sprawdziła! Ale dużo zależy od tego co zaszczepiają w nas rodzice ( w przypadku mojego męża, to mama właśnie zawsze mówiła, kiedy był szczęsliwy, a wszystko sie układało po jego myśli „nie ciesz się, zawsze coś złego sie wydarzy”). Efekt jest tego taki, że często nie potrafi sie cieszyć, bo już gdzieś z tyłu głowy słyszy tę przestrogę. Na szczęscie się uzupełniamy i równoważymy. Przejmuję się tym na co mam wpływ, a to na co nie mam – odpuszczam;)tak totalnie, bo nic mi to nie da, a zatruje piekne chwile;)pozdrawiam serdecznie!
P.S. Świetny blog, ostatnio w nocy przeczytałam chyba wszystkie posty….

Odpowiedz
Home on the Hill 21 października, 2016 - 9:23 am

Napisałaś coś co bardzo dało mi do myślenia… Rzeczywiście dużo zależy od podejścia jakie wynieśliśmy z domu. Moja Mama jest cudowna, ale często patrzy na wszystko w czarnych barwach, wyolbrzymia i boi się jeszcze bardziej niż ja… To na pewno miało jakiś swój wplyw. U nas tez jest tak, że się z Meżem uzupełniamy, ja panikuję, On mnie uspokaja;)))

Odpowiedz
Prosto z wnętrza 19 października, 2016 - 9:10 pm

Jak widzisz jest nas więcej, bo ja także dopisuję się do listy lęków… A co do marzeń o książce to życzę żeby się spełniły. Piszesz pięknie, wspaniale dobierasz słowa i sprawiasz, że jak czytam Twoje wpisy, to zapominam o innych sprawach. Co ogólnie rzadko mi się zdarza:)Pozdrawiam ciepło Karolina

Odpowiedz
Agnieszka F. 19 października, 2016 - 10:24 pm

To jest wygrany los na loterii. To życie. Jedno, jakie mamy. I trzeba łapać każdą chwilę, moment, wszystko…..

Odpowiedz
Home on the Hill 21 października, 2016 - 9:45 am

Dokładnie tak Agnieszka, podpisuję się dwoma rękami :***

Odpowiedz
Agnieszka 20 października, 2016 - 1:42 pm

W zeszłym tygodniu miałam podobną rozmowę z mężem, z tym że on wieczny optymista więc śmieje się z tych moich lęków. Myślę, że duży wpływ na to nasze poczucie ma to jak byliśmy wychowani. W moim domu też obawiano się, że jak jest za dobrze to zaraz dla sprawiedliwości musi się coś popsuć. Moim dzieciom staram się tych lęków nie przekazywać. Wiec rozmawiam z mężem, że mamy tak dobrze, że mamy siebie, cudowne dzieci, wygodne mieszkanie i codziennie pełny brzuch. A on, że jest mnóstwo ludzi, którzy mają jeszcze lepiej, więc niech oni się martwią. My mamy po prostu – zwyczajnie po naszemu – dobrze. Pozdrawiam Agnieszka.

Odpowiedz
Home on the Hill 21 października, 2016 - 9:32 am

To też zdecydowanie prawda, jak to mój mąż mówi; zawsze znajdzie się ktoś kto ma gorzej i ten, który ma lepiej. Tylko ja tak skupiam się na tym moim szczęściu, tak je doceniam i po ludzku boję się, że coś mogłoby tą zwyczajną codzienność odmienić… Uściski Kochana:**

Odpowiedz
Mama w Dużym Domu 20 października, 2016 - 2:49 pm

Oj tak, świat wokół nas zmienił się w jakiegoś groźnego potwora – dookoła nas wojny, pożary, kryzysy i inne okropności. Stąd te nasze lęki – ale też wdzięczność za to, co mamy. Jak to mawiała Mama Borejko – piekę ciasta zwykłym śmiertelnikom i staram się, aby to były dobre ciasta!

Odpowiedz
Home on the Hill 21 października, 2016 - 9:48 am

Pięknie mawiała;)) Masz rację, że ten napływ złych informacji pobudza ten strach, oddziałuje na wyobraźnię, że ciężko o tym nie myśleć… Cieszę się ,że to do mnie zaglądasz, wiesz?:***

Odpowiedz
Mama w Dużym Domu 25 października, 2016 - 4:27 pm

Olu, semper fidelis 🙂 Nie pozbędziesz się mnie, kochana!

Odpowiedz
Andrzej Januszewski 21 października, 2016 - 8:24 am

Jesień tak ma, że budzi w nas nostalgię. Ja zawsze tak mam, że kiedy widzę spadające kolorowe liście to napawa mnie to smutkiem, że coś przemija. Jednak zawsze po zimie jest wiosna i lato 😉 w życiu co rusz pojawiają się nowe cele i wyzwania, a ja zawsze jestem ciekawy co jest za następnym zakrętem.

Odpowiedz
ani janowska 24 października, 2016 - 3:08 pm

Dobrze, że swoje szczęście dostrzegasz. Wiele osób narzeka, że nie ma tego,tamtego, czy owego, a przecież chodzi o to, żeby czuć się dobrze z tym co się ma i z tego korzystać! Ja sama jestem bardzo wdzięczna że mam mieszkanie, dom, męża i kota i możemy spokojnie żyć sobie w naszej oazie i cieszyć się każdym dniem ze sobą. Pozdrowienia.

Odpowiedz
Agnieszka 31 października, 2016 - 9:51 am

Olu, jestem absolutnie zakochana w Twoich wpisach !! Są mi tak bliskie, tak głębokie… Kocham to, co robisz. Kocham Twój styl pisania. Jak kiedyś napiszesz książkę ( a powinnaś) – pierwsza polecę do księgarni…
Buziaki :*

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Drogi Czytelniku, Chcielibyśmy poinformować, iż zaktualizowaliśmy naszą Politykę Prywatności. W tym dokumencie dowiesz się jakie dane osobowe mogą być przetwarzane oraz w jakim celu to robimy. Znajdziesz również informację jakie prawa przysługują Tobie w związku z przetwarzaniem danych. Aby móc w pełni korzystać z naszej strony, prosimy Ciebie o akceptację naszej Polityki Prywatności. Akceptuję Czytaj więcej